Okiem Obiektywu
KORONA POLSKI

Najwyższe szczyty województw

16 miejsc na mapie Polski

Wyruszyłem by zdobyć najwyższe punkty każdego województwa i odkryć ich niezwykłe historie.

Zobacz
SUWALSZCZYZNA

Odkryj Suwalskie

Kraina jezior i wzgórz

Od najgłębszego jeziora Hańcza po widoki z Cisowej Góry!

Zobacz
KATALONIA

Odkryj ze mną Katalonię

Śladami Dalego i Gry o Tron

Od świata Salvadora Dalego po filmowe zaułki Girony. Odkryj ze mną ten niezwykły region!

Zobacz
ALBANIA

Kraina Orłów i Bunkrów

Przygoda tuż za rogiem

Wjedź kolejką na górę Dajti, odkryj historię zamku w Krui i poczuj tętniące życie Tirany.

Zobacz
KORFU

Niesamowita Wyspa

Nie tylko plaże i mity

Podążaj śladami Jamesa Bonda, odkryj polski akcent i znajdź najlepsze miejsca do podziwiania samolotów!

Zobacz

Zobacz Mapę Okiem Obiektywu

Mapa podróży Okiem Obiektywu

Ostatnio na Blogu

3 lis 2026

Zamek w Radzyniu Chełmińskim - historia, która nie kończy się na starych murach

Są miejsca, do których wracam nie dlatego, że nie zdążyłem wszystkiego zobaczyć podczas pierwszej wizyty, ale dlatego, że za każdym razem odkrywam w nich coś nowego. Jednym z takich miejsc jest dla mnie zamek krzyżacki w Radzyniu Chełmińskim. Potężna średniowieczna warownia, a właściwie jej zachowane do dzisiaj ruiny, od lat przyciąga turystów, miłośników historii, fotografów i tych, którzy po prostu lubią odkrywać mniej oczywiste miejsca.

Sam odwiedzałem ten zamek już kilkakrotnie. Początkowo interesowała mnie przede wszystkim jego historia, imponująca architektura oraz filmowe związki z kultowym serialem „Pan Samochodzik i Templariusze”. Później pojawiło się zainteresowanie organizowanymi tutaj wydarzeniami, rekonstrukcjami historycznymi i dawnymi tradycjami. Ostatnio wróciłem do Radzynia Chełmińskiego przy okazji Dziadów Jesiennych, podczas których miałem możliwość nie tylko przyjrzeć się obrzędom, ale również porozmawiać z ludźmi zaangażowanymi w działalność zamku.

I właśnie te rozmowy sprawiły, że postanowiłem spojrzeć na to miejsce trochę inaczej.

Bo zamek to przecież nie tylko cegły, wieże, podziemia i historia zapisana w kronikach. To także ludzie, którzy dzisiaj się nim opiekują, organizują wydarzenia, prowadzą warsztaty i próbują pokazać, jak mogło wyglądać życie przed wieloma wiekami.

Można powiedzieć, że choć od dawna nie mieszkają tu krzyżaccy bracia, życie wcale nie opuściło zamkowych murów.

Radzyń Chełmiński w kilku zdaniach

Miejsce: Radzyń Chełmiński, województwo kujawsko-pomorskie, niedaleko Grudziądza.
Zabytek: ruiny średniowiecznego zamku krzyżackiego.
Filmowy trop: serial „Pan Samochodzik i Templariusze”.
W tej opowieści: historia warowni, ludzie zamku, Dziady i dawna kuchnia.
Przed wizytą: warto sprawdzić aktualny program wydarzeń.

Radzyń Chełmiński - zamek, który przetrwał więcej, niż mogłoby się wydawać

Radzyń Chełmiński to niewielkie miasto w województwie kujawsko-pomorskim, położone niedaleko Grudziądza. Jego najbardziej charakterystycznym zabytkiem są ruiny zamku krzyżackiego, widoczne już z daleka i zdecydowanie wyróżniające się na tle okolicznego krajobrazu.

Historia warowni sięga średniowiecza. Pierwsza drewniano-ziemna strażnica powstała tutaj prawdopodobnie w pierwszej połowie trzynastego wieku. Budowę ceglanego zamku, którego pozostałości możemy oglądać współcześnie, rozpoczęto pod koniec trzynastego lub na początku czternastego stulecia.

Nie była to niewielka strażnica na granicy państwa zakonnego. Radzyński zamek należał do ważnych ośrodków administracyjnych i militarnych Krzyżaków. Wzniesiono go jako zamek konwentualny, z regularnym układem zabudowań, wewnętrznym dziedzińcem i rozbudowanym systemem obronnym.

Do dzisiaj zachowały się przede wszystkim charakterystyczne wieże oraz fragmenty murów i pomieszczeń zamkowych, które pozwalają wyobrazić sobie dawną skalę tej budowli.

Kiedy patrzę na zamek z lotu ptaka, szczególnie dobrze widać jego regularny układ. Dopiero z tej perspektywy można dostrzec, jak przemyślaną konstrukcją była średniowieczna warownia. Z kolei spacerując po dziedzińcu, uwagę zwracają wysokie ceglane ściany, pozostałości dawnych pomieszczeń i detale architektoniczne, które przetrwały setki lat.

To właśnie ta różnorodność perspektyw sprawia, że zamek jest dla mnie również bardzo interesującym miejscem fotograficznym.

Za każdym razem można spojrzeć na niego nieco inaczej. Raz skupić się na monumentalnej bryle, innym razem na szczegółach murów, a jeszcze kiedy indziej na wydarzeniach i ludziach, którzy nadają temu miejscu zupełnie inny charakter.

Skarby wielkiego mistrza i historia zapisana w cegłach

Z zamkiem w Radzyniu Chełmińskim wiąże się wiele ciekawych wydarzeń historycznych. Jedno z nich miało miejsce po bitwie pod Grunwaldem.

Po klęsce wojsk zakonu krzyżackiego w tysiąc czterysta dziesiątym roku część zakonnego skarbca, w tym osobiste srebra wielkiego mistrza Ulrycha von Jungingena, zdeponowano właśnie w Radzyniu Chełmińskim.

To bardzo interesujący epizod, zwłaszcza gdy pomyślimy, że dzisiejsze ruiny były niegdyś jedną z ważnych warowni państwa krzyżackiego.

Zamek przechodził później różne koleje losu. Wojny, zmiany właścicieli, zniszczenia i stopniowa rozbiórka sprawiły, że nie dotrwał do naszych czasów w pierwotnej postaci.

Szczególnie dotkliwe były zniszczenia związane z wojnami szwedzkimi w siedemnastym wieku. W późniejszych okresach część zamkowych murów wykorzystywano również jako źródło materiałów budowlanych.

Dzisiaj patrzymy na ceglane ruiny jak na zabytek, który warto chronić. W przeszłości stare mury mogły być jednak traktowane znacznie bardziej praktycznie.

I właśnie dlatego tak ważne jest to, co robi się z takimi miejscami współcześnie.

Dlaczego zamku nie odbudowuje się w całości?

Podczas jednej z ostatnich wizyt rozmawiałem z Patrycją Piłat-Wyrwińską, dzierżawczynią zamku w Radzyniu Chełmińskim i prezeską Bractwa Rycerskiego Zamku Radzyńskiego.

Zapytałem ją między innymi o przyszłość warowni i możliwość jej odbudowy.

To temat, który interesuje mnie od dawna, ponieważ podczas podróży po Europie widywałem różne sposoby postępowania z historycznymi budowlami. Niektóre zamki odbudowuje się niemal w całości, starając się przywrócić im dawny wygląd. Inne pozostawia się jako zabezpieczone ruiny.

W Radzyniu Chełmińskim zdecydowano się na to drugie rozwiązanie.

Jak wyjaśniła moja rozmówczyni, prowadzone tutaj prace mają przede wszystkim zabezpieczać istniejącą substancję zabytkową. Mury są wzmacniane, uzupełniane i konserwowane, ale nie planuje się całkowitej odbudowy zamku.

Z jednej strony można odczuwać pewien niedosyt. Nietrudno przecież wyobrazić sobie, jak imponująca byłaby ta warownia, gdyby udało się przywrócić jej dawny wygląd.

xxx

Z drugiej strony właśnie zachowane ruiny są autentycznym świadectwem historii tego miejsca. Pokazują nie tylko potęgę średniowiecznej budowli, ale także wszystko to, co wydarzyło się w kolejnych stuleciach.

Odbudowany zamek mógłby być bardziej widowiskowy, ale oznaczałoby to również konieczność odtwarzania wielu elementów na podstawie niepełnych informacji.

Nie rozstrzygam, które podejście jest lepsze w każdej sytuacji. W przypadku Radzynia Chełmińskiego rozumiem jednak argumenty przemawiające za zachowaniem charakteru trwałej ruiny.

Najważniejsze, żeby zamek nie niszczał dalej i pozostawał dostępny dla kolejnych pokoleń.

Pan Samochodzik, templariusze i moje pierwsze poszukiwania

Jeżeli śledzicie Okiem Obiektywu od dłuższego czasu, być może pamiętacie, że już wcześniej zabierałem Was na zamek w Radzyniu Chełmińskim.

Wtedy interesowało mnie przede wszystkim jego filmowe oblicze.

To tutaj realizowano sceny do serialu „Pan Samochodzik i Templariusze” z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku, ze Stanisławem Mikulskim w roli głównej.

Dla wielu osób zamek do dzisiaj jest nierozerwalnie związany z przygodami bohatera stworzonego przez Zbigniewa Nienackiego.

Podczas tamtej wizyty postanowiłem odszukać tajemnicze znaki pozostawione na zamkowych murach na potrzeby produkcji filmowej.

Nie były to przypadkowe ślady. Stanowiły element filmowej zagadki i do dzisiaj przypominają o obecności ekipy realizującej serial.

To właśnie takie szczegóły najbardziej lubię odkrywać podczas podróży. Niekoniecznie najbardziej znane zabytki czy najpopularniejsze atrakcje, ale miejsca i przedmioty, za którymi kryje się dodatkowa historia.

