To nie Góra Cisowa (zwana Suwalską Fudżijamą) ani Góra Zamkowa jest najwyższą górą w województwie podlaskim. Najwyżej położonym punktem regionu jest niepozorna Rowelska Góra.
Nie każdy ze szczytów Korony Polski jest spektakularny i wcale nie musi taki być. Ten projekt zakłada poznanie całej Polski - również miejsc nieturystycznych, cichych i rzadko odwiedzanych. Dokładnie takim punktem jest najwyższe wzniesienie województwa podlaskiego, które w przeciwieństwie do bardziej "pocztówkowych" pagórków Suwalszczyzny nie próbuje udawać góry z folderu. Jest skromnie, ale za to bardzo "po swojemu".
Rowelska Góra (298,1 m n.p.m.) - tam, gdzie szczyt spotyka się z asfaltem
Rowelska Góra to niewielkie wzniesienie znajdujące się w północno-zachodniej części Pojezierza Wschodniosuwalskiego. Niecały kilometr od niej leżą malownicze Wiżajny. Trafić tu nie jest trudno - wystarczy zjechać z drogi wojewódzkiej nr 651, która przebiega niemal przez sam wierzchołek. W praktyce Korona Polski w podlaskim bywa więc bardziej kwestią logistyki i ciekawości terenu niż klasyczną wspinaczką.
Na szczycie Rowelskiej Góry postawiono turbiny Elektrowni Wiatrowej Wiżajny. To ciekawy kontrast: najwyższy punkt regionu i nowoczesna infrastruktura energetyczna w jednym miejscu. Pozyskana tu energia zasila okoliczną sieć, a same wiatraki stały się znakiem rozpoznawczym tej części Suwalszczyzny.
Planujesz własną wyprawę po Koronę Polski i potrzebujesz konkretnych wskazówek? Zapraszam na indywidualne konsultacje podróżnicze. Razem zaplanujemy trasę pełną takich nieoczywistych miejsc!
Doceniasz moje relacje? Możesz postawić mi wirtualną kawę: buycoffee.to/okiemobiektywu. Każdy gest wspiera powstawanie kolejnych filmów i wpisów.
Kilka kilometrów za wsią Strękowizna, w Puszczy Augustowskiej nad rzeką Blizna znajduje się pomnik ku czci powstańców styczniowych z 1863 r. Nie jest to najpopularniejsze miejsce turystyczne w okolicach Augustowa, nas jednak bardziej to zachęcało by jej odwiedzić - bowiem Okiem Obiektywu to blog dla ludzi aktywnych i ciekawych świata. Zapraszamy do kolejnej wyprawy z nami.
Przez setki lat Puszcza Augustowska była świadkiem wielu krwawych walk. Rozległa i trudno dostępna puszcza, często z terenami podmokłymi, skutecznie chroniła wielu żołnierzy. Stanowiła ona doskonałą bazę m.in. do działań powstańczych czy partyzanckich. Dziś wrócimy jednak do 1863 roku - do Powstania Styczniowego.
Według lokalnej tradycji, odwiedzane przez nas Uroczysko Powstańce, było miejscem obozowania powstańców styczniowych w 1863 r. Miał tu przebywać nawet naczelnik sił zbrojnych województwa augustowskiego, pułk. Konstanty Ramotowski Wawer. Partyzanci stoczyli w tym miejscu niewielką potyczkę, w trakcie której utracili kuźnię polową, służącą do napraw broni i przekuwania kos na sztorc. Najprawdopodobniej w literaturze historycznej nosi ona nazwę bitwy pod Strzelcowizną (bowiem na wielu mapach z XIX wieku pod tą nazwą kryła się Strękowizna).
Walkę z Moskalami stoczono 3 września 1863, kiedy to ludzie Wawra, wyczerpani wcześniejszą przeprawą z Łomżyńskiego, i osłaniający ich oddział Aleksandra Lenkiewicza Landera, składający się z rozbitków innych oddziałów, w tym przybyłych zza Niemna, zostali otoczeni przez silne kolumny rosyjskie. Wygłodzeni, często schorowani i zmęczeni powstańcy ponieśli klęskę. Przez pierścień obławy po bezładnej strzelaninie wyrwało się niewielu.
W 1937 roku, w związku z 75. rocznicą wybuchu powstania styczniowego, w kręgu miejscowego nauczycielstwa powstała idea upamiętnienia wydarzenia. W realizację pomysłu najmocniej zaangażowało się koło Polskiej Organizacji Wojskowej w Nowince z jej komendantem, zarazem wójtem gminy — Aleksandrem Łazarskim. Honorowy patronat nad przedsięwzięciem objął starosta powiatowy Stefan Eichler. Przewodniczącym Komitetu Wykonawczego został nadleśniczy LP w Szczebrze Jan Jakubowski. 15 sierpnia 1938 roku, w Dniu Żołnierza Polskiego odbyła się uroczystość poświęcenia pomnika, na której płomienne kazanie patriotyczne wygłosił były legionista ks. Mieczysław Mieszko, proboszcz z Monkiń. Już rok później, w październiku 1939 roku, podczas wytyczania linii demarkacyjnej pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Związkiem Radzieckim, obelisk został usunięty i uszkodzony.
Kiedy w 1969 roku, podczas prac melioracyjnych Blizny, pomnik został odnaleziony, oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego wystąpił z postulatem ponownego upamiętnienia miejsca, na co zgodę wyraził Komitet Powiatowy PZPR. Współpracujący z PTTK Grzegorz Kosiorek, nauczyciel zawodu w szkole zawodowej w Augustowie, przygotował kompozycję przestrzenną, włączając w nią stary granitowy obelisk. Umieścił w niej również słowa Gloria Victis — Chwała Zwyciężonym, nawiązujące do tytułu opowiadania Elizy Orzeszkowej o powstańcach styczniowych.
Na podstawie występowania żużli oznaczono także miejsce kuźni powstańczej. Warunkiem zachowania zabytku było usunięcie symboliki i niektórych napisów dotyczących dwudziestolecia międzywojennego. Ostatecznie przy zaangażowaniu działaczy PTTK, z pomocą zakładów pracy z Augustowa i Nadleśnictwa Szczebra, pomnik wykonano latem 1971 roku. Uroczyste odsłonięcie w obecności władz powiatowych i gromadzkich, młodzieży szkolnej i delegacji zakładów pracy odbyło się nie w Święto Odrodzenia Polski 22 lipca, jak głosi napis na pomniku, a 12 września 1971 roku. W 1988 roku, staraniem leśniczego Franciszka Wierzbickiego z Augustowa i przedstawiciela Związku Bojowników o Wolność i Demokrację — Bolesława Walusia ze Szczebry, przywrócono pierwotne napisy i koronę nad orłami i uroczyście poświęcono pomnik.
Ciekawostką jest fakt, iż w 1935 roku uroczyście pobrano stąd ziemię na kopiec Józefa Piłsudskiego w Krakowie.
Nie każdy, kto słyszy nazwę „Święte Miejsce”, podejrzewa, że chodzi o polanę u zakola Rospudy, a nie o Palestynę czy Izrael. Tymczasem właśnie tu, na skraju Puszczy Augustowskiej, w punkcie, gdzie Jałówka - rzeczka odprowadzająca wody z oddalonego zaledwie o dwieście metrów Jeziora Jałowego - wpada do Rospudy, od setek lat bije osobliwy puls religii, legend i przyrody. Polana leży około dwóch kilometrów na wschód od wsi Jaśki‑Borowe i nieco dalej na zachód od Kurianek; dojazd leśną drogą latem nie sprawia kłopotów, a wędrowców prowadzi tędy niebieski szlak Pluszkiejmy–Augustów. Dziś przyjeżdżają tu samochody, dawniej stały wozy konne, lecz jedno się nie zmieniło: 24 czerwca, w dzień Świętego Jana, uroczysko żyje odpustową gorączką, a w pozostałe dni przyciąga kajakarzy, fotografów i rodziny na piknik. Także miłośnicy wędrówek pieszych chętnie tu odpoczywają, idąc szlakiem niebieskim Pluszkiejmy-Augustów.
