Okiem Obiektywu
KATALONIA

Odkryj ze mną Katalonię

Śladami Dalego i Gry o Tron

Od świata Salvadora Dalego po filmowe zaułki Girony. Odkryj ze mną ten niezwykły region!

Zobacz
ALBANIA

Kraina Orłów i Bunkrów

Przygoda tuż za rogiem

Wjedź kolejką na górę Dajti, odkryj historię zamku w Krui i poczuj tętniące życie Tirany.

Zobacz
KORFU

Niesamowita Wyspa

Nie tylko plaże i mity

Podążaj śladami Jamesa Bonda, odkryj polski akcent i znajdź najlepsze miejsca do podziwiania samolotów!

Zobacz
TOFIFEST 2025

Niepokorne kino w Toruniu

Gala, spotkania - ważne chwile

Relacje, zdjęcia i rozmowy z twórcami. Odkryj mój Tofifest!

Zobacz

Zobacz Mapę Okiem Obiektywu

Mapa podróży Okiem Obiektywu

Ostatnio na Blogu

15 gru 2025

Nie jestem jakaś chora - jak grać w fikcję z miłości i co do tego ma Bruce Lee

Są takie momenty w teatrze, kiedy człowiek przestaje być tylko widzem. Kiedy nagle siada na widowni nie jako recenzent, nie jako obserwator kultury, ale jako ktoś, kto zna tę rzeczywistość od środka. Dokładnie tak poczułem się 11 grudnia w Teatrze im. Wilama Horzycy, na Scenie na Zapleczu, podczas czytania scenicznego „Nie jestem jakaś chora” Darii Sobik.

Czytanie sceniczne „nie jestem jakaś chora” na scenie na zapleczu w teatrze horzycy w toruniu

Wyszedłem stamtąd z bardzo wyraźnym poczuciem: to nie jest spektakl „o demencji”. To spektakl o odpowiedzialności, o miłości i o grze w fikcję, która bywa jedyną formą ratunku. To dowód na to, że ta instytucja, mimo że niedawno świętowała swoje 120-lecie istnienia, wciąż potrafi dotykać najbardziej aktualnych i bolesnych strun ludzkiej duszy, nie bojąc się trudnych tematów.

Good Bye, Lenin! na toruńskiej scenie

Podczas rozmowy po czytaniu padło porównanie do filmu „Good Bye, Lenin!” Wolfganga Beckera. I ta myśl wracała do mnie jeszcze długo po wyjściu z teatru. Pamiętacie ten film? Tam syn, Alex, buduje dla swojej matki iluzję świata (NRD), który przestał istnieć, bo prawda o nowej rzeczywistości mogłaby ją zabić.

W sztuce Darii Sobik, w reżyserii Marii Bakumenko, widzę ten sam mechanizm. Córka - grana niezwykle odważnie i emocjonalnie przez Matyldę Podfilipską (laureatkę nagrody Wilama dla Najpopularniejszej Aktorki) - w pewnym momencie przestaje walczyć z faktami. Zamiast prostować i tłumaczyć, zakłada koronę. Wchodzi w świat swojej matki i mówi bez słów: „dobrze, zagrajmy w to razem”.

To nie jest kapitulacja. To jest akt najwyższej miłości. Podobnie jak u Beckera, mamy do czynienia z fikcją, która nie jest kłamstwem. Jest wspólnym rytuałem, ostatnią przestrzenią porozumienia, w której nie obowiązują już racjonalność i medyczne diagnozy, tylko czysta relacja.

Trzy pokolenia bezradności

Na scenie widzimy trzy kobiety. Jolanta Teska jako Bona (matka) balansuje na granicy siły i kruchości - w chorobie paradoksalnie odzyskuje prawo do własnego, królewskiego świata. Wnuczka (Maja Kalbarczyk) wchodzi w ten świat najłatwiej, bo dzieci mają naturalną zgodę na „inność”.

To dorośli cierpią najbardziej. Spektakl uderza w ten czuły punkt: jak zaakceptować rodziców takimi, jacy są teraz, a nie takimi, jakimi chcielibyśmy ich zapamiętać?

Pani z MOPS-u i Bruce Lee

Jest w tej historii jeszcze jeden wątek, który uderzył mnie osobiście. Na scenie pojawia się postać Pani z MOPS-u, grana przez moją koleżankę sprzed lat, Marię Kierzkowską. I nagle teatr niebezpiecznie zbliżył się do mojego życia.

Artykuł prasowy „pracownik socjalny jak bruce lee” o szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych

Bo ja ten świat znam. Przez ponad pięć lat pracowałem jako pracownik socjalny - w realnych mieszkaniach, w realnych kryzysach, w MOPR-ze (choć w sztuce umownie to MOPS). I wiem jedno: to nie jest praca dla urzędnika zza biurka. To wchodzenie w cudze życie bez zbroi i bez scenariusza.

Czasem patrzę na pewne stare zdjęcie z gazety, które krąży gdzieś w sieci. Widać na nim mnie - na szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych. Krótka fryzura, napięte mięśnie, skupienie. Podpis mógłby brzmieć: „Pracownik socjalny jak Bruce Lee”.

Śmieszne? Może trochę. Ale pod tym obrazkiem kryje się prawda, którą zobaczyłem też na scenie u Marii Kierzkowskiej. Ten zawód wymaga nie tylko empatii, ale i gotowości na konfrontację - z agresją, z lękiem, z bezradnością systemu. Ten teatralny MOPS nie był papierowy. Był ludzki. I właśnie dlatego momentami tak niewygodny. Mój wewnętrzny Bruce Lee przybiłby Pani z MOPS-u piątkę za wytrwałość.