Co ciekawe, jak dowiedziałem się podczas rozmowy z Patrycją Piłat-Wyrwińską, wielu turystów nadal przyjeżdża do Radzynia Chełmińskiego właśnie ze względu na stary serial.

Szukają znaków wyrytych w murach, pytają o filmowy skarb i próbują odnaleźć miejsca zapamiętane z ekranu.

To chyba najlepszy dowód na to, że dobra opowieść potrafi przez dziesięciolecia wpływać na popularność konkretnego miejsca.

Wcześniejszą relację znajdziecie w moim artykule Zamek w Radzyniu Chełmińskim - miejsce ekranizacji „Pana Samochodzika i Templariuszy”.

Przygotowałem również film, w którym pokazuję zamek, jego historię i poszukiwania filmowych znaków.

Tym razem jednak chciałbym opowiedzieć o nieco innym obliczu tej warowni.

Historia, którą można zobaczyć z bliska

W wielu muzeach obowiązuje zasada, której sens jest oczywisty: eksponatów nie wolno dotykać. Zabytki trzeba chronić, a ich stan często nie pozwala na bezpośredni kontakt ze zwiedzającymi.

Jednak poznawanie przeszłości może wyglądać również inaczej.

W Radzyniu Chełmińskim organizowane są wydarzenia, podczas których można zobaczyć historyczne stroje, elementy uzbrojenia, pokazy walk rycerskich czy prezentacje dawnych rzemiosł.

To zupełnie inny sposób opowiadania o historii.

Oczywiście współczesna rekonstrukcja nie jest podróżą w czasie. Nawet najlepiej przygotowany strój, broń czy obozowisko pozostają próbą odtworzenia rzeczywistości, której nie możemy już bezpośrednio zobaczyć.

Ale dla wielu osób taki kontakt z historią jest znacznie bardziej interesujący niż samo zapoznawanie się z datami i opisami wydarzeń.

Wystarczy przyjrzeć się rycerzom przygotowującym się do pokazu walki. Zobaczyć, jak wygląda uzbrojenie, jak ogranicza swobodę ruchów, ile wysiłku wymaga posługiwanie się bronią.

Nagle średniowieczny wojownik przestaje być wyłącznie postacią z ilustracji w podręczniku.

Podobnie jest z dawnym rzemiosłem czy przygotowywaniem potraw. Kiedy możemy obejrzeć wykorzystywane narzędzia, poznać sposób ich działania i porozmawiać z rekonstruktorem, łatwiej zrozumieć realia życia w przeszłości.

Nie zawsze potrzeba do tego wielkich widowisk i rozbudowanych inscenizacji.

Czasami wystarcza człowiek, który naprawdę interesuje się danym tematem i potrafi o nim opowiadać.

Ludzie, dzięki którym ruiny nie są tylko ruinami

Podczas rozmowy z Patrycją Piłat-Wyrwińską szczególnie zainteresowało mnie to, jak funkcjonuje dzisiaj zamek.

Z jednej strony mamy przecież cenny zabytek, wymagający stałej opieki i prac konserwatorskich. Z drugiej miejsce, które powinno być dostępne dla turystów, zainteresować zwiedzających i zachęcać do powrotów.

To zadanie znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Trzeba pogodzić ochronę historycznej substancji z organizowaniem wydarzeń, przygotowywaniem ekspozycji i codziennym funkcjonowaniem obiektu.

Ważną rolę odgrywa tutaj Bractwo Rycerskie Zamku Radzyńskiego, które od wielu lat prowadzi działalność związaną z rekonstrukcją historyczną.

Podczas naszej rozmowy Patrycja wspominała o ćwierćwieczu działalności bractwa. To już całkiem długa historia współczesnego zainteresowania dawną historią tego miejsca.

I właśnie takie inicjatywy wydają mi się szczególnie wartościowe.

Można przecież pięknie odrestaurować zabytek, przygotować tablice informacyjne i otworzyć go dla zwiedzających. Ale jeżeli poza tym nic się nie dzieje, po pewnym czasie miejsce staje się dla wielu turystów jedynie kolejnym punktem na mapie.

Tymczasem warsztaty, pokazy, spotkania i rekonstrukcje dają powód, żeby odwiedzić je ponownie.

Sam jestem tego przykładem.

Od średniowiecznych rycerzy do słowiańskich obrzędów

Jednym z wydarzeń, podczas których miałem okazję ponownie odwiedzić Radzyń Chełmiński, były Dziady Jesienne.

To interesujące połączenie - średniowieczny zamek krzyżacki i obrzęd nawiązujący do znacznie starszych tradycji słowiańskich.

Na pierwszy rzut oka można zastanawiać się, co jedno ma wspólnego z drugim.

Trzeba jednak pamiętać, że historia naszych ziem nie zaczęła się wraz z pojawieniem się Zakonu Krzyżackiego. Na długo przed wzniesieniem murowanych warowni ludzie żyjący na tych terenach mieli własne wierzenia, zwyczaje i sposoby rozumienia otaczającego świata.

Dziady były związane z pamięcią o zmarłych i dawnymi wyobrażeniami dotyczącymi kontaktu świata żywych ze światem przodków.

Wierzono, że w określonych momentach roku dusze zmarłych mogą odwiedzać żyjących. Przygotowywano dla nich symboliczny poczęstunek, rozpalano ogień i odprawiano obrzędy, których znaczenie zmieniało się wraz z upływem czasu.

W Radzyniu Chełmińskim współczesna inscenizacja odwoływała się do tych dawnych zwyczajów.

Był korowód z pochodniami, symboliczne światła na rozstajach dróg, obrzędowe ognisko i wspominanie przodków.

Nie traktuję takich wydarzeń jako dokładnego odtworzenia praktyk sprzed tysiąca lat. Nasza wiedza o dawnych wierzeniach jest fragmentaryczna, a wiele elementów współczesnych ceremonii stanowi interpretację zachowanych przekazów.

Uważam jednak, że warto poznawać te tradycje, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć sposób myślenia ludzi żyjących przed nami.

Temat ten opisałem szerzej we wcześniejszym artykule Dziady - starosłowiańska tradycja.

Z kolei w filmie Dziady Jesienne na Zamku w Radzyniu Chełmińskim możecie zobaczyć fragmenty współczesnego obrzędu oraz posłuchać mojej opowieści o dawnych wierzeniach.

Ale Dziady nie były jedynym elementem wydarzenia, który zwrócił moją uwagę.

Kuchnia dawnych Słowian - co jedli nasi przodkowie?

Kiedy myślimy o historii, najczęściej przypominamy sobie wojny, władców, zamki i ważne wydarzenia polityczne.

Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad tym, jak wyglądało zwykłe życie ludzi, którzy nie byli rycerzami, książętami ani królami.

Co jedli? Jak przygotowywali posiłki? W jaki sposób przechowywali żywność? Skąd brali produkty, które trafiały na ich stoły?

Właśnie dlatego szczególnie zainteresowało mnie stoisko przygotowane przez Grupę Odtwórstwa Historycznego Czarna Olsza z Bysławia.

O kuchni dawnych Słowian opowiedziała mi Martyna Bilińska, która podczas wydarzenia prezentowała produkty i potrawy inspirowane historycznymi sposobami przygotowywania jedzenia.

Na stoisku można było spróbować kaszy na słodko, przygotowanej z dodatkiem miodu, jabłek i niewielkiej ilości mleka.

I właśnie od tej pozornie prostej potrawy rozpoczęła się bardzo ciekawa opowieść o codzienności naszych przodków.

Kasza, zboża i produkty, które dawała natura

Podstawą wyżywienia dawnych społeczności zamieszkujących nasze ziemie były między innymi produkty zbożowe.

Ziarno wykorzystywano do przygotowywania różnego rodzaju kasz, a także mąki, z której wypiekano pieczywo i podpłomyki.

Sama produkcja mąki wymagała jednak znacznie więcej pracy niż współcześnie. Zboże rozcierano między innymi na żarnach, a otrzymywany produkt nie przypominał idealnie oczyszczonej, jasnej mąki, do której przyzwyczaiły nas dzisiejsze sklepy.

Podczas rozmowy Martyna zwracała uwagę na znaczenie zbieractwa i produktów dostępnych sezonowo.

Wykorzystywano między innymi owoce, orzechy, grzyby i rośliny rosnące w najbliższym otoczeniu. Ważną rolę odgrywały także produkty pochodzące z uprawy i hodowli.

Wiele zależało oczywiście od regionu, pory roku, zamożności gospodarstwa i konkretnego okresu historycznego.

Nie istniała jedna, niezmienna kuchnia wszystkich Słowian.

Dzisiaj mamy możliwość kupienia niemal dowolnego produktu niezależnie od pory roku. Dawniej dostępność jedzenia była znacznie silniej związana z naturalnym rytmem przyrody.

To oznaczało konieczność odpowiedniego planowania zapasów i wykorzystywania różnych sposobów konserwowania żywności.

Jak przechowywano jedzenie bez lodówek?

To jedno z pytań, które szczególnie mnie interesowało.

Dzisiaj przechowywanie produktów spożywczych wydaje się czymś oczywistym. Wystarczy lodówka, zamrażarka albo szczelne opakowanie.

Dawniej trzeba było korzystać z innych rozwiązań.

Mięso, ryby, owoce i niektóre inne produkty można było suszyć, wędzić lub konserwować solą. Wykorzystywano także chłodne miejsca przechowywania żywności i różnego rodzaju jamy zasobowe.

Martyna opowiadała między innymi o zagłębieniach w ziemi, które mogły służyć do przechowywania zapasów, a także o znaczeniu dymu w dawnych domostwach.

W wielu historycznych konstrukcjach palenisko znajdowało się bezpośrednio w przestrzeni mieszkalnej, a warunki odprowadzania dymu były zupełnie inne niż w naszych współczesnych domach.

Dla ludzi żyjących w takich warunkach dym był elementem codzienności, choć dla nas dzisiaj podobne warunki byłyby zapewne trudne do zaakceptowania.