Polana od razu zwraca uwagę grupą drewnianych i kamiennych krzyży oraz drewnianą kaplicą wzniesioną w 1990 roku dzięki miejscowym. We wnętrzu próżno dziś szukać ikonografii Jana Chrzciciela; zamiast niego wiszą reprodukcje Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Królowej Narodu. Dawniej, w latach siedemdziesiątych, w najwyższej kapliczce stała popękana figurka świętego, lecz zaginęła – podobnie jak fragmenty ręczników z krzyży, w które wbijano monety. Obok kaplicy tkwi ludowa rzeźba wyrzeźbiona z jednego pnia podczas pleneru „Sceny Ludowej” w Przewięzi w 1987 roku. Choć okoliczności sugerowałyby postać Jana, artysta przedstawił Józefa – zdradza go topór w dłoniach – a rzeźba „wyrasta” z mrowiska, łącząc patrona pracy z symboliką mrówczej pracowitości.
Najcenniejszym zabytkiem jest spróchniały, podparty metalowymi wspornikami dębowy krzyż ukryty za kaplicą. Na mosiężnej tabliczce widnieje tekst, który przytacza niemal każdy przewodnik:
Krzyż Dębowy Stary, wzniesiony prawdopodobnie przez dawnych tutejszych mieszkańców Jadźwingów z drużyny Skomęta, którzy w r. 1283, liczbie około 1600 dusz przyjęli chrzest i wyemigrowali do Samlandii w obawie przede prześladowaniem nieochrzczonych Jadźwingów. Był przez reakcje pogańska usunięty, palony i wrzucony do rzeki a następnie postawiony na nowo około r. 1285 po przyjęciu chrztu przez Skomęta i resztę ludzi z jego drużyny. Ks. Prob z Janówki A. Kochański na podstawie opowiadań o krzyżu miejscowej ludności i źródeł historycznych.
Proboszcz Antoni Kochański, pełniący posługę w Janówce od 1959 do 1988 roku, oficjalnie włączył miejsce do kalendarza katolickich nabożeństw. Wcześniej księża trzymali się z dala, a niektórzy nazywali tutejsze praktyki „barbarzyńskimi zabobonami”.
Świętość polany jest jednak starsza niż XIX wiek. Już 14 czerwca 1811 roku biskup wigierski Gołaszewski napominał dziekana augustowskiego, aby „cześć zabobonną w parafii szczeberskiej na miejscu uroczysko Jałówka przy pniu sosny” usunąć „gruntownymi i ciągłymi naukami”. Podobne wezwanie powtarzał biskup Piotr Wierzbowski w 1873 roku. Z kolei etnograf Władysław Udziela odnotował w „Echach Leśnych” (1939), że ludność czciła „święte drzewo” już na początku XIX stulecia. Jeszcze dalej sięga legenda pasjonata‑amatora, który zanim zmarł w 1988 roku, powiązał tutejszy kult z interpretacją wileńskiego historyka‑geodety Teodora Narbutta opartą na średniowiecznym kronikarzu Piotrze z Dusburga; widział w polanie świadectwo jaćwieskiego chrztu. Historycy, od Joachima Lelewela począwszy, takie wywody kwestionowali, lecz narrację ugruntował Kochański, przypisując krzyżowi odległe metryki.
Mimo sporów naukowców miejsce żywi się opowieściami. Najsłynniejsza głosi, że około 1857 roku bardzo pobożnej dziewczynie pasącej krowy ukazała się jasność na dębie, z której wyłoniła się Najświętsza Panna lub – w innej wersji – Święty Jan. Na wieść o cudzie nadciągnęły tłumy. Gajowy, oburzony niszczeniem drzewek i wydeptywaniem łąk, ściął „święty” dąb i wrzucił do Jałówki, jednak rozłożyste konary leżały nieruchomo w nurcie, póki lud, odczytując w tym nowy cud, nie wydobył ich i nie spalił. Kronikarz „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego…” Michał Rawita Witanowski notował, że odtąd każdego 24 czerwca lud gromadził się przy pniu, na którym ustawiono krzyż.
Nauczyciel Stefan Bykowski w „Naszym Głosie” (1937) dodawał szczegóły: dziewczynka nigdy nie znała gniewu, a najwyższym jej okrzykiem było „omazane uszy”, adresowane wyłącznie do bydła. Jasność spłynęła jednocześnie na bór, rzekę, łączkę i dąb. Podleśny, w rosyjskich barwach, ścinał stawiane krzyże, lecz mimo wysiłków nie odpływały z brzegu. Z dębu odłupywano korę na lekarstwo. Wariantów mitu jest więcej: cudowny obraz mógł ujrzeć nawet Żyd, gajowy bywał Niemcem albo carskim generałem. Sylweriusz Dworakowski przytaczał w „Kurierze Porannym” (1995) relację mieszkańca Topiłówki, że ów generał został ukarany – gdy wyrwano dąb, rozpętała się burza, piorun trafił pałac w Mazurkach i spalił go doszczętnie.
Na początku lat dziewięćdziesiątych krążyła legenda o napaści Tatarów. Osaczeni Jaćwingowie weszli wtedy na sosnę, a Najświętsza Panienka okryła ich niewidzialnym płaszczem. Wściekli na bezowocne poszukiwania najeźdźcy ścięli drzewo i wrzucili w nurt, lecz pływające drewno wciąż wracało na to samo miejsce. Zrozumieli znak, nawrócili się i z ocalonego pnia sporządzili krzyż, odnawiany po każdym wygniciu. Echem tej historii jest inskrypcja Kochańskiego. Pozostaje pytanie, czy pielęgnowana tradycja sięga istotnie XIII stulecia, czy raczej jest produktem romantycznej potrzeby wiązania obecnych śladów z Jaćwieżą.
Historycy wskazują inną genezę kultu: cerkiew prawosławna powstała około 1514 roku jako fundacja Bohdana Hrynkowicza Wołłowicza, któremu król Zygmunt I nadał milę kwadratową puszczy nad Rospudą. Patronował jej św. Jan Chrzciciel, co tłumaczyłoby paradoksalny katolicko‑prawosławny charakter odpustu i mnogość okolicznych toponimów związanych z imieniem Jana: Janówka (rzeka i wieś), Jaśki, Iwanówka. Pojawia się jednak wątpliwość: nadanie dotyczyło zachodniego brzegu Rospudy, tymczasem uroczysko leży po stronie wschodniej. Może Wołłowicze przekroczyli granicę nadania – co próbowała im udowodnić, lecz bez powodzenia, królowa Bona – a może, kiedy Tatarzy w 1656 roku spalili cerkiew, ocalała wspólnota przeniosła kult przez rzekę, w miejsce „cudowne”, z dala od dworu. Gajowy Michał Okrągły, zmarły w 1976 roku, opowiadał, że według tradycji świątynia stała nie tu, lecz nad obecnym Ślepym Jeziorkiem i zapadła się, tworząc zbiornik; do dziś, gdy dzwonią na sumę w Raczkach, nad jeziorkiem słychać dźwięk zatopionych dzwonów.
Kontekst religijny dopełnia etnografia. Obrzędy 24 czerwca przypominają prawosławne święto Jordana: lud modlił się, spożywał rytualny posiłek, obmywał ciało w Jałówce, wiązał na krzyżach ozdobne ręczniki, pod krzyżami składał jajka, sery, płótna i przędzę, a monety wbijał w drewno. Matki kąpały dzieci profilaktycznie, zostawiając w wodzie ich koszulki, by choroby „odpłynęły”. Chorzy na gardło moczyli chustki, wiązali je na krzyżach; wdzięczne matki wieszały fartuszki. Rytualna strona uroczyska zbliża je do Studziennicznej, Hodyszewa, Grabarki, Świętej Wody koło Wasilkowa czy Płonki Kościelnej, gdzie także spotykają się woda, święte drzewa i maryjny kult – zjawiska, które etnograf Jan Kurek uznał za charakterystyczne dla północnego Podlasia.