Teatr, który nie daje łatwych odpowiedzi

To czytanie sceniczne w ramach cyklu Re:generacje nie było „ładne”. Było potrzebne. Emocje były na wierzchu, jak słusznie zauważył ktoś z widowni. I bardzo dobrze. Bo starość i demencja nie są estetyczne. Są graniczne.

Podobnie jak w innym głośnym spektaklu tej sceny - Romeo i Julia w Krainie FAKAPU - tutaj również twórcy szukają nowych języków do opowiadania o relacjach w świecie, który się rozpada. Tam mieliśmy korporacyjną dystopię, tu mamy osobisty dramat w czterech ścianach, ale w obu przypadkach chodzi o to samo: o próbę spotkania z drugim człowiekiem.

Wyszedłem z teatru poruszony. Nie jako krytyk. Jako syn. I jako były pracownik socjalny, który wie, że czasem największą siłą nie jest walka z rzeczywistością, ale zgoda na nią. I że czasem warto - jak Alex w filmie, jak Córka w tej sztuce - założyć koronę i wejść do gry. Choćby na chwilę.

Podoba Ci się to, co piszę?
Jeśli moje historie do Ciebie trafiają, możesz postawić mi wirtualną kawę. To paliwo do dalszych podróży - tych po świecie i tych po kulturze! ☕
👉 https://buycoffee.to/okiemobiektywu

14 gru 2025

Kończy się bateria. Zginę. Adam Bielecki przerywa milczenie o Nanga Parbat - to nie jest zwykła książka

Są takie wiadomości, których nigdy nie chciałoby się odczytać. I są takie książki, których napisanie kosztowało więcej niż nieprzespane noce. Dziś, dokładnie w dniu premiery "Bez śladu" Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego, trzymam w ręku zapis jednej z najbardziej dramatycznych akcji ratunkowych w historii himalaizmu. To nie jest kolejna opowieść o chwale. To bolesna sekcja zwłok nadziei, biurokracji i ludzkiej wytrzymałości.

Adam Bielecki podczas spotkania autorskiego - autor książki „Bez śladu” o akcji ratunkowej na Nanga Parbat

Myśleliśmy, że o Nanga Parbat wiemy już wszystko. Myliliśmy się. Adam Bielecki przerywa milczenie i ujawnia treść SMS-ów, których nigdy nie mieliśmy zobaczyć. Wiadomości, które mrożą krew w żyłach bardziej niż wiatr w Karakorum.

"Zamarzłam tej nocy" - cisza, która krzyczy

Wyobraźcie sobie ciemność na wysokości ponad 7000 metrów. Jesteście tam sami. Elisabeth Revol była sama. Fragmenty książki, które właśnie ujrzały światło dzienne, pokazują przerażającą samotność francuskiej himalaistki. O godzinie 8:53 rano do bazy dotarła wiadomość, która brzmiała jak wyrok:

"Jeśli możecie, zorganizujcie akcję ratunkową tak szybko, jak to możliwe. Zamarzłam tej nocy. Zamarzło mi pięć palców u lewej stopy."

To był dopiero początek koszmaru. Kilka godzin później, o 17:28, przyszło ostatnie ostrzeżenie. Krótkie, żołnierskie, pozbawione złudzeń:

"Kończy się bateria. Zginę, jeśli pomoc nie przybędzie."

Czytając te słowa w ciepłym pokoju, trudno pojąć grozę tej sytuacji. Adam Bielecki w swojej książce zabiera nas jednak tam - w strefę śmierci, gdzie każda sekunda zwłoki to krok w stronę niebytu.

Przelew ważniejszy od życia?

To chyba najbardziej szokujący fragment "Bez śladu". Kiedy cały świat śledził „kropki” na wirtualnej mapie Nanga Parbat, w bazie pod K2 rozgrywał się inny dramat. Nie górski. Biurokratyczny. Adam Bielecki i Denis Urubko byli gotowi. Sprzęt spakowany. Niebo - co rzadkie w tym rejonie - błękitne. Idealne do lotu. Więc na co czekali?

"- O której będą helikoptery? - zapytałem, wchodząc do mesy.
- Askari wciąż nie dostała kasy na akcję ratunkową - usłyszałem.
(...) Askari Aviation zgodziło się polecieć dopiero, kiedy pojawiła się kasa."

50 000 euro. Tyle kosztował start silników. Przez godziny, które mogły uratować Tomka Mackiewicza, negocjowano przelewy, ubezpieczenia i gwarancje. To brutalna lekcja, o której pisałem już wcześniej, analizując komercjalizację gór - w Himalajach romantyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się faktura.

Zobacz też: Adam Bielecki - styl „na lekko”, etyka wspinaczki i alarm klimatyczny

Mit „Terminatora” a ludzki strach

Pamiętacie memy? Adam i Denis jako maszyny wbiegające pionowo na ścianę. Media stworzyły obraz herosów nieznających bólu ani lęku. W „Bez śladu” Bielecki z rozbrajającą szczerością obala ten mit. To nie był bieg superbohaterów. To była walka o każdy oddech, pełna strachu i improwizacji.

"Wyskoczyłem w locie, pilot nie chciał nawet czekać, aż zamknę drzwi (...). Denis już się wspinał. Widziałem szybko oddalające się plecy mojego partnera.
- Denis, do cholery, poczekaj! - krzyknąłem.
- Nie mamy czasu - burknął."

"Chyba wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, w jakiej sytuacji się znalazłem. Zapada zmrok, nie mamy namiotu, śpiwora ani karimaty" - pisze Bielecki. Nocna wspinaczka drogą Kinshofera, zimą, bez zaplecza biwakowego, była balansowaniem na granicy życia i śmierci.

Czytaj także: Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

"ADAM, MAM JĄ!"

Środek nocy. Ponad tysiąc metrów w pionie