Warto przy tym unikać idealizowania dawnego życia. Nie wszystko, co naturalne i historyczne, było automatycznie zdrowsze czy wygodniejsze.

Dawni mieszkańcy naszych ziem musieli mierzyć się z problemami, które współcześnie w dużej mierze rozwiązujemy dzięki technologii, medycynie i rozwojowi rolnictwa.

Kawa z żołędzi i inne dawne napoje

Jednym z ciekawszych tematów naszej rozmowy były napoje.

Na stoisku można było zobaczyć między innymi kwas chlebowy, zioła oraz produkty wykorzystywane do przygotowywania naparów.

Martyna opowiadała również o kawie z żołędzi.

Nie jest to oczywiście kawa w dzisiejszym rozumieniu, przygotowywana z ziaren kawowca. Chodzi o napój powstający z odpowiednio przygotowanych i prażonych żołędzi, znany z późniejszych tradycji kulinarnych.

To jeden z przykładów pokazujących, jak wiele produktów roślinnych można wykorzystać w kuchni.

Trzeba jednak pamiętać, że nie każdy napój obecny we współczesnych rekonstrukcjach możemy z całą pewnością przypisać najdawniejszym Słowianom. Część receptur znamy z późniejszych epok, a ich związki ze średniowieczem wymagają ostrożnej interpretacji.

Podobnie jest z różnymi naparami ziołowymi i napojami fermentowanymi. Wiemy, że podobne produkty były znane dawnym społecznościom, ale nie zawsze potrafimy dokładnie odtworzyć ich skład czy sposób przygotowywania.

I właśnie to jest w rekonstrukcjach historycznych ciekawe: możliwość zestawienia tego, co wiemy ze źródeł, z próbą praktycznego odtworzenia dawnych umiejętności.

Kiedy jedzenie stawało się częścią obrzędu

Podczas rozmowy z Martyną Bilińską pojawił się również temat jedzenia związanego z dawnymi obrzędami.

W przypadku Dziadów przygotowywane potrawy miały znaczenie wykraczające poza zwykły posiłek.

Według dawnych wierzeń żywi mogli symbolicznie dzielić się jedzeniem z duszami zmarłych. Pokarm stawał się darem, wyrazem pamięci i szacunku wobec wcześniejszych pokoleń.

Martyna wspominała między innymi o jajku, któremu w różnych dawnych tradycjach przypisywano szczególne znaczenie symboliczne.

Jajko pojawiało się w zwyczajach związanych z płodnością, odradzaniem się życia, ale także w praktykach związanych z pamięcią o zmarłych.

Warto jednak podkreślić, że szczegóły takich zwyczajów różniły się regionalnie, a część znanych nam opisów pochodzi z okresów znacznie późniejszych niż wczesne średniowiecze.

Nie oznacza to, że wszystkie społeczności słowiańskie postępowały dokładnie w ten sam sposób.

Dla mnie najciekawsze pozostaje jednak samo znaczenie tego rodzaju gestów.

Wspólne przygotowywanie posiłków, spotkanie przy stole i symboliczne dzielenie się jedzeniem to zwyczaje obecne w kulturze człowieka od bardzo dawna.

Zmieniają się potrawy, naczynia i sposób ich przygotowywania, ale potrzeba wspólnego spotkania pozostaje.

Czy można nauczyć się historii, próbując dawnych potraw?

Po rozmowie z Martyną zacząłem zastanawiać się nad tym, jak często podczas podróży pomijamy codzienną historię odwiedzanych miejsc.

Zwracamy uwagę na daty powstania zamku, nazwiska jego właścicieli, wojny i najważniejsze wydarzenia. To oczywiście istotne informacje.

Ale przecież za tym wszystkim kryło się zwykłe życie.

Ktoś musiał codziennie przygotowywać jedzenie, przynosić wodę, ogrzewać pomieszczenia, naprawiać narzędzia czy przechowywać zapasy.

Bez tych czynności nawet najpotężniejszy zamek nie mógłby funkcjonować.

Dlatego pokazy historycznej kuchni uważam za bardzo wartościowe uzupełnienie tradycyjnego zwiedzania.

Nie chodzi tylko o spróbowanie potrawy, której smak może nas zaskoczyć.

Chodzi przede wszystkim o zrozumienie, jak wiele wysiłku wymagały kiedyś czynności, które dzisiaj wykonujemy niemal automatycznie.

Jednocześnie takie spotkania pokazują, jak ważne jest zadawanie pytań.

Skąd wiadomo, że ludzie jedli właśnie takie produkty? Na jakiej podstawie odtwarza się dawne receptury? Czy korzystamy z odkryć archeologicznych, przekazów pisanych, czy może z późniejszych zwyczajów ludowych?

W przypadku rekonstrukcji historycznej odpowiedzi na te pytania bywają równie ciekawe jak sama przygotowywana potrawa.

Zamek w Radzyniu Chełmińskim - miejsce, do którego warto wrócić

W ciągu ostatnich lat odwiedziłem wiele zamków, ruin i historycznych obiektów. Niektóre zachwycały rozmiarem, inne położeniem, jeszcze inne ciekawą historią.

Ale zauważyłem, że często najlepiej zapamiętuję te miejsca, w których miałem okazję spotkać interesujących ludzi.

Przewodników, pasjonatów, rekonstruktorów i osoby, które naprawdę potrafią zainteresować historią.

Zamek w Radzyniu Chełmińskim należy właśnie do takich miejsc.

Można przyjechać tutaj wyłącznie po to, żeby obejrzeć ruiny średniowiecznej warowni. To już samo w sobie jest dobrym powodem do odwiedzenia miasta.

Można także podążyć śladami „Pana Samochodzika i Templariuszy” i odnaleźć miejsca znane ze starego serialu.

Ale warto również sprawdzić, jakie wydarzenia organizowane są na zamku.

Pokazy rycerskie, rekonstrukcje historyczne, warsztaty, spotkania poświęcone dawnym zwyczajom czy prezentacje historycznej kuchni pozwalają poznać to miejsce z zupełnie innej perspektywy.

Co ważne, nie wszystkie te wydarzenia odbywają się jednocześnie. Warto więc wcześniej sprawdzić program i zaplanować wizytę zgodnie z własnymi zainteresowaniami.

Historia potrzebuje ludzi

Przygotowując materiał filmowy z Radzynia Chełmińskiego, wróciłem myślami do swoich wcześniejszych wizyt.

Najpierw interesowała mnie przede wszystkim historia zamku i związane z nim filmowe ciekawostki. Później poznawałem dawne wierzenia i obrzędy. Wreszcie miałem okazję porozmawiać z osobami, które swoją działalnością sprawiają, że przeszłość staje się bliższa współczesnym odbiorcom.

I chyba właśnie ten ostatni element okazał się dla mnie najciekawszy.

Bo choć zamek jest zabytkiem liczącym setki lat, jego dzisiejsza historia wciąż się tworzy.

Tworzą ją ludzie organizujący wydarzenia, opiekujący się obiektem, przygotowujący warsztaty i dzielący się swoją wiedzą.

Nie wszystkie rekonstrukcje muszą być doskonałe. Nie każdy dawny zwyczaj uda się odtworzyć z pełną dokładnością. Ważne jednak, żeby towarzyszyły temu ciekawość, szacunek do źródeł i chęć poznawania przeszłości.

Zamek w Radzyniu Chełmińskim pokazuje, że nawet ruiny mogą pozostawać ważną częścią współczesnego życia.

Nie trzeba odbudowywać wszystkich murów, żeby przywrócić miejscu zainteresowanie i znaczenie.

Czasem wystarczy otworzyć je dla ludzi, pozwolić im poznawać historię na różne sposoby i stworzyć przestrzeń do spotkań.

Dla mnie jest to również przypomnienie, że podczas podróży warto czasami poświęcić mniej czasu na fotografowanie kolejnego zabytku, a więcej na rozmowę z człowiekiem, który ma o nim coś ciekawego do opowiedzenia.

Bo zdjęcie pozwala zachować obraz miejsca, ale dopiero opowieść pomaga zrozumieć, dlaczego jest ono wyjątkowe.

I właśnie dlatego wiem, że do Radzynia Chełmińskiego jeszcze wrócę. Nie po to, żeby ponownie zobaczyć te same mury, ale żeby dowiedzieć się, jaką kolejną historię będą miały mi do opowiedzenia.

25 paź 2026

Mały Holender w Żelichowie. Dom kupiony za cenę opału

Ile może kosztować trzystuletni dom? Tyle, ile znajdujące się w nim drewno przeznaczone na opał. Tak zaczyna się współczesny rozdział historii Małego Holendra. Budynku, który opuścił swoją wieś, przez dziesięć lat odzyskiwał kształt i ostatecznie znalazł nowy adres nad Tugą. Dziś w Żelichowie można usiąść pod jego dachem i pomyśleć, jak niewiele brakowało, żeby ta opowieść skończyła się w piecu.

Dom podcieniowy Mały Holender w Żelichowie z ryglową wystawką, drewnianymi słupami i dachem krytym dachówką.

Po spotkaniu z historią chaty w Chrystkowie i wizycie w domu podcieniowym w Marynowach coraz mocniej przyciągają mnie miejsca, w których drewniane ściany kryją coś więcej niż datę budowy. Losy rodzin, zmieniające się granice, codzienną pracę i decyzje podejmowane wtedy, gdy stary dom przestaje być komuś potrzebny.

Tym razem ten trop prowadzi do Małego Holendra w Żelichowie na Żuławach. Tutaj opowieść o ratowaniu dawnej architektury spotyka się z kuchnią regionalną, a pamiątkę można wysłać w świat ze skrzynki zawieszonej na drewnianej ścianie.

Mały Holender w kilku zdaniach

Miejsce: Żelichowo 31A, okolice Nowego Dworu Gdańskiego, województwo pomorskie.
Budynek: około trzystuletni dom podcieniowy.
Pierwotny adres: Jelonki niedaleko Pasłęka.
Ważna data: 1843 - remont i dobudowanie podcienia.
Drugie życie: zakup w 2003 roku, następnie dziesięcioletnie przenosiny i odtwarzanie domu.
Dzisiaj: gospoda działająca od 2018 roku.