Przyroda swoje dokłada do aury cudowności. Profesor Knut Olof Falk tłumaczył nazwę Rospudy jako zniekształcenie jaćwięskiego „dau-spude”, „mocno naciskająca”. Wiosną i jesienią wezbrane wody potrafią odwracać biegi jej dopływów: Jałówka dwukrotnie, czasem trzykrotnie w roku zmienia kierunek, zaskakując przyrodników i turystów. Wzmożenie pobożności w pierwszej ćwierci XVIII wieku – po wojnach i klęskach żywiołowych – sprawiło, że tę niezwykłość wzięto za znak niebios. Od tej pory Jałówka uchodzi za rzekę leczniczą: wielu do dziś przemywa w niej twarz, wierząc, że „pomaga”.
Dziś uroczysko przeżywa renesans popularności. Drewniane kramy i kolorowe balony są tak samo realne jak ciche modlitwy przy starym krzyżu. Kapliczka, rzeźba Józefa, spróchniały dąb i wody, które wracają – to wszystko składa się na pejzaż, w którym pogańskie reminiscencje, prawosławny rytuał i katolicki odpust współistnieją bez tarcia. Jeśli przyjechać tu o świcie, gdy mgła podnosi się znad Rospudy, słychać żurawie, a pajęczyny lśnią rosą, łatwo zrozumieć, dlaczego od wieków przypisuje się temu skrawkowi lasu szczególną moc. A jeżeli zanurzyć dłoń w Jałówce albo przybić grosik do dębowego krzyża, można – choćby na chwilę – poczuć się uczestnikiem niekończącej się opowieści, która splata historię, legendę i wiarę w jeden, niepowtarzalny rytuał nad wodą Rospudy.
Dla jednych to może wydawać się ucieczką od świata, treningiem przetrwania lub romantycznym życiem. Dla innych to nieustanne przebywanie z Bogiem i służba Kościołowi. Służba, przeżywana w milczeniu, samotności, w surowym odosobnieniu, w ciągłej modlitwie i ascezie. Dla niektórych niezrozumiałe, dla innych fascynujące. Tak było dawniej i tak jest dziś. Pustelnicy to nie tylko relikt przeszłości – dzisiaj także można ich spotkać. Zapraszam do Pustelni pw. św. Onufrego koło Augustowa.
To miejsce niełatwo odnaleźć, jest głęboko ukryte w sercu Puszczy Augustowskiej i nie każdy potrafi tam dotrzeć. Żadna nawigacja nie wskaże drogi, dlatego ułatwieniem jest pinezka na mojej mapie.
Kim był patron pustelni – św. Onufry?
Zanim zanurzymy się w atmosferę tego miejsca, warto poznać jego patrona. Święty Onufry był egipskim pustelnikiem żyjącym na przełomie IV i V wieku. Według tradycji, przez 60 lat żył w całkowitym odosobnieniu na Pustyni Tebaidzkiej, mając za jedyne odzienie własne, długie włosy i brodę. Jest patronem eremitów, tkaczy, a także jest wzywany w modlitwie o odnalezienie zagubionych rzeczy i szczęśliwy związek małżeński. Jego postać symbolizuje radykalne oddanie się Bogu i odcięcie od świata materialnego, co idealnie oddaje ducha tego miejsca.
Pustelnia w sercu puszczy
Kiedy w końcu dotrzesz do tego miejsca, masz wrażenie, że czas się zatrzymał, a pustelnik wyszedł tylko na chwilę i zaraz wróci. Panuje tu absolutna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i szumem drzew. Dziś pustelnik – ksiądz – już tu nie przebywa, a jego obecne miejsce pobytu nie jest znane. Opuścił pustelnię z powodu coraz liczniejszych wizyt osób, które, szukając duchowej porady lub przybywając z czystej ciekawości, zakłócały jego samotność.
Rozgłos tego miejsca sprawił, że liczba osób szukających duchowej porady stale rosła. Obok chaty pojawił się nawet konfesjonał na świeżym powietrzu. Rady człowieka żyjącego poza społeczeństwem były cenne, dlatego liczba przybywających wciąż się zwiększała, ostatecznie zmuszając pustelnika do znalezienia nowego, bardziej odosobnionego miejsca.
Klimat Puszczy Augustowskiej
To klimatyczne i wyjątkowe miejsce znajduje się w Puszczy Augustowskiej, pośród malowniczych rozlewisk rzeki Rudawki. W skład pustelni wchodzą drewniana chatka, wspomniany konfesjonał oraz droga krzyżowa, która biegnie po drewnianej kładce, ponieważ cały teren jest bagnisty. To właśnie ta drewniana ścieżka, prowadząca przez wilgotny las, buduje niezwykłą atmosferę podróży do innego świata.
Jak dotrzeć i jak się zachować?
Dojazd: Do pustelni nie prowadzą żadne znaki. Najlepiej kierować się na wieś Wólka Karwowska, a następnie szukać leśnego parkingu. Stamtąd czeka nas kilkusetmetrowy spacer po drewnianej kładce przez las.
Szacunek: Pamiętaj, że to miejsce uświęcone, o charakterze sakralnym. Nawet pod nieobecność pustelnika należy zachować ciszę i szacunek. To nie jest typowa atrakcja turystyczna, a raczej przestrzeń do refleksji i wyciszenia.
O dziwo, w Suwalskim Parku Krajobrazowym nie jest łatwo o szlak pieszy który poprowadzony jest obszarem leśnym. Nie jest to wcale dziwne, gdyż zalesienie SPK wynosi ok. 20%. Podążaliśmy już wcześniej szlakiem na Górę Zamkową, a tym razem wybraliśmy - krótki, w większości zalesiony, szlak na Górę Leszczynową nad Jeziorem Hańcza.
By ustrzec wszystkich Was, których może zainspirujemy do odwiedzenie tego miejsca na Suwalszczyźnie,z Góry Leszczynowej nie będzie można zobaczyć żadnych widoków. Wieża widokowa, która jest na szczycie, niestety nie jest czynna.
Jak trafić do punktu widokowego - Góra Leszczynowa
By trafić na szlak prowadzący na Górę Leszczynową, najpierw musimy skierować się do miejscowości Przełomka. Tu odnajdujemy malutki parking.
Z tego miejsca dzieli nas jedynie 600 metrów (zawsze coś) do Góry Leszczynowej. Sam szlak, choć krótki ma w sobie jakieś naturalne piękno. Podążając nim, w zasadzie jasne staje się pochodzenie nazwy tej góry. Jej zbocza porastają liczne leszczyny. Jest ciemno, a latem z pewnością chłodniej niż w innych miejscach jakie odwiedziliśmy na terenie Suwalskiego Parku Krajobrazowego.
Pomimo braku widoku na Jezioro Hańcza z jej szczytu, polecamy ten krótki spacer.
Góra Cisowa w Suwalskim Parku Krajobrazowym to doskonały punkt widokowy (256 m n.p.m.), który koniecznie trzeba odwiedzić. Uznawana jest ona za symbol Suwalszczyzny i często nazywana "Suwalską Fudżijamą" ze względu na swój regularny, stożkowaty kształt, do złudzenia przypominający japoński wulkan. Ze szczytu rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram w tej części Polski – niepowtarzalny krajobraz jezior, łąk, torfowisk i polodowcowych wzniesień.
W przeszłości Góra Cisowa kilkakrotnie zmieniała nazwę. Była znana jako Góra Gulbieniszkowska (od pobliskiej wsi) czy Góra Sypana. Ta ostatnia nazwa wiąże się z fascynującą legendą. Według wierzeń, góra została usypana przez olbrzyma z piasku wydobytego z miejsca, gdzie obecnie znajduje się Jezioro Kopane.
Góra Cisowa nazywana jest również Suwalską Fudżijamą, ze względu na podobieństwo kształtu do japońskiego wulkanu o tej nazwie.
Według wierzenia góra została usypana z piasku wydobytego z miejsca, gdzie obecnie znajduje się Jezioro Kopane którego nazwa koresponduje z jedną z nazw góry tj. Góra Sypana.