Mały Holender. Dom kupiony za cenę opału

W historii tego miejsca najbardziej zatrzymuje mnie właśnie moment zakupu. W 2003 roku stary budynek wyceniono jak drewno opałowe. Dla jednych mógł być już tylko zużytym materiałem. Znaleźli się jednak ludzie, którzy dostrzegli w nim dom wart ocalenia.

Drewniany dom Mały Holender widoczny spomiędzy drzew, ze schodkami prowadzącymi przez ogród.Stoliki i krzesła ogrodowe pod rozłożystym drzewem przy drewnianej ścianie Małego Holendra.

Jego początki prowadzą do Jelonek niedaleko Pasłęka. Według historii przedstawianej przez gospodarzy Małego Holendra wzniosła go około trzystu lat temu rodzina Fuge. Zajmowała się rolnictwem, a na początku XX wieku prowadziła również firmę transportową. Budynek powstawał więc w świecie gospodarstwa, pracy i obowiązków, których rytm wyznaczały kolejne pory roku.

W 1843 roku przeszedł gruntowny remont. Wtedy dobudowano charakterystyczny podcień. Dzisiejsza bryła jest zatem zapisem zmian: dom rozrastał się razem z potrzebami i możliwościami swoich mieszkańców.

Pięć filarów i opowieść o zamożnym gospodarzu

Przy domach podcieniowych wzrok zwykle zatrzymuje się na kolumnach. Dopiero później pojawia się pytanie o to, co właściwie podtrzymują. Wysunięta przestrzeń nad nimi służyła między innymi jako spichlerz. Pod podcień można było podjechać wozem i przez otwór w stropie przenosić worki ze zbożem.

Z czasem znaczenia nabrał również wygląd. Rozbudowana konstrukcja i zdobienia pokazywały możliwości gospodarza. Dom miał być użyteczny, ale mógł też robić wrażenie na sąsiadach i przyjezdnych.

Czy jedna kolumna oznaczała jeden łan ziemi?

Gospodarze przytaczają opowiastkę, według której jedna kolumna odpowiadała jednemu łanowi, liczącemu w przywoływanym przeliczniku około 17 hektarów. Pięć filarów łączą z gospodarstwem liczącym około 80 hektarów. Zaznaczają jednak, że nie była to obowiązująca reguła. Warto zapamiętać tę historię jako ciekawostkę, bez przeliczania każdego żuławskiego podcienia na powierzchnię majątku.

Dziesięcioletnia przeprowadzka nad Tugę

Dom nie stał od początku w Żelichowie. Jego obecne położenie, w zakolu Tugi, jest rezultatem przedsięwzięcia, które trwało dziesięć lat. Za tym krótkim zdaniem kryje się rozebranie konstrukcji, zabezpieczenie drewna i ponowne składanie budynku.

Stare drewno poddano gazowaniu, aby unieszkodliwić szkodniki. Podczas montażu oceniano poszczególne elementy i ich przydatność. Ostatecznie udało się zachować około 40 procent dawnego materiału. Pozostałą część trzeba było uzupełnić, odtwarzając dom z poszanowaniem jego dawnego układu.

Ten odsetek mówi wiele o skali zadania. Ocalony budynek zawiera zarówno materiał pamiętający poprzednich mieszkańców, jak i efekty współczesnej pracy. Patrząc na niego, warto dostrzec obie te warstwy. Dawne rzemiosło i upór ludzi, którzy postanowili dać mu przyszłość.

Ponad dwadzieścia warstw tapet

Wśród szczegółów tej historii szczególnie przemawia do mnie informacja o ścianach. Podczas prac naliczono na nich ponad dwadzieścia warstw tapet. Każda mogła oznaczać następny remont, zmianę gustu, próbę odświeżenia wnętrza. To niezwykły zapis codzienności: kolejne pokolenia zostawiały po sobie coś tak zwyczajnego jak wybrany wzór na ścianie.

Po II wojnie światowej w domu zamieszkali osadnicy z Kresów Wschodnich. Budynek był dalej użytkowany i przekształcany. Zachował również ślady pożaru w rejonie czarnej kuchni. Jego dzieje składają się z wielu rozdziałów, również tych trudnych, wymagających napraw i zmian.

Ciemny, przeszklony kredens ze starym radiem i roślinami doniczkowymi w gospodzie Mały Holender.

Przy odtwarzaniu zachowano pierwotny układ pomieszczeń: wielką izbę reprezentacyjną, sypialnię, czarną kuchnię, służbówkę opisywaną przez gospodarzy jako gabinet gospodarza oraz korytarz gospodarczy. Powróciły też podcienie o funkcji spichlerzowej i kuchennej.

Po Marynowach szczególnie interesuje mnie właśnie czarna kuchnia. Takie przestrzenie pomagają wyobrazić sobie codzienną pracę przy przygotowywaniu posiłków i zależność całego domu od ognia. Za ozdobną fasadą istniało przecież zwyczajne życie: ktoś gotował, ktoś wracał z pola, ktoś czekał na ciepły posiłek.

Żuławy przy jednym stole

Przez pięć lat dom funkcjonował jako pensjonat. W 2018 roku otwarto gospodę. Dzięki temu historia budynku trwa dalej w miejscu, do którego przychodzi się na spotkanie i posiłek.

klopsikami.jpg	Zupa z klopsikami, ziemniakami i zieleniną w ozdobnym talerzu, podana z pieczywem w Małym Holendrze.

Dzisiejszy Mały Holender przywołuje kulinarne tradycje regionu. W opowieści gospodarzy ważne miejsce zajmuje Werderkäse, ser odtworzony po wieloletniej przerwie, oraz potrawy łączące różne rozdziały żuławskiej przeszłości. Są wśród nich klopsy królewieckie i osadnicze pierogi. Aktualne propozycje warto sprawdzić w menu przed przyjazdem.

Półki z pakowanymi produktami pod szyldem „Spiżarnia Małego Holendra”.

Podoba mi się takie poznawanie miejsca. Architektura pozwala zobaczyć, jak mieszkano. Kuchnia otwiera kolejne pytania: co uprawiano, co trafiało do spiżarni, jakie przepisy przywieźli ze sobą nowi mieszkańcy? Przy stole łatwiej zrozumieć, że historia regionu składa się również ze zwyczajów przekazywanych w rodzinach.

Dom podcieniowy a menonici

W Chrystkowie i Marynowach wracałem do ważnego rozróżnienia: wygląd domu nie przesądza o wyznaniu jego dawnych mieszkańców. Również tutaj nie przypisuję rodzinie Fuge menonickiego pochodzenia bez potwierdzenia. Mały Holender pozwala poznawać menonickie wątki kultury Żuław, ale historia konkretnej rodziny wymaga osobnych źródeł.

Czerwona skrzynka i kilka słów wysłanych z Żuław

Jest tu jeszcze drobiazg, który świetnie pasuje do charakteru miejsca: Poczta Małego Holendra. Czerwona skrzynka na drewnianej ścianie zachęca, żeby na chwilę odłożyć telefon i sięgnąć po pocztówkę.

Na miejscu można kupić kartkę oraz znaczek, napisać kilka słów i zostawić przesyłkę w skrzynce. Gospodarze opatrują ją pamiątkową pieczęcią i przekazują do wysłania. O bieżące zasady oraz termin najbliższej wysyłki najlepiej zapytać podczas wizyty.

Lubię myśl, że z takiego domu można zabrać również ten rodzaj wspomnienia. Ktoś otworzy skrzynkę daleko od Żuław i znajdzie kartkę z miejsca, którego wcześniej nawet nie znał. Być może od niej zacznie się następna podróż.

Gdzie znajduje się Mały Holender i jak zaplanować wizytę?

Mały Holender znajduje się pod adresem Żelichowo 31A, niedaleko Nowego Dworu Gdańskiego. To dobry punkt na trasie po Żuławach dla osób zainteresowanych dawnym budownictwem i kuchnią regionu. Na wizytę warto zostawić czas także poza samym posiłkiem: na obejrzenie bryły domu i przyjrzenie się detalom.

Przed przyjazdem

Adres: Żelichowo 31A, 82-100 Nowy Dwór Gdański.
Telefon: 699 870 078.
Strona: malyholender.pl.

Sprawdź aktualne godziny otwarcia i menu. Jeśli zależy Ci na opowieści o domu, warsztatach lub wizycie grupowej, uzgodnij możliwości z gospodarzami. Warto też zapytać o rezerwację stolika.

Chrystkowo, Marynowy, Żelichowo. Kolejny rozdział drewnianej historii

W Chrystkowie najważniejsi okazali się ludzie i pamięć, która potrafi przetrwać po drugiej stronie oceanu. W Marynowach - dom pielęgnowany przez gospodarzy i szczegóły odkrywane podczas oprowadzania. Mały Holender dopisuje do tej podróży opowieść o ratunku: o budynku, którego przyszłość zależała od tego, czy ktoś zechce zobaczyć w starym drewnie coś więcej niż opał.

Tabliczki opisujące cydr Kwaśne Jabłko i produkty Fungopol nad słoikami w spiżarni Małego Holendra.

Właśnie takich historii szukam z aparatem. Zaczynają się od fasady, która przyciąga wzrok, a zostają w pamięci dzięki ludziom i ich decyzjom. Tutaj ta najważniejsza zapadła w 2003 roku. Jej skutki można dziś zobaczyć nad Tugą.

Zobacz także mój film z Chrystkowa

Jeśli chcesz wrócić do początku tej podróży, zapraszam do materiału z Chrystkowa. To film o innym miejscu, ale prowadzi do pytań, które towarzyszą mi także na Żuławach: o dawnych mieszkańców, ich dziedzictwo i pamięć zachowaną w krajobrazie.


Byliście już w Małym Holendrze? Co najbardziej zapamiętaliście: sam dom, opowieść o jego przenosinach, a może smak, do którego chcecie wrócić? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Pomóż mi odkrywać kolejne historie

Przygotowanie zdjęć, filmów i opowieści wymaga czasu oraz kolejnych wyjazdów. Jeśli lubisz podróżować ze mną Okiem Obiektywu, możesz postawić mi wirtualną kawę. Dziękuję za każde wsparcie!