Góra wzięła swoją nazwę od potężnego cisu, który podobno dawno temu rósł na jej szczycie.
Pod względem geologicznym, Góra Cisowa jest moreną czołową o regularnym kształcie. Wysokość 256 m n.p.m. powoduje, że jest to wspaniałe miejsce jako punkt obserwacyjny i widokowy.
Podziwiając panoramę warto wiedzieć, co ukazuje się naszym oczom, zatem:
w kierunku północno – zachodnim widać jeziora Udziejek, Gubin i Okrągłe, wieś Udziejek oraz kompleks zalesionych wzgórz;
w kierunku północno – wschodnim widoczna jest leżąca u stóp Góry wieś Gulbieniszki, jezioro Sumowo oraz leśne wzgórza ciągnące się aż do Rutki Tartak;
w kierunku południowo – wschodnim malownicze, bezleśne wzgórza morenowe.
Panorama, która rozpościera się ze szczytu Góry Cisowej jest jedną z najpiękniejszych i najciekawszych na Suwalszczyźnie.
Warto wspomnieć, że na szczycie góry znajduje się krzyż i tablica upamiętniająca pielgrzymkę Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski w 1999 r.
Okiem Obiektywu: Porady dla odwiedzających
Jak dotrzeć? Najlepiej pozostawić samochód na niewielkim parkingu we wsi Gulbieniszki. Stamtąd na szczyt prowadzi krótka, ale dość stroma ścieżka, częściowo ułatwiona drewnianymi schodkami.
Kiedy jechać? Góra Cisowa jest piękna o każdej porze roku. Najbardziej spektakularne widoki są o wschodzie i zachodzie słońca, zwłaszcza jesienią, gdy okoliczne lasy mienią się kolorami.
Co w okolicy? Będąc w Gulbieniszkach, jesteś zaledwie kilka kilometrów od słynnego punktu widokowego "U Pana Tadeusza" w Smolnikach. Warto połączyć wizytę w obu tych miejscach podczas jednej wycieczki!
The English version of this post can be found at the bottom of the page.
Odwiedziłem Augustów już kilkakrotnie. Do tej pory kojarzyłem to miasto
głównie z jagodziankami - miękkimi i puszystymi bułeczkami drożdżowymi z
jagodami. Nigdy nie miałem okazji poznać tego miejsca dokładniej, na
przykład popłynąć fragmentem Kanału Augustowskiego. Tym razem było
inaczej. Wraz z rodziną wyruszyliśmy w rejs statkiem Żeglugi
Augustowskiej do Studzienicznej, którą można również odwiedzić w ramach
szlaku papieskiego.
Podczas rejsu statkiem Żeglugi Augustowskiej można się zachwycić
niezwykłością Kanału Augustowskiego oraz jego pięknem przyrodniczym. Te
wody obfitują w bogactwo ptactwa wodnego, takie jak łabędzie, kaczki i
gęsi. Spotkamy tu również różnorodne gatunki ryb, takie jak lin, leszcz,
okoń, szczupak, węgorz, karaś, miętus pospolity, płoć i ukleja.
Podczas rejsu przepłyniemy przez rzekę Klonownicę, która jest najkrótszą
żeglowną rzeką w Polsce. Jezioro Białe zachwyci nas jasnozieloną barwą i
obfitością ptactwa. Po wpłynięciu na jezioro Studzieniczne, nasz statek
pokona Śluzę Przewięź i zawinie do urokliwej miejscowości Studzieniczna, usytuowanej malowniczo na półwyspie.
O Studzienicznej można więcej przeczytać w moim wpisie na blogu, więc nie będę się tu nadmiernie rozpisywać na ten temat. Poświeciłem jej cały wpis na blogu.
Dwupokładowe statki Żeglugi Augustowskiej pomieszczą nawet do 200
turystów, a sam rejs jest bardzo przyjemny, chociaż dla dzieci może
wydać się zbyt długi. Trasa rozpoczyna się i kończy w porcie Augustów,
prowadzi nas przez rzekę Nettę, kolejne jeziora, dwukrotnie przez Śluzę
Przewięź, a następnie wracamy do portu.
I have visited Augustów several times. Until now, I mainly associated this city with "jagodzianki" - soft and fluffy yeast buns with blueberries. I had never had the opportunity to explore this place more thoroughly, such as taking a cruise along a portion of the Augustów Canal. This time was different. My family and I embarked on a cruise with Żeglugi Augustowskiej to Studzieniczna, which can also be visited as part of the papal route.
Augustów - Cruise with Żeglugi Augustowskiej
During the cruise with Żeglugi Augustowskiej, you can be captivated by the uniqueness of the Augustów Canal and its natural beauty. These waters are rich in a variety of waterfowl, such as swans, ducks, and geese. You will also encounter various species of fish, including pike, bream, perch, pikeperch, eel, crucian carp, roach, and bleak.
Augustów - Cruise with Żeglugi Augustowskiej
During the cruise, we will pass through the Klonownica River, which is the shortest navigable river in Poland. Lake Białe will delight you with its bright green color and an abundance of birdlife. Upon entering Lake Studzieniczne, our ship will pass through the Przewięź Lock and dock at the charming village of Studzieniczna, beautifully situated on a peninsula.
You can read more about Studzieniczna in my blog post, so I won't elaborate on it here. I dedicated an entire blog post to it.
The two-deck ships of Żeglugi Augustowskiej can accommodate up to 200 tourists, and the cruise itself is very enjoyable, although it may seem a bit long for children. The route begins and ends at the port of Augustów, taking you through the Nettę River, several lakes, passing the Przewięź Lock twice, and then returning to the port.
Read more of my posts about Suwalszczyzna in the Podlaskie Voivodeship.
Studzieniczna - malowniczo położona nad jeziorem o tej samej nazwie, tuż obok Augustowa, jest sercem duchowości Suwalszczyzny. Nazwa jeziora, jak i sanktuarium, pochodzi od studni, która według legend i wierzeń zawiera cudowną wodę, mającą moc uzdrawiania chorób oczu. Sanktuarium w Studzienicznej jest nierozerwalnie związane z objawieniami Matki Boskiej, które miały tu miejsce w XVIII wieku.
Legendy wiążą świętość tego miejsca jeszcze z czasami pogańskimi, czego dowodem miałyby być potężne, kilkusetletnie dęby, które do dziś szumią na wyspie. Najprawdopodobniej jednak początki kultu maryjnego są związane z niezwykłymi zjawiskami naturalnymi, które w momentach klęsk były odczuwane jako cudowne i stawały się podstawą nadziei. Takim na przykład zjawiskiem jest okresowa zmiana kierunku prądu pobliskiej rzeczki, określanej mianem Cudu w Studzienicznej.
Powstanie Sanktuarium w Studzienicznej
Wszystko zaczęło się od gromadzenia się ludności przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, który w niewyjaśnionych okolicznościach pojawił się na sośnie rosnącej na wyspie. O wizerunek ten toczył się zresztą wieloletni proces pomiędzy parafią augustowską a kamedułami wigierskimi, zapoczątkowany przez brawurowy zabór obrazu przez nasłanych przez zakonników "dziadów wigierskich".
Kluczową postacią dla tego miejsca był Wincenty Murawski - były wojskowy, który w XVII wieku osiadł tu jako pustelnik. Szybko zdobył sławę zielarza i uzdrowiciela. W 1770 roku, przy studni z cudowną wodą, zbudował niewielką, drewnianą kapliczkę. Jego determinacja była tak wielka, że w 1782 roku odbył pieszą pielgrzymkę do Rzymu, by u samego papieża uzyskać zgodę na cztery odpusty w Studzienicznej. To właśnie jego działalność ugruntowała przekonanie o świętości tego miejsca.
Legenda głosi, że pewnego dnia ów pustelnik ujrzeć miał na dębie Wizerunek Matki Bożej, wierną kopię cudownego obrazu z Częstochowy. Inna wersja mówi o ubogim człowieku, któremu objawiła się Matka Boża, nakazując mu głosić chwałę tego miejsca.
Pewien ubogi człowiek z nazwiska niewiadomy, wracając z Różanego Stoku, zatrzymał się w Studzienicznej i modły swoje w odosobnionym miejscu na Grądziku, szczerze Bogu posyłał ...
I wtedy objawić się mu miała Matka Boża. Odtąd
starzec z pokorą chrześcijańską z miejsca na miejsce przechodząc, cud ten ludowi ogłasza ...
Śladami Papieża i echa kinematografii
Sanktuarium w Studzienicznej jest jedną z najważniejszych atrakcji Podlasia. Jego sława wykroczyła daleko poza granice regionu w 1999 roku, kiedy to odwiedził je papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do Polski. To właśnie tutaj wypowiedział słynne, wzruszające słowa, które dziś uwieczniono na pomniku:
Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni.
W murowanej kapliczce na wodzie, która stoi na 64 dębowych palach wbitych w mokradła, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Studzieniczańskiej - Matki Kościoła, wykonany w XVIII wieku przez nieznanego artystę. Zarówno do kapliczki, jak i do studzienki prowadzi malownicza ścieżka usypana na grobli w 1920 roku.
To miejsce inspirowało także filmowców. W Sanktuarium w Studzienicznej toczy się akcja filmów: "Śpiewy po rosie" (1982) w reż. Władysława Ślesickiego, a także kręcone były sceny do kultowego "Karate po polsku" (1983) w reż. Wojciecha Wójcika.
Jak dotrzeć i co warto wiedzieć?
Rowerem, pieszo lub statkiem Żeglugi Augustowskiej ze śluzowaniem w Przewięzi. Jakkolwiek się do Studzienicznej dostaniecie - nie będziecie żałować. Rejs statkiem to niezapomniane przeżycie i okazja, by zobaczyć sanktuarium z perspektywy wody. To miejsce jest szczególnie ważne dla wierzących, ale i na niewierzących robi ogromne wrażenie, oferując chwilę wyciszenia i kontaktu z piękną, augustowską przyrodą.
Kontynuujemy zwiedzanie Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Tym razem ruszamy na południe od jeziora Hańcza, w niezwykłą dolinę Czarnej Hańczy, by odkryć miejsce, które wygląda jak fragment skandynawskiego krajobrazu przeniesiony do Polski.
Dolina Czarnej Hańczy – suwalski potok górski
Dolina Czarnej Hańczy, największej rzeki Suwalszczyzny, jest pełna niespodzianek. Choć tylko na niewielkim odcinku znajduje się na terenie Suwalskiego Parku Krajobrazowego, to właśnie tutaj jest jej najpiękniejszy i najbardziej dziki fragment.
Dolina, ciągnąca się między jeziorem Hańcza a Turtulem, to wąska i głęboka rynna polodowcowa. Płynąca tędy rzeka ma duży spadek, przez co jej charakter przypomina rwący potok górski. W korycie rzeki zalegają tysiące głazów, przez które woda przebija się z hałasem, tworząc malownicze kaskady i bystrza.
Jak powstało Głazowisko Bachanowo?
Głazy te, przyniesione przez lądolód ze Skandynawii, były pierwotnie częścią gliny zwałowej. Gdy tysiące lat temu wody topniejącego lodowca z ogromną siłą płynęły tą rynną, wypłukały lżejszy materiał (piasek i glinę), pozostawiając jedynie najcięższe, potężne kamienie.
Głazy narzutowe rozlokowane są na czterech tarasach:
W korycie rzeki,
Na dnie doliny,
10 metrów ponad korytem,
25 metrów nad wodą, na płaskiej powierzchni.
Okiem Obiektywu: Porady dla odwiedzających
Jak dotrzeć? Do rezerwatu prowadzi dobrze oznakowana ścieżka edukacyjna z parkingu przy drodze łączącej Malesowiznę z Bachanowem.
Kiedy jechać? Najpiękniej jest tu wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, oraz jesienią, kiedy kolorowe liście kontrastują z surowością głazów.
Co zabrać? Koniecznie weź wygodne, nieprzemakalne buty. Ścieżki, zwłaszcza te prowadzące do samej rzeki, bywają strome i śliskie.
Fotografia: To raj dla fotografów krajobrazu! Użyj długiego czasu naświetlania, aby uzyskać efekt "mlecznej" wody na bystrzach rzeki. Filtr polaryzacyjny pomoże zredukować odblaski na mokrych kamieniach i wydobyć ich kolory.
Suwalski Park Krajobrazowy odwiedziłem po raz pierwszy kilkanaście lat temu. Moje wyobrażenie jego piękna nie zdewaluowało się zupełnie przez te wszystkie lata. Zabierając w tym roku całą rodzinę (z psem) na Suwalszczyznę - wiedziałem, że wszystkich nas zachwyci.
Suwalski Park Krajobrazowy to najstarszy park krajobrazowy w Polsce. Utworzony został w 1976 r. Położony jest na terenie gmin: Jeleniewo, Wiżajny, Przerośl i Rutka Tartak na Pojezierzu Suwalskim, wchodzącym w skład Pojezierza Litewskiego. Zajmuje powierzchnię 6284 ha, a wraz ze strefą ochronną 8617 ha.
Piękno Suwalskiego Parku Krajobrazowego polega na występowaniu na jego obszarze rozległych, otwartych przestrzeni z licznymi jeziorami i lasami poprzeplatanymi rzekami, łąkami, polami i bagnami. To jedyny park krajobrazowy jaki znam z tak unikatowym krajobrazem polodowcowym, który jest najcenniejszym walorem parku.
Rzeźba terenu SPK w większości ukształtowana została przez lądolód podczas ostatniego zlodowacenia. Pozostałościami po tym są wysoczyzny morenowe i doliny rzeczne.
Lądolód naniósł wiele głazów narzutowych i utworzył dużo jezior, w tym najgłębsze w Polsce i Europie niżowej – Jezioro Hańcza o głębokości 108,5 m.
Na terenie parku znajdują się 4 rezerwaty przyrody (Jezioro Hańcza, Głazowisko Bachanowo nad Czarną Hańczą, Głazowisko Łopuchowskie i Rutka), 4 użytki ekologiczne (jeziora Jeglówek, Szurpiły, Kojle i Perty) oraz pomniki przyrody (16 pojedynczych drzew, 2 grupy drzew i 10 głazów narzutowych). Obszar parku objęty jest projektem Europejskiej Sieci Ekologicznej NATURA 2000.
Park narodowy a krajobrazowy – czym się różnią?
Zarówno park narodowy, jak i krajobrazowy to obszary ustanowione dla ochrony naturalnej przyrody. Parków narodowych mamy dziś w Polsce 23, natomiast krajobrazowych aż ponad 120. Różnicą między parkiem narodowym a krajobrazowy, jest zakres dozwolonej ingerencji człowieka w przyrodę. W parkach krajobrazowych ludzie mogą normalnie korzystać, dopóki nie szkodzą naturze. Można na jego terenie mieszkać i pracować. Działalność człowieka jest tu ograniczona, ale nie zakazana. Zupełnie odwrotnie jest w parku narodowym.
Inną różnicą jest powierzchnia – park narodowy musi posiadać jej co najmniej 1000 ha, natomiast krajobrazowy nie ma wyznaczonej minimalnej powierzchni.
Jaćwingowie (Jaćwięgowie) zamieszkiwali Jaćwież (Sudowię) czyli m.in. tereny odwiedzanej przez nas Suwalszczyzny. Ich terytorium rozciągało się od okolic jeziora Wiżajny aż po dolinę Biebrzy na południu. Byli jednym z najbardziej wojowniczych i najpotężniejszych ludów bałtyjskich. Dziś są niemal zupełnie zapomniani.