Twoje miejsce też ma swoją opowieść?

Prowadzisz obiekt z historią i chcesz pokazać go gościom poprzez fotografie, film oraz ujęcia z drona? Zajrzyj do mojej oferty współpracy dla obiektów noclegowych. Porozmawiajmy o tym, co wyróżnia Twoje miejsce i jak o nim opowiedzieć.

22 paź 2026

Dom podcieniowy w Marynowach. Za tymi drzwiami zostało 200 lat historii

Najpierw dostrzegam drewniane kolumny. Później jasne cegły pomiędzy ciemnymi belkami i rzeźbienia, przy których aparat sam wędruje do oka. Dom podcieniowy w Marynowach potrafi zatrzymać już swoim wyglądem. Ale najciekawsze zaczyna się po przekroczeniu progu: przy dawnych kominach, na schodach i w opowieści gospodyni, która zna ten budynek od zupełnie innej strony niż przyjezdni.

Dom podcieniowy w Marynowach z ryglową wystawką, drewnianymi kolumnami i czerwonym dachem w otoczeniu drzew.

Po wizycie w chacie w Chrystkowie wiedziałem, że do historii ludzi związanych z doliną Wisły będę wracał. Tam słuchałem o menonitach, rodzinnej pamięci i drogach prowadzących aż za Atlantyk. Tym razem ten trop zaprowadził mnie na Żuławy, do wsi Marynowy. Do domu, w którym historia zachowała się w drewnie, ale również w zdjęciach, wspomnieniach i codziennej trosce o każdy kolejny remont.

Marynowy w kilku zdaniach

Miejsce: Żuławy Wiślane, województwo pomorskie, gmina Nowy Dwór Gdański.
Zabytek: dom podcieniowy przy ul. Podcieniowej 19.
Rok budowy: 1803.
Budowniczy: Peter Loewen.
Inwestor: Johann Jacob Ziemer.
Dzisiaj: dom mieszkalny, udostępniany do zwiedzania i pobytów gościnnych.

Dom podcieniowy w Marynowach. Zatrzymaj się przed wejściem

Podcień od razu przyciąga wzrok. Wysunięta część piętra, podparta drewnianymi kolumnami, nadaje budynkowi rozmach. Na zdjęciach łatwo skupić się właśnie na tej efektownej bryle. Z bliska uwagę przejmują szczegóły: zdobione głowice, układ belek, stolarka okienna i napis zachowany w drewnie. Widać, że ktoś chciał zbudować dom trwały, wygodny, ale też piękny.

Rzeźbione głowice drewnianych kolumn i inskrypcja na belce podcienia domu w Marynowach.

Budynek powstał w 1803 roku, a jego budowniczym był Peter Loewen. Wzniesiono go dla Johanna Jacoba Ziemera. Charakterystyczną wystawkę wspiera łącznie dziesięć słupów: sześć od frontu i cztery po bokach. Ciemny szkielet drewniany z jasnym ceglanym wypełnieniem tworzy rysunek, który tak mocno kojarzy się z dawnymi Żuławami.

To okazała siedziba zamożnych gospodarzy. Podczas zwiedzania gospodyni zwracała uwagę właśnie na to, kim byli jej dawni mieszkańcy: rolnikami prowadzącymi duże gospodarstwa. Rozmiary domu, staranność wykonania i przestrzeń przeznaczona do przyjmowania gości pomagają wyobrazić sobie ich możliwości finansowe i ambicje.

Czy to chata menonicka? Historia jest bardziej złożona

Przy takich budynkach łatwo odruchowo powiedzieć: chata menonicka. Podobne skojarzenie towarzyszyło mi przy poznawaniu Chrystkowa. Tam jednak mocno wybrzmiała przestroga przed sprowadzaniem całej historii olęderskiej do jednego wyznania. W Marynowach ta uwaga znowu okazuje się przydatna.

Trzy pojęcia, które warto rozróżniać

Menonici to wspólnota religijna wywodząca się z anabaptyzmu, związana z naukami Menno Simonsa.

Osadnictwo olęderskie odnosi się do tradycji osadniczej i zasad organizacji gospodarowania, z czasem obejmujących ludzi różnego pochodzenia i wyznania.

Dom podcieniowy jest natomiast formą architektoniczną. Sam wygląd domu nie rozstrzyga o religii jego mieszkańców.

Menonici przybywali nad dolną Wisłę od XVI wieku, szukając między innymi możliwości życia zgodnego ze swoją wiarą. Praktykowali świadomy chrzest, a ważną częścią ich przekonań było odrzucenie przemocy. Ich doświadczenie w gospodarowaniu na terenach podmokłych miało duże znaczenie dla rozwoju osadnictwa w tym regionie. Żuławski krajobraz kształtowało jednak wiele społeczności i pokoleń; nie powstał wysiłkiem jednej grupy.

Zachowana dekoracja malarska z motywem roślinnym na ścianie domu podcieniowego w Marynowach.Drewniane schody z ażurową, ozdobną balustradą prowadzące na piętro domu podcieniowego w Marynowach.

Dom w Marynowach przechodził przez ręce kolejnych rodzin. W opisie gospodarzy pojawiają się nazwiska Ziemer, Pohlmann, Kling, Claassen i Brucks. Dwie ostatnie rodziny były menonickie. Podczas oprowadzania usłyszałem również, że wcześniejsi właściciele byli ewangelikami. To ważne rozróżnienie: menonicki wątek jest tutaj rzeczywisty, ale stanowi część dłuższej historii tego samego budynku.

Lubię takie momenty podczas podróży. Przyjeżdżam z jakimś wyobrażeniem, a rozmowa na miejscu je poszerza. Zamiast jednej etykiety pojawiają się konkretni ludzie, zmiany właścicieli i pytania, na które odpowiedzi trzeba szukać w dokumentach.

Kuchnia wewnątrz komina. Jak wielki musiał być ten dom?

Jedna z najbardziej zaskakujących opowieści dotyczyła kominów. Zwykle myślimy o kominie jako o wąskim przewodzie ukrytym w ścianie. Tutaj trzeba wyobrazić sobie konstrukcję tak rozległą u podstawy, że można było wejść do jej wnętrza i przygotowywać tam posiłki.

To właśnie czarna kuchnia: miejsce gotowania przy palenisku, wewnątrz obszernego trzonu kominowego. Nazwa wiąże się z dymem i sadzą towarzyszącymi takiemu gotowaniu. Gospodyni opisywała ogień, naczynia i pracę, która odbywała się w tej przestrzeni. Z jej relacji wynikało, że dziś w obrębie dawnej podstawy jednego z kominów mieszczą się pomieszczenia o zupełnie innych funkcjach: kotłownia oraz łazienka.

Dwie kobiety oglądające stare rodzinne fotografie ustawione na instrumencie klawiszowym w domu podcieniowym w Marynowach.

Dopiero takie porównanie pozwala poczuć skalę budynku. Patrzę na ścianę i próbuję wyobrazić sobie dawne wnętrze, zanim podzielono je zgodnie z potrzebami kolejnych mieszkańców. W domu zachowała się także opowieść o wykorzystywaniu dymu do wędzenia mięsa. Codzienne czynności, ogrzewanie i przechowywanie żywności były tu ze sobą ściśle powiązane.

Obok kuchni czarnej funkcjonowała przestrzeń określana jako biała, czyli czysta kuchnia, związana ze spożywaniem posiłków. Zwiedzając, można więc odczytywać dom poprzez następujące po sobie czynności: przygotować jedzenie, ogrzać pomieszczenia, usiąść do stołu, zabezpieczyć zapasy. Układ budynku zaczyna wtedy nabierać sensu.

Schody, stare belki i ślady pracy ludzkich rąk

Na moich zdjęciach z wnętrza szczególnie wyraźnie zapisały się schody. Drewniane ściany, ozdobna balustrada, światło i drobne przedmioty tworzą przestrzeń, w której co chwilę znajduję kolejny kadr. Jest też zachowany fragment dekoracji ściennej. Jego przetarcia i ubytki pozwalają zobaczyć, jak wiele warstw czasu mieści się w jednym pomieszczeniu.

Gospodyni opowiadała o dawnych stopniach, wytartych przez długie użytkowanie. Ich stan wymusił prace, przy których znaczenie miały decyzje konserwatorskie. Ten szczegół przypomina, że mieszkanie w zabytku oznacza ciągłe szukanie sposobu na zachowanie starej substancji i zapewnienie domownikom zwykłego bezpieczeństwa.

Ozdobne drewniane nadproże z inskrypcją i datą 1803 nad drzwiami domu podcieniowego w Marynowach.

Dużo uwagi poświęciła również drewnu. Pokazywała zachowane belki i ślady żywicy, mówiła o przygotowaniu materiału oraz o trwałości dawnych połączeń. W jej opowieści budynek stawał się zapisem wiedzy ludzi, którzy go wznosili. Znali swój materiał i musieli rozumieć warunki, w jakich będzie pracował.

Zapamiętałem też historię starych, kutych gwoździ. Przy wymianie zniszczonych desek próbowano zachować je jako pamiątki dawnego rzemiosła. Według gospodyni ich wyciąganie okazało się tak trudne, że część trzeba było odcinać. Niewielki przedmiot nagle mówi więcej o solidności wykonania niż ogólne zapewnienia o trwałości domu.

Co znajdowało się nad kolumnami?

Patrząc na fasadę, najłatwiej zachwycić się kolumnami. Warto jednak zapytać o przestrzeń, którą podtrzymują. Wysunięta część domu miała także praktyczne zastosowanie. W tradycji żuławskich domów podcieniowych wykorzystywano ją między innymi do magazynowania zboża.

Pionowy widok na ryglową wystawkę domu podcieniowego w Marynowach, wspartą na drewnianych kolumnach.