Prawdopodobnie głównym ośrodkiem Jaćwieży był gród w miejscowości Szurpiły nieopodal Góry Zamkowej, którą opisywaliśmy w poprzednim wpisie. Na Górze Zamkowej zbudowano potężny gród, otaczając go drewniano-ziemnym wałem. Służył on jako schronienie w czasie zagrożenia. Na przełomie XII i XIII wieku system obronny grodów Jaćwingów został znacznie rozbudowany - powstały kopce strażnicze, a wał na Górze Zamkowej został wzmocniony.
Jaćwingowie, razem ze spokrewnionymi z nimi Prusami i Litwinami, byli ludem bałtyckim, który przez wieki budził postrach wśród sąsiadów. Słynęli nie tylko z odwagi, ale i z doskonałej taktyki walki partyzanckiej, idealnie dostosowanej do leśno-bagiennego terenu Suwalszczyzny. Byli mistrzami szybkich, łupieżczych najazdów, które prowadziły ich na ziemie ruskie, polskie oraz krzyżackie, aż po okolice Grudziądza, Drohiczyna czy Lublina.
Oprócz waleczności mieli także swoją specyficzną kulturę i wierzenia, podobne do słowiańskich. Czcili siły natury: ciała niebieskie (zwłaszcza słońce i księżyc), zjawiska przyrodnicze (gromy i błyskawice) oraz żywioły (wodę i ogień). Nie budowali świątyń, a za miejsca kultu służyły im święte gaje, źródła i kamienie ofiarne. Jaćwingowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe, co widać w bogactwie ich grobów. Składali ofiary ze zwierząt, a czasem z jeńców wojennych.
Ostatecznie, po latach krwawych krucjat, Jaćwingowie ulegli potędze zakonu krzyżackiego. Nieliczni, którzy przetrwali, ulegli asymilacji, a ich język i kultura zaginęły na zawsze.
Cmentarzysko Jaćwingów w Szwajcarii koło Suwałk
Niedaleko Suwałk, w miejscowości o uroczej nazwie Szwajcaria, znaleźć możemy jedno z najlepiej zachowanych cmentarzysk tego dawnego ludu. To właśnie tutaj, w latach 50-tych XX wieku, archeolodzy odkryli liczne kurhany z bogatymi pochówkami, których pochodzenie datuje się na IV-V w. n.e.
Jaćwingowie w pewnym okresie zmienili obrządek pogrzebowy i przeszli na ciałopalenie. W Szwajcarii w większości znaleźć można właśnie pochówki popielcowe, przykryte imponującymi kurhanami z kamieni polnych. Na cmentarzysku znajduje się ponad 100 takich grobowców, o średnicy od 6 do 21 metrów. W tak zwanych "książęcych" kurhanach, oprócz szczątków zmarłych, odnaleziono cenne dary grobowe - broń (miecze, groty włóczni), ozdoby oraz uprzęże końskie, co świadczy o tym, że razem z wodzem chowano również jego wierzchowca.
Okiem Obiektywu: Warto wiedzieć
Lokalizacja: Cmentarzysko znajduje się w lesie, tuż przy drodze z Suwałk do Jeleniewa. Jest dobrze oznakowane.
Dostępność: Miejsce jest ogólnodostępne przez cały rok, bezpłatnie.
Szacunek: Pamiętajmy, że to starożytne cmentarzysko. Zachowajmy ciszę i szacunek dla tego miejsca spoczynku.
Jezioro Hańcza jest najgłębszym jeziorem w Polsce i jednym z większych na Suwalszczyźnie. Znajduje się na terenie Suwalskiego Parku Krajobrazowego i jest w całości objęte ochroną jako rezerwat przyrody.
Hańcza – polski Bajkał w miniaturze
Hańcza jest najgłębszym jeziorem nie tylko w Polsce, ale i w całej środkowej części Niżu Europejskiego. W punkcie kulminacyjnym osiąga aż 108,5 metra głębokości, co nadaje mu iście wysokogórski charakter. Średnia głębokość Hańczy nie jest jednak tak imponująca, gdyż wynosi "jedyne" 38 metrów.
Jezioro znajduje się w sercu Suwalskiego Parku Krajobrazowego i w całości objęte jest ochroną rezerwatową. Powstało w głębokiej, polodowcowej rynnie, a jego krystalicznie czyste i zimne wody nieustannie zasila rzeka Czarna Hańcza, która przez nie przepływa, rozpoczynając tu swój słynny szlak kajakowy.
Hańcza jest akwenem oligotroficznym, co oznacza, że jej wody są bardzo czyste, przejrzyste i doskonale natlenione, ale ubogie w substancje odżywcze. Dzięki tym unikalnym warunkom, żyją tu reliktowe gatunki fauny, typowe dla jezior skandynawskich i alpejskich:
głowacz pręgopłetwy,
sieja,
sielawa,
stynka,
kilka gatunków skorupiaków skandynawsko-bałtyckich.
Introdukowano w nim także troć jeziorową.
Mekka dla nurków i królestwo kamiennych plaż
Brzegi Hańczy są wysokie i strome, a plaże zamiast piasku wyścielone są tysiącami polodowcowych głazów, tworząc unikalne w skali Polski kamienne wybrzeże (litoral kamienisty). To właśnie te podwodne, strome ściany, opadające w głąb jeziora niczym tatrzańskie turnie, oraz doskonała przejrzystość wody sprawiają, że Hańcza jest absolutną mekką dla polskich nurków. Jest to popularne miejsce treningowe dla nurków technicznych, którzy schodzą tu na duże głębokości, by podziwiać podwodny, surowy krajobraz.
Jezioro porośnięte jest borem świerkowym od wschodu oraz polami i pastwiskami od zachodu. Posiada kilka malowniczych zatoczek. Nazwa jeziora swoje korzenie ma prawdopodobnie w martwym języku Jaćwingów.
Ze względu na swoje unikalne walory, Hańcza została wpisana na listę Projekt Aqua UNESCO.
Porady dla odwiedzających
Najlepsze punkty widokowe: Koniecznie odwiedź wieżę widokową w Błaskowiźnie lub punkty widokowe w Mierkiniach i Wodziłkach. Roztaczają się stamtąd najpiękniejsze panoramy na jezioro.
Aktywności: Oprócz nurkowania, Hańcza to świetne miejsce na kajaki (start szlaku Czarnej Hańczy) i spokojny wypoczynek nad wodą.
Uwaga na zimną wodę! Nawet w środku lata woda w Hańczy jest bardzo zimna z powodu jej głębokości. Należy o tym pamiętać podczas kąpieli.
Fotografia: Aby uchwycić niezwykłą przejrzystość wody, użyj filtra polaryzacyjnego, który zredukuje odblaski na powierzchni i pogłębi błękit. Najlepsze światło jest wczesnym rankiem.
W głębokiej dolinie Szeszupy połyskuje kopuła maleńkiej cerkiewki zakończona ośmiokończastym krzyżem. Jej budowniczymi są Rosjanie, którzy pojawili się tutaj pod koniec XVIII wieku szukając schronienia przed prześladowaniami Cerkwi, przeprowadzonej w XVII wieku przez patriarchę rosyjskiego Nikona.
Sobór moskiewski w 1654 roku wprowadził m.in. nowy sposób żegnanie się (trzema palcami zamiast dwoma), chrzest przez polewanie wodą, a nie zanurzanie, zmianę pisowni imienia Jezus (lisus zamiast Isus). Część duchowieństwa i wiernych nie zgodziła się na zmiany, co pociągnęło za sobą rozłam Kościoła prawosławnego i ucieczkę części z nich nad Szeszupę.
Kawałek Rosji nad Szeszupą
Tych, którzy zostali przy starej liturgii i tradycji, nazwano staroobrzędowcami, starowiercami, filiponami, raskolnikami (raskoł — po rosyjsku rozłam). Wśród raskolników powstało kilka odłamów. Grupę, która z braku możliwości wyświęcania duchownych według starego obrządku pozostała bez duchowieństwa, nazwano bezpopowcami. Do nich należą starowiercy wodziłkowscy.