Gospodyni mocno wiązała ten temat z zagrożeniem powodziowym. Opowiadała o zapasie umieszczonym wysoko, który mógł pomóc przetrwać trudny czas i zachować ziarno potrzebne do dalszego gospodarowania. Na Żuławach przechowywanie żywności było częścią szerszego myślenia o bezpieczeństwie całego gospodarstwa.

Z czasem pomieszczenia zmieniały funkcje. Podczas zwiedzania pojawiły się wątki letniego przyjmowania gości oraz nocowania pracowników sezonowych. Gospodyni wyjaśniała też, że ta część domu pozostaje chłodna i nieogrzewana. Dzisiejsze wykorzystanie zabytkowej przestrzeni zależy zatem również od pory roku.

Żuławy: ziemia, którą trzeba rozumieć

W relacji gospodyni mocno wybrzmiała trudność uprawy miejscowych mad. Gdy brakuje wody, ziemia potrafi być bardzo twarda; przy jej nadmiarze praca staje się równie uciążliwa. Opowieść o dostatku dawnych gospodarzy warto więc czytać razem z historią ich wiedzy, wysiłku i zależności od wody.

Na piętrze pojawia się także świat przedmiotów codziennego użytku. Stare żelazka, tara, sierpy, okucia i zamki stają się pretekstem do rozmowy o dawnych zajęciach. Gospodyni podkreślała rolę kowala, spod którego ręki wychodziły potrzebne w domu i gospodarstwie elementy. W takim otoczeniu nawet zwykły zawias zasługuje na chwilę uwagi.

Nazwiska, fotografie i człowiek, który opisał swoją wieś

W pewnym momencie rozmowa schodzi z architektury na ludzi. Pojawiają się dawne zdjęcia i kolejne nazwiska. Dowiaduję się o Helmucie Enssie, związanym rodzinnie z dawnymi mieszkańcami Marynowów. Gospodyni wspomina jego przyjazdy, kontakt z rodziną i poszukiwania prowadzone w archiwach.

Enss zebrał dzieje miejscowości w niemieckojęzycznej książce „Marienau. Ein Werderdorf zwischen Weichsel und Nogat”. Marienau to dawna nazwa Marynowów. Podczas oprowadzania usłyszałem, że opisy poszczególnych gospodarstw pozwalają odtworzyć losy ich właścicieli, wielkość majątków i sposób gospodarowania. Jeden dom można dzięki temu zobaczyć na tle całej wsi.

Wnętrze domu podcieniowego w Marynowach z drewnianym kredensem między oknami, stołami i krzesłami.

To bliski mi sposób opowiadania o przeszłości. Fotografia budynku zatrzymuje jego wygląd, ale dopiero nazwisko i rodzinna historia sprawiają, że wyobrażamy sobie kogoś stojącego dawniej przy tym samym oknie. W Chrystkowie podobny wymiar miało spotkanie z potomkami ludzi, którzy wyjechali znad Wisły. Tutaj ślady dawnych mieszkańców wracały w książce i wspomnieniach o jej autorze.

Po wojnie dom stał się początkiem kolejnej rodzinnej historii

W opowieści gospodyni ważne miejsce zajmują także jej teściowie i ich bliscy. Powojenne zasiedlenie domu łączy się tu z doświadczeniem przesiedleń i opuszczenia wcześniejszego miejsca życia. Na rodzinnych fotografiach pojawiają się ludzie, dla których Żuławy stały się nowym domem.

Nie wszystkie szczegóły takich opowieści da się zamknąć w kilku zdaniach. Wybrzmiewają wojna, rozdzielone rodziny, zesłanie i losy krewnych za granicą. Słuchając, mam świadomość, że za każdą fotografią jest osobna historia wymagająca uwagi. Budynek z 1803 roku pomieścił więc również pamięć ludzi, którzy przybyli tu w zupełnie innych okolicznościach niż jego pierwsi mieszkańcy.

Drewniana ławka między donicami z kwiatami przy drewnianej elewacji domu podcieniowego w Marynowach.

Dzisiejszy wygląd wnętrz jest związany z troską Jadwigi Grądkowskiej-Sawickiej i jej córki Zofii Krupińskiej. Remontowanie takiego domu oznacza pracę przy elementach, które mają własną historię i wymagają odpowiedniego traktowania. Podczas wizyty widać zarówno zachowane detale, jak i ślady koniecznych napraw. Dom pozostaje przy tym miejscem życia, ze współczesnymi potrzebami i podziałem przestrzeni między mieszkańców.

Jak zwiedzić dom podcieniowy w Marynowach?

Najwięcej daje tu spokojne zwiedzanie połączone z rozmową. Warto zostawić czas na pytania i przyglądanie się detalom. Dla mnie właśnie opowieść gospodyni połączyła wszystkie te elementy: duży komin, drewniane schody, przedmioty na piętrze i zdjęcia dawnych mieszkańców.

Informacje do zaplanowania wizyty

Adres zabytku: ul. Podcieniowa 19, Marynowy. Na wizytówce gospodarzy część gościnna wskazana jest jako Podcieniowa 19b.

Zwiedzanie: 602 668 064
Rezerwacje pobytu: 509 756 893
E-mail: biuro@marynowy.pl

Przed przyjazdem najlepiej uzgodnić termin oraz zapytać o aktualne zasady i koszt oprowadzania. To zamieszkany dom. Możliwość pobytu, poczęstunku czy przyjęcia większej grupy również warto ustalić bezpośrednio z gospodarzami. Powyższe dane kontaktowe pochodzą z wizytówki udostępnionej na miejscu.

Sprawdź położenie domu na mapie
Zobacz ofertę pobytu gospodarzy

Zapamiętałem, jak gospodyni mówiła o pobycie w domu podcieniowym. W tym określeniu mieści się możliwość pozostania tu dłużej: sięgnięcia po książkę o regionie, powrotu do obejrzanych pomieszczeń i zauważenia czegoś, co umknęło podczas pierwszego przejścia. Sam zwiedzałem dom, ale rozumiem, dlaczego ktoś chciałby spędzić w nim więcej czasu.

Z Chrystkowa do Marynowów. Kolejny przystanek nad Wisłą

Wracam myślami do zdjęć. Na jednym jest cały podcień, na drugim fragment rzeźbionej belki. Dalej schody, dekoracja ścienna i światło w oknie. Każdy z tych kadrów przypomina inną część rozmowy. Właśnie dlatego lubię fotografować takie miejsca: po powrocie obraz pomaga wrócić do usłyszanej historii.

Chrystkowo i Marynowy łączy dla mnie ciekawość ludzi, którzy przez pokolenia układali sobie życie w pobliżu Wisły. Ich domy różnią się, podobnie jak losy właścicieli. Warto poznawać je osobno, uważnie, bez zakładania z góry, że wszystkie opowiadają tę samą historię.

Wcześniejszy przystanek: Chrystkowo

Jeśli chcesz poznać początek tej opowieści, zajrzyj do wpisu „Chata w Chrystkowie. Historia, która prowadzi z Doliny Dolnej Wisły aż do Kansas”. Pisałem tam o spotkaniu, podczas którego dzieje osadników znad Wisły połączyły się z pamięcią ich potomków.

Wspieraj i podróżuj ze mną!

Każda podróż to setki kilometrów, godziny poszukiwań i ogromna pasja, którą chcę się z Wami dzielić. Jeśli moje wpisy i filmy pomagają Ci odkrywać ciekawe miejsca, możesz wesprzeć moje działania i postawić mi wirtualną kawkę. To daje motywację do tworzenia kolejnych reportaży!

A jeśli moje opowieści zainspirowały Cię do odkrywania Polski, ale potrzebujesz pomocy w ułożeniu planu wyjazdu - zapraszam Cię do skorzystania z moich konsultacji podróżniczych. Razem zaplanujemy wyjazd, który na długo zostanie w pamięci!

20 paź 2026

Solec Kujawski: od średniowiecznego portu po maszty na Kabacie

Cześć! Tu Grzegorz z Okiem Obiektywu. Tym razem zabieram Was do Solca Kujawskiego - miasta położonego nad Wisłą, między Bydgoszczą a Toruniem. Łatwo potraktować je jak punkt na trasie albo miejsce, w którym zatrzymujemy się na chwilę. Wystarczy jednak wejść do Muzeum Solca i posłuchać opowieści przewodnika, żeby zobaczyć, jak wiele warstw historii kryje się za znajomymi nazwami ulic, dawnymi zakładami i leśnymi drogami.

Czerwona tablica z nazwą Muzeum Solca Kujawskiego im. księcia Przemysła na żółtej ścianie.

To będzie podróż od pradziejowych znalezisk i średniowiecznego portu, przez przemysł drzewny, dzieciństwo Ireny Santor i powojenne losy Antoniego Hedy „Szarego”, aż po dawny poligon na Kabacie i dwa wysokie maszty Radiowego Centrum Nadawczego. Solec okazuje się miejscem, w którym historia nie zamknęła się w muzealnej gablocie - nadal można ją odnaleźć w przestrzeni miasta.

Kadr z historii: kilka dat, które porządkują opowieść

1263 - pierwsza pisemna wzmianka o Solcu jako porcie wiślanym.
1325 - książę Przemysł nadaje osadzie prawa miejskie.
1861 - Solec uzyskuje połączenie kolejowe z Bydgoszczą i Toruniem.
1920 - miasto wraca do Polski.
1924 - przyjmuje nazwę Solec Kujawski.
1999 - otwarcie Radiowego Centrum Nadawczego na Kabacie.

Historia starsza niż samo miasto

Zanim pojawił się Solec, na tych terenach żyli ludzie, po których zostały ślady sięgające pradziejów. Podczas oprowadzania przewodnik pokazał fragment kamiennej motyki, którego wiek szacuje się na około dziesięć tysięcy lat. To niewielki przedmiot, ale pomaga wyobrazić sobie, jak długa jest historia osadnictwa w okolicy.

Mapa znalezisk archeologicznych odsłania jeszcze jeden ciekawy szczegół: wiele punktów skupia się wokół Kabatu, w rejonie, gdzie dziś znajduje się Radiowe Centrum Nadawcze. Badania archeologiczne prowadzono tam przed budową radiostacji. Część odnalezionych przedmiotów trafiła do Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy, a niektóre można zobaczyć w Solcu. Nie wszystkie eksponaty są własnością miejscowego muzeum - część udostępniono w depozycie.

Fragment mapy regionu z zaznaczonymi miastami, między innymi Solcem Kujawskim, Bydgoszczą i Toruniem.

To dobre przypomnienie, że pod pozornie zwyczajnym fragmentem lasu może kryć się opowieść starsza niż jakikolwiek dokument. Zanim zaczęto mówić o mieście, kolei czy poligonie, ludzie przemierzali już te okolice, polowali i korzystali z zasobów Wisły oraz lasów.

Od wiślanego portu do miasta księcia Przemysła

Najstarsza pisemna wzmianka o Solcu pochodzi z 1263 roku. W dokumencie z czasów księcia Kazimierza Kujawskiego osada pojawia się jako port nad Wisłą, którego działalność utrudniali Krzyżacy. To ważny trop: zanim Solec stał się miastem, jego znaczenie wiązało się z rzeką, handlem i położeniem na pograniczu.

Prawa miejskie nadał Solcowi w 1325 roku książę Przemysł - wnuk Kazimierza Kujawskiego. Warto go odróżnić od Przemysła II, późniejszego króla Polski. Solecki książę należał do kujawskiej linii Piastów: Władysław Łokietek był jego stryjem, a Kazimierz Wielki młodszym kuzynem. Nie jest to postać, którą zwykle spotykamy na pierwszych stronach podręczników, ale właśnie od niej zaczyna się miejska historia Solca.

Sala muzealna z planszami o historii Solca, gablotami i strzałką wskazującą kierunek zwiedzania.

Jest tu także mała archiwalna zagadka. Oryginalny przywilej lokacyjny się nie zachował, a w samym dokumencie nie pojawia się nazwa „Solec”. Znamy ją z późniejszych odpisów sporządzanych i potwierdzanych przez kolejnych władców. Te dokumenty miały znaczenie także wiele lat później - przywoływano je między innymi w sporze o miejski las.

Podczas oprowadzania przewodnik opowiedział, że na początku XIX wieku solecki burmistrz procesował się z pruskim rządem o prawa do części lasu i częściowo wygrał. Współczesnym odwiedzającym może się to wydawać drobnym epizodem. W rzeczywistości przypomina, że dawne dokumenty nie były tylko ozdobą archiwum - potrafiły decydować o tym, co należało do miasta.

Skąd wzięła się nazwa Solec?

Najprostsze skojarzenie prowadzi do soli. Czy jednak w okolicy wydobywano sól albo znajdowały się tu solanki? Nie. Dlatego muzeum przedstawia dwie hipotezy, a nie jedną pewną odpowiedź. Pierwsza wiąże nazwę z handlem solą, druga ze staropolskim słowem „sół” lub „sółek” - określeniem miejsca, w którym przechowywano zboże albo inne cenne towary.

Drugi człon nazwy, „Kujawski”, jest znacznie młodszy. W 1924 roku Solec otrzymał obecną nazwę, by odróżnić się od innych miejscowości o tej samej nazwie. Rozważano różne propozycje, między innymi Solec nad Wisłą, ale ten wariant był już zajęty. Ostatecznie zdecydowano się na Solec Kujawski.

Warto zapamiętać: pierwsza wzmianka o Solcu pochodzi z 1263 roku, ale prawa miejskie nadano mu w 1325 roku. To dwie różne daty - jedna oznacza najstarszy zachowany zapis o osadzie, druga jej lokację jako miasta.

Wisła: droga handlowa i źródło sporów

Rzeka przynosiła miastu możliwości, ale potrafiła też komplikować życie. Solec rozwijał handel wiślany z Gdańskiem, a wraz z nim rzemiosło i transport. Po Wiśle spławiano drewno, a do miasta przypływali flisacy i kupcy. Z czasem powstały także warsztaty szkutnicze.

W okolicy znajdowały się wyspy, których przynależność zależała od tego, którędy akurat płynął nurt. Zmiana biegu rzeki potrafiła zmienić przebieg granicy między sąsiadującymi terenami. W sporach o jedną z wysp mieszkańcy mieli nawet posłużyć się pozostałościami zatopionej szkuty. Jej położenie miało pomóc ustalić, którędy płynęła dawna odnoga Wisły. To opowieść, która brzmi jak fragment procesu sądowego połączony z archeologicznym śledztwem.

Solec leżał również na pograniczu polsko-krzyżackim. W mieście i okolicy odbywały się rokowania, choć nie zawarto tu ostatecznego pokoju. Po II pokoju toruńskim z 1466 roku Wisła przestała być granicą Królestwa, a miasto mogło rozwijać handel w spokojniejszych warunkach.

Wojny, pożary i małe miasto, które się odradzało

Nie wszystkie rozdziały historii Solca były spokojne. W 1409 roku Krzyżacy zajęli i zniszczyli miasto. Później nadeszły kolejne wojny, pożary i epidemie. W czasie potopu szwedzkiego Solec został zdewastowany do tego stopnia, że w 1660 roku zamieszkałych było tu zaledwie dwadzieścia domów.

W lokalnej opowieści pojawia się również Stefan Czarniecki, który odwiedził Solec podczas wyprawy na Gdańsk w styczniu 1657 roku. Podczas oprowadzania usłyszałem wersję wiążącą spalenie miasta z jego oddziałem. Niezależnie od tego, jak dokładnie przebiegały tamte wydarzenia, skala zniszczeń była ogromna. Solec musiał odbudowywać się nie raz.

Sala Muzeum Solca Kujawskiego z gablotami, archiwalnymi fotografiami i planszami o historii miasta.

Kolejne trudne lata przyniosła wojna północna. W 1703 roku, po zabiciu stacjonującego w mieście szwedzkiego oddziału, Solec został spalony w odwecie. W XVIII wieku mieszkańcy musieli zmagać się także z kolejnymi przemarszami wojsk, kontrybucjami, pożarami i epidemiami.

Pierwszy rozbiór Polski z 1772 roku zmienił polityczną przynależność miasta. Solec znalazł się pod zaborem pruskim. Spis przeprowadzony w tym roku wykazał 234 mieszkańców - mniej niż w niektórych okolicznych wsiach.

W 1794 roku Solec na krótko stał się bazą oddziałów powstania kościuszkowskiego. Przygotowywano stąd uderzenie na Toruń, ale plan przerwano, gdy do miasta zaczęły zbliżać się posiłki. Warto przy tej okazji przypomnieć sobie także moją opowieść o pomniku Tadeusza Kościuszki w Radziejowie - to kolejny kujawski ślad związany z Naczelnikiem.

Kiedy pod koniec 1806 roku pojawiły się tu wojska francuskie, nie zapisały się w pamięci mieszkańców jako szczególnie łagodni sojusznicy. Złupiły kościół i plebanię, niszcząc część dokumentów. To drobny, ale wymowny szczegół: wielka polityka wkraczała do Solca nie tylko w postaci nowych granic, lecz także przez straty w miejscowych domach i świątyniach.

Pożar, który zmienił centrum miasta

Wielki pożar z 1859 roku zniszczył znaczną część zabudowy Solca. Spłonęły domy, budynki gospodarcze, spichlerze i browar. Po kataklizmie na nowo rozplanowano centrum. Wtedy wytyczono rynek i ulice, które do dziś tworzą dobrze rozpoznawalny układ miasta.

Odbudowa przyciągnęła do Solca Augusta Schillera. Założył tu firmę budowlaną, a jego syn Robert kontynuował rodzinny fach. Schillerowie wznieśli wiele budynków, które do dziś są częścią miejskiego krajobrazu. W opowieści muzealnej pojawiają się między innymi Villa Alma, kościół nazywany przez mieszkańców „białym”, budynek straży pożarnej i sala posiedzeń Rady Miejskiej.

Robert Schiller był Niemcem, ale znał język polski - jego matka, Klara Wolska, była Polką. Został w Solcu po powrocie miasta do Polski i angażował się w życie społeczne. Jego historia pokazuje, że dawne podziały narodowościowe nie zawsze mieszczą się w prostych schematach. Życie konkretnego człowieka mogło łączyć kilka kultur, języków i politycznych epok.

Kolej, drewno i rozwój nasycalni

Drugim wielkim przełomem było otwarcie w 1861 roku połączenia kolejowego między Bydgoszczą a Toruniem. Kolej połączyła się tu z transportem wiślanym i zmieniła tempo życia miasta. Solec zaczął przyciągać przedsiębiorców, a przemysł drzewny szybko stał się podstawą lokalnej gospodarki.

Do miasta trafiały tratwy z drewnem spławianym Wisłą. W Solcu działały tartaki, a przy torach powstała bocznica ułatwiająca przewóz podkładów kolejowych. W 1873 roku uruchomiono Nasycalnię Podkładów Kolejowych. Zakład impregnował drewniane podkłady i słupy telegraficzne, wykorzystując preparaty na bazie oleju smołowego.

Przez dziesięciolecia nasycalnia była jednym z najważniejszych pracodawców. Jej działalność miała jednak również drugą stronę: po wielu latach pracy zakładu teren był obciążony pozostałościami przemysłowymi. W okresie międzywojennym Solec zmagał się z bezrobociem, a wielka powódź z 1924 roku przyniosła straty w przemyśle drzewnym. Część przygotowanego do sprzedaży drewna zabrała Wisła.

Mimo trudności życie miasta nie ograniczało się do pracy w zakładach. Mieszkańcy należeli do chórów, stowarzyszeń i klubów sportowych. Solec odwiedzali również letnicy - przyciągały ich Wisła, plaża i pobliskie lasy. Na tle dzisiejszego spokojnego miasteczka trudno wyobrazić sobie, jak wiele różnych głosów i zajęć wypełniało wtedy jego ulice.

Irena Santor: dzieciństwo, które zaczęło się w Solcu

Irena Santor urodziła się jako Irena Wiśniewska w Papowie Biskupim. Gdy była małym dzieckiem, jej rodzina przeniosła się do Solca Kujawskiego. To tutaj spędziła dzieciństwo. Po wojnie wyjechała z matką do Polanicy-Zdroju, a później rozpoczęła drogę, która zaprowadziła ją na największe polskie sceny.