Nabożeństwa odprawia u nich wybierany spośród społeczności nastawnik. Za ideał życia ziemskiego uważali oni stan zakonny i byli przeciwnikami zawierania małżeństw. Założenie rodziny, a szczególnie spłodzenie dziecka, oznaczało wykluczenie ze wspólnoty. Dzieciom urodzonym w takich związkach odmawiano chrztu do momentu rozwodu rodziców. Znaczne ubytki wyznawców przekonały stopniowo przywódców duchownych do złagodzenia rygorów. Zakaz zakładania rodziny zastąpiono postami i spowiedzią dla tzw. nowoźenów.
Staroobrzędowcy zajmowali się zazwyczaj uprawą ziemi, ale głównym źródłem ich utrzymania była obróbka drewna, roboty stolarskie i ciesielskie. W Wodziłkach stoi jeszcze kilka drewnianych domów, zabudowania gospodarcze i parowe łaźnie. Drewniana jest również molenna — świątynia z 1921 roku.
Ruska bania
Język słyszany jeszcze na wsiach to gwara języka rosyjskiego. Z Rosji pochodzi też zwyczaj kąpania się w łaźni parowej zwanej banią lub bajnią. W Wodziłkach można zażyć kąpieli w tzw. czarnej bani. Budynek takiej łaźni, w przeciwieństwie do bani białej, nie posiada komina, a dym z paleniska odprowadzany jest przez uchylone okna i drzwi. Banie stoją zazwyczaj przy stawie lub rzece, gdzie chłodzi się ciało po parowej kąpieli. Kiedyś z łaźni korzystano tylko w sobotę. Ogień w bani w inny dzień oznaczał, że w domu jest ktoś chory lub powiększy się rodzina, bo tutaj też kobiety rodziły dzieci.
Starowiercy jeszcze dziś, mimo procesów asymilacyjnych, zachowali wiele oryginalnego kolorytu, przywiązania do dawnych obyczajów, obrzędów i stylu życia. Młodzi ludzie jednak coraz częściej golą brody, piją alkohol, palą papierosy, zawierają małżeństwa z innowiercami.
W latach międzywojennych w granicach Polski zamieszkiwało około 50 tys. staroobrzędowców. Podczas drugiej wojny światowej część starowierców hitlerowcy deportowali do Związku Radzieckiego lub wywieźli na roboty przymusowe do Niemiec, skąd większość już nie wróciła. Po roku 1945 w granicach Polski pozostało ich około 2,5 tys. Wodziłki przed wojną zamieszkiwało około stu rodzin, dziś zostało ich tylko sześć. Obecnie większość staroobrzędowców z północno-wschodniej Polski mieszka w Suwałkach i Augustowie oraz w sąsiadujących z tymi miastami wsiach, tj. w Gabowych Grądach, Borze, Płocicznie, Szurach, Czerwonym Folwarku, Budzie Ruskiej.
W Suwałkach mieści się siedziba Naczelnej Rady Staroobrzędowców — centralny organ tej grupy religijnej.
Góra Zamkowa w Szurpiłach uchodzi za jeden z najpiękniejszych i najbardziej tajemniczych zakątków Suwalszczyzny. Do dziś, przyglądając się jej zboczom, a zwłaszcza z góry, można dostrzec trzy potężne pierścienie ziemnych wałów obronnych, umocnionych głazami. To cichy świadek bogatej i burzliwej przeszłości tego miejsca.
W okresie wczesnego średniowiecza to właśnie tutaj mieściło się potężne grodzisko Jaćwingów, jednego z najbardziej walecznych i tajemniczych plemion bałtyckich. Był to cały kompleks osadniczy, w skład którego wchodziły jeszcze osady, Góra Cmentarna, Góra Kościelna oraz wyspy na jeziorach Szurpiły i Jeglówek.
Kim byli Jaćwingowie?
Zanim wejdziemy na szczyt, warto na chwilę cofnąć się w czasie. Jaćwingowie (lub Sudowowie) byli ludem bałtyckim, blisko spokrewnionym z Litwinami i Prusami. Przez wieki zamieszkiwali tereny Suwalszczyzny, tworząc własną, unikalną kulturę. Słynęli z niezwykłej waleczności i byli postrachem dla swoich sąsiadów, w tym dla młodego państwa polskiego i Rusi. Ich historia zakończyła się tragicznie w XIII wieku, kiedy to zostali ostatecznie podbici i niemal całkowicie unicestwieni w trakcie krucjat prowadzonych przez Zakon Krzyżacki. Góra Zamkowa w Szurpiłach była jednym z ich najważniejszych ośrodków władzy.
Potęga grodu w Szurpiłach
Za czasów Jaćwieskich Góra Zamkowa wraz z całym jeziornym otoczeniem pełniła bardzo ważną funkcję osadniczą, obronną, a prawdopodobnie również kultową. Z tego też powodu była doskonale ufortyfikowana. Grodu strzegł system wałów i podwójny rząd palisady umocnionej kamieniami. Aby zabezpieczyć się od południa, wykopano szeroki kanał, który wypełniły wody jeziora Tchliczysko. System obronny uzupełniały strażnice na wyspach jezior Szurpiły i Jeglówek. Taki wygląd grodu datowany jest na X-XIII wiek.
Panorama z Góry Zamkowej
Samo wyjście na szczyt nie sprawi większych trudności, a nagrodą są piękne widoki na cztery jeziora. Bezpośrednie otoczenie Góry Zamkowej to zalesiona Góra Kościelna i Góra Cmentarna oraz jeziora:
Szurpiły,
Tchliczysko,
Jeglówek,
Jeglóweczek.
Wierzchołek Góry Zamkowej wznosi się ponad 45 metrów nad powierzchnię otaczających ją wód, co tworzy naprawdę imponującą panoramę. Na szczycie znajdziemy tablice informacyjne, które pomagają zwizualizować sobie, jak wyglądała dawna warownia.
Góra Zamkowa w Szurpiłach to, obok Osinek i Żywej Wody, największy obiekt archeologiczny Suwalszczyzny, który wciąż czeka na pełne poznanie i opisanie.
Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA GPS: 54°13'58.906"N, 22°52'59.7"E
Klasztor w Wigrach nie może zostać pominięty podczas zwiedzania Suwalszczyzny. Pokamedulski Klasztor w Wigrach, malowniczo położony na półwyspie Jeziora Wigry, to jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc na turystycznej mapie województwa podlaskiego.
Erem kamedułów w Wigrach należał do najbogatszych w Europie. Został ufundowany w 1667 roku przez króla Jana II Kazimierza Wazę z obowiązkiem codziennej modlitwy o oddalenie od kraju wszelkich nieszczęść. W 1805 roku, w okresie zaborów, klasztor został zlikwidowany przez władze pruskie, a zakonnicy przenieśli się na podwarszawskie Bielany.
Obecnie w dawnych eremach dostępne są pokoje gościnne i apartamenty, które można wynająć. Na terenie klasztoru można zwiedzić Apartamenty i Kaplicę Papieską, Krypty w Kościele, Wieżę Zegarową, Wystawy oraz czytelnię Jana Pawła II, którą ufundowano po jego historycznym noclegu na terenie Klasztoru w czerwcu 1999 roku.
Późnobarokowy kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny o bogatym wystroju wnętrza jest nadal używany i służy także jako miejsce koncertów chorału gregoriańskiego.
Krypta kościelna, udostępniona do zwiedzania, zawiera ponad 40 zamurowanych wnęk z ciałami zmarłych eremitów. W dwóch przeszklonych niszach, które prawdopodobnie zostały splądrowane przez Niemców podczas II wojny światowej w poszukiwaniu kosztowności, widać szczątki zakonników. Na jednej ze ścian znajduje się malowidło przedstawiające taniec śmierci (danse macabre) – alegorię kruchości życia, w której Śmierć zaprasza mnicha do tańca.
Historia zakonu kamedułów
Wszystko zaczyna się w Rawennie, we Włoszech, gdzie pod koniec pierwszego tysiąclecia rodzi się św. Romuald. Jako dwudziestolatek, pod wpływem osobistych przeżyć, udaje się do pobliskiego zakonu benedyktynów w celu odbycia pokuty. Tam rodzi się w jego głowie własny, radykalny pomysł na życie zakonne.