Fragment muzealnej planszy z archiwalnym zdjęciem Ireny Wiśniewskiej, późniejszej Ireny Santor, i informacją o jej dzieciństwie w Solcu Kujawskim.

Jej solecka historia jest jednak naznaczona tragedią. Ojciec Ireny Santor został zamordowany przez Niemców w 1939 roku. Według informacji przekazywanych w mieście spoczywa w zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu.

Podczas oprowadzania usłyszałem także rodzinną pamiątkę z jej dzieciństwa: buty na pierwszą komunię małej Irenki miał uszyć dziadek przewodnika. Takie szczegóły sprawiają, że wielka biografia nagle staje się bliska i namacalna. Zamiast nazwiska znanego z estrady pojawia się dziewczynka, którą można sobie wyobrazić na ulicach tego miasta.

Muzealna plansza z archiwalnymi fotografiami Solca Kujawskiego, herbem miasta i portretem małej dziewczynki.

Wspomnienia Santor wiążą się też z Danutą Mrzyk, sąsiadką śpiewającą w chórze. Jej głos miał zainspirować Irenę do marzenia o śpiewaniu. Los Danuty Mrzyk był tragiczny: po wojnie zaangażowała się w działalność konspiracyjnej organizacji młodzieżowej Szarotka. Została aresztowana, a za śpiewanie kolęd w celi umieszczono ją w karcerze. Zachorowała i zmarła w szpitalu więziennym w Grudziądzu.

Jedna ulica, dwa pokolenia: w tej historii spotykają się dzieciństwo Ireny Santor i los Danuty Mrzyk. Jedna z nich została wielką gwiazdą polskiej piosenki, druga zmarła po więziennych represjach. Obie należą do pamięci Solca.

Wojna i powojenne losy mieszkańców

We wrześniu 1939 roku Solec znalazł się pod niemiecką okupacją. W mieście działał Selbstschutz, czyli niemiecka organizacja paramilitarna złożona z miejscowych Niemców. W wyniku egzekucji, terroru i działań wojennych zginęło ponad 150 polskich mieszkańców Solca. Polaków wysiedlano, a na ich miejsce sprowadzano niemieckich osadników. Te liczby i historie nadają osobisty wymiar zdaniu, że wojna zmieniła miasto.

Po wojnie zaczęły się kolejne trudne lata - tym razem związane z komunistycznymi represjami. W Solcu ukrywał się Antoni Heda „Szary”, znany dowódca partyzancki i uczestnik akcji uwolnienia więźniów z kieleckiego więzienia UB. Posługiwał się nazwiskiem Antoni Wiśniewski i pracował w Państwowych Zakładach Samochodowych nr 5 jako kierownik do spraw planowania remontów.

Przypadkowe spotkanie ze znajomym mogło doprowadzić do dekonspiracji, dlatego Heda opuścił Solec. W 1948 roku został aresztowany i skazany na śmierć. Wyrok zamieniono na dożywocie; na wolność wyszedł w 1956 roku. W czasie zwiedzania muzeum ta historia wybrzmiewa szczególnie mocno, bo w gablocie i na mapie łatwo zapomnieć, że człowiek ukrywający się pod cudzym nazwiskiem musiał każdego dnia pilnować, by nie zdradzić własnej tożsamości.

W Solcu mieszkał także komandor Bolesław Romanowski, dowódca okrętów podwodnych, który po wojnie został odsunięty od służby i zmuszony do opuszczenia Wybrzeża. W mieście spędził część lat 1954–1957. Napisał wspomnienia zatytułowane Torpeda w celu! Przewodnik zwrócił uwagę, że być może część tej książki powstawała właśnie tutaj - w miejscu, które stało się przystanią dla człowieka odsuniętego od dotychczasowego życia.

Powojenne fabryki i codzienne życie miasta

Po 1945 roku Solec ponownie stał się ważnym ośrodkiem przemysłowym. Wznowiła pracę nasycalnia, uruchomiono Państwowe Zakłady Samochodowe nr 5, późniejsze Kujawskie Zakłady Naprawy Samochodów, oraz warsztaty, które rozwinęły się w ZREMB. W kolejnych latach powstawały zakłady produkcji elementów budowlanych i fabryka obuwia Kobra. Zakłady przyciągały nowych mieszkańców, a za nimi rozwijały się osiedla, szkoły i miejskie usługi.

Ceglany budynek przemysłowy i metalowe schody widziane zza ogrodzenia.

W muzeum można zobaczyć również ślady dawnej codzienności. Do takich pamiątek należą krzesełka z kina Wolność. Kino działało w Solcu do 1989 roku, a pamięć o nim przypomina, że historia miasta to nie tylko wielkie daty i przemysł. To także miejsca, w których mieszkańcy spotykali się po pracy, oglądali filmy i spędzali wspólnie czas.

Po przemianach gospodarczych wiele zakładów zakończyło działalność albo zmieniło profil. Niektóre budynki zniknęły, inne dostały nowe funkcje. Dawna nasycalnia jest tego wyjątkowym przykładem: jej teren wymagał oczyszczenia, a dziś część obszaru zagospodarowano rekreacyjnie.

Nasycalnia: od przemysłowego terenu do skateparku

Nasycalnię zamknięto w 2001 roku. Po latach działalności na gruncie pozostały szkodliwe pozostałości poprodukcyjne. Rekultywację prowadzono w latach 2013–2016, a oczyszczony teren zaczęto przeznaczać na nowe funkcje. W miejscu, które przez dziesięciolecia kojarzyło się z drewnem, koleją i zapachem impregnatu, powstał skatepark.

Dawne hale i kominy nie są już częścią tego krajobrazu. Zmiana jest uderzająca: teren przemysłowy, który wymagał wieloletniego oczyszczania, stał się przestrzenią sportu i spotkań. Historia nasycalni nie zniknęła, ale dostała nowy rozdział.

Kabat: wieś, poligon i radiowe maszty

Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc związanych z Solcem jest Kabat. Zanim pojawiły się tu wojskowe ćwiczenia i radiowa infrastruktura, istniała w tej okolicy wieś związana z osadnictwem olęderskim. W czasie II wojny światowej Niemcy zlikwidowali wieś, tworząc na jej miejscu poligon powiązany z zakładami DAG Fabrik Bromberg, gdzie testowano między innymi pociski do wyrzutni Nebelwerfer.

Po wojnie teren przejęło Wojsko Polskie i urządziło tu poligon lotniczy. Żołnierze wykorzystywali między innymi wieżę obserwacyjną jako cel ćwiczeń. Na ziemi przygotowywano sylwetki samolotów, które pomagały pilotom trenować celność. Jak opowiadał przewodnik, ślady tych figur można dziś dostrzec na archiwalnych zdjęciach z powietrza i w danych lidarowych, choć z poziomu leśnej drogi nie zawsze łatwo rozpoznać ich kształt.

W 1999 roku na terenie dawnego poligonu otwarto Radiowe Centrum Nadawcze. Impulsem do poszukiwania nowej lokalizacji była niemożność odbudowy masztu w Gąbinie po jego zawaleniu w 1991 roku. Mieszkańcy Solca poparli pomysł budowy w referendum, a 4 września 1999 roku radiostację uroczyście otwarto. W wydarzeniu uczestniczyli między innymi prezydent Aleksander Kwaśniewski i prymas Józef Glemp.

Dwa maszty o wysokości 330 i 289 metrów stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów okolicy. Ich obecność zmieniła nie tylko panoramę, ale też sposób, w jaki patrzymy na Kabat. To samo miejsce kryje opowieść o dawnej wsi, niemieckim poligonie, ćwiczeniach polskich lotników i współczesnej radiostacji.

Uwaga podczas spacerów po dawnym poligonie: Kabat ma wojskową przeszłość, a teren poza wyznaczonymi i publicznie dostępnymi miejscami może być niebezpieczny. Nie podnoś ani nie dotykaj znalezionych przedmiotów. Jeśli trafisz na coś, co przypomina amunicję lub jej fragment, oddal się i powiadom odpowiednie służby.

Więcej o Kabacie, nieistniejącej wsi i poligonie przeczytasz w moim wcześniejszym wpisie: Kabat. Tajemnicza opuszczona wieś w Puszczy Bydgoskiej.

Solec Kujawski - miasto, do którego warto zajrzeć

Po tej wizycie inaczej patrzę na Solec Kujawski. To nie tylko spokojne miasto nad Wisłą, lecz także średniowieczny port, miejsce spotkań polsko-krzyżackich, ośrodek przemysłu drzewnego, dom rodzinny Ireny Santor i teren dawnych zakładów oraz poligonu.

Pamiątkowa płyta z odciskiem dłoni i podpisem Ireny Santor.

Jeśli będziecie w okolicy, zacznijcie od Muzeum Solca. Potem przejdźcie się po centrum i zwróćcie uwagę na starsze budynki - ich historia może prowadzić do rodziny Schillerów i wielkiej odbudowy po pożarze. A gdy spojrzycie w stronę Kabatu, pamiętajcie, że za wysokimi masztami kryje się znacznie starsza i bardziej złożona opowieść.

Podróże to dla mnie nie tylko piękne widoki. To przede wszystkim ludzie, pamięć i historie, które pozwalają spojrzeć na znane miejsca z zupełnie innej perspektywy.

☕ Podobała Ci się ta podróż? Dołącz do społeczności!

Prowadzenie bloga, podróże ze sprzętem fotograficznym i docieranie do takich historii to moja ogromna pasja. Jeśli doceniasz czas i serce włożone w ten materiał, możesz postawić mi wirtualną kawę lub ciastko. To realne wsparcie dla kolejnych wypraw.

☕ Postaw kawę na BuyCoffee

Planujesz własną trasę po Kujawach albo szukasz nieoczywistych miejsc w Polsce? Zobacz moją ofertę współpracy przy promocji miast i regionów oraz ofertę promocji obiektów noclegowych.