Pozostaw cały świat za sobą i zapomnij o nim
Tak widział swoją regułę Romuald. Miała to być pustelnia, a zakonnik musiał żyć w samotności. Jego życie miało być podporządkowane surowej regule milczenia (rozmawiano tylko w wyznaczone dni), postu, modlitwy i pracy fizycznej, z dala od pokus świata.
Romuald uczy się życia eremickiego, odwiedza pustelników, rozmawia z nimi. Los kieruje go do Toskanii, tam, dzięki sprzyjającym okolicznościom powstaje pierwsza pustelnia. To rok 1012. Poznaje pewnego właściciela ziemskiego o nazwisku Maldulo. Człowiek ten zachwycony spotkaniem z Romualdem ofiarowuje mu kawałek swojej ziemi w Cammpo di Malduli (Dolinie Maldulego) by ten mógł zbudować swój pierwszy erem. I tak się stało. Stąd też wzięła się nazwa zakonu – Kameduli (Camaldulenses), od nazwiska darczyńcy, czyli właściciela ziemi, na której powstał pierwszy erem. Oficjalnie zakon zostaje zatwierdzony przez papieża Aleksandra II w 1072 roku.
Kameduli przybywają do Polski
Proces sprowadzenia Kamedułów na ziemie polskie przebiegł w bardzo ciekawych okolicznościach, legenda i prawda historyczna splatają się w interesującą opowieść. Jest początek 17 wieku, rok 1604. Mnisi przybywają na krakowskie Bielany za sprawą królewskiego marszałka nadwornego Michała Półkozica Wolskiego, który udał się do papieża w celu załatwienia spraw królewskich postanowił wykorzystać tę okazję do wyspowiadania się u samego papieża ze swoich grzechów.
Papież w ramach pokuty zasugerował, aby sprowadzić do Polski zakon z Włoch sugerując, że mogliby być to Kameduli. Uważał, „że Polska nie posiada jak dotąd zakonu, który by samotnością, ciągłą modlitwą, postem i milczeniem dawał podnietę do bogobojnego życia”. Choć na początku niechętnie, bo Polska jawiła się przeorom kamedulskim jako kraj zimny, daleki, zimny jednak przybywają do Krakowa i budują okazały erem na Bielanach, który istnieje do dziś.
Potem powstają kolejne pustelnie w Polsce, a mianowicie w Rytwianach koło Sandomierza, na warszawskich Bielanach, w Bieniszewie koło Konina, w Pożajsciu na terenie ówczesnego Wielkiego Księstwa Litewskiego i wreszcie Klasztor w Wigrach.
Wigry to nie tylko Klasztor – to serce tętniącej życiem przyrody
Odwiedzając to miejsce, warto pamiętać, że klasztor jest nierozerwalnie związany z otaczającą go naturą. Położony jest w sercu Wigierskiego Parku Narodowego, jednego z najcenniejszych przyrodniczo obszarów w Polsce. Jezioro Wigry i otaczające je lasy to prawdziwy raj dla miłośników przyrody i ostoja dla wielu gatunków zwierząt.
Szczególnie bogaty jest tu świat ptaków. Jezioro to dom dla tysięcy ptaków wodnych. Regularnie odbywa się tu, między innymi, sierpniowe liczenie ptaków, podczas którego ornitolodzy i wolontariusze obserwują i spisują populacje takich gatunków jak kormorany, czaple siwe, gągoły czy nurogęsi. To dowód na to, że Wigry to nie tylko zabytek, ale tętniący życiem, dynamiczny ekosystem, który wciąż jest ważnym ośrodkiem badań naukowych. Stojąc na klasztornym wzgórzu, warto więc nie tylko podziwiać architekturę, ale też wytężyć wzrok i słuch, by dostrzec to niezwykłe, skrzydlate życie toczące się na tafli jeziora.
Wigry dzisiaj: Śladami Papieża i podziemne tajemnice
Klasztor w Wigrach zyskał nową sławę po wizycie papieża Jana Pawła II w 1999 roku. Był to dla niego czas odpoczynku podczas pielgrzymki do Polski. Papież, miłośnik przyrody, pływał statkiem po jeziorze, spotykał się z mieszkańcami i zachwycał pięknem Suwalszczyzny. Apartamenty, w których mieszkał, są dziś udostępnione zwiedzającym jako muzeum.
Niedawno teren klasztoru stał się również miejscem fascynujących odkryć archeologicznych. Przy użyciu georadaru zlokalizowano nieznane dotąd podziemne pomieszczenia i korytarze, które wciąż czekają na zbadanie. Być może pełniły one rolę drogi ewakuacyjnej lub skrywają inne, nieodkryte jeszcze tajemnice.
Zagadka podziemnych tajemnic Klasztoru Wigry pozostaje otwarta, a kolejne badania mogą przynieść jeszcze bardziej fascynujące wyniki.
Planując wypad na Suwalszczyznę, warto przypomnieć sobie film Andrzeja Wajdy - "Pan Tadeusz". Dlaczego? Gdyż tłem dla początkowych, ikonicznych ujęć filmowych, w których widzimy powrót Tadeusza do Soplicowa, są unikalne krajobrazy Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Odwiedzając Punkt widokowy "U Pana Tadeusza" w Smolnikach, okaże się, że stoimy dokładnie w miejscu, z którego Andrzej Wajda czerpał swoje kadry filmowej Litwy.
"Litwo, Ojczyzno moja!"... na Suwalszczyźnie
Punkt widokowy "U Pana Tadeusza" położony jest przy północnej granicy Suwalskiego Parku Krajobrazowego we wsi Smolniki. Jadąc od strony Suwałk, łatwo go pominąć, ponieważ nie jest on dobrze oznakowany. Gdy wjedziemy do wsi, obserwujcie lewą stronę drogi, gdzie za zakrętem schowany jest drogowskaz informujący, że jesteśmy na miejscu. To właśnie tutaj Andrzej Wajda, po długich poszukiwaniach idealnego krajobrazu na Litwie, miał powiedzieć: "Znalazłem! Tu będziemy kręcić. Tu jest bardziej litewsko niż na Litwie".
Z ustawionej na wysokości 225 metrów n.p.m. drewnianej platformy możemy zobaczyć naprawdę niezapomniany widok.
Panorama jak z epopei narodowej
Widać stąd całą północno-wschodnią część Suwalskiego Parku Krajobrazowego, której polodowcowy krajobraz – z malowniczymi pagórkami, głębokimi dolinami i błyszczącą taflą jezior – do złudzenia przypomina ten opisywany przez Mickiewicza. Centralną część panoramy stanowią jeziora kleszczowskie:
Kojle,
Perty,
Purwin.
W oddali można dostrzec charakterystyczne wzniesienia: Górę Jesionową, Górę Cisową oraz Krzemieniuchę. Oglądane z tego miejsca krajobrazy to właśnie wajdowska Litwa, która na zawsze zapisała się w historii polskiego kina.
Ten unikalny krajobraz został wykorzystany nie tylko w filmie "Pan Tadeusz", ale znalazł się także w adaptacji powieści Czesława Miłosza – "Dolina Issy" w reżyserii Tadeusza Konwickiego.
Porady dla odwiedzających
Najlepsza pora na zdjęcia: Najpiękniejsze światło zastaniecie tu o wschodzie słońca, gdy mgły unoszą się nad jeziorami, tworząc magiczną, niemal baśniową atmosferę. Równie pięknie jest późnym popołudniem w złotej godzinie.
Sprzęt: Warto zabrać ze sobą obiektyw szerokokątny, aby uchwycić całą rozległość panoramy, oraz teleobiektyw do "wyciągania" detali w oddali, jak np. Góra Cisowa.
Dostępność: Dojście do platformy jest łatwe i nie wymaga wysiłku, a parking znajduje się tuż obok.
To miejsce to absolutny obowiązek dla każdego miłośnika polskiego kina, literatury i pięknych krajobrazów.
Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA GPS: 54°17'06.5"N 22°53'22.3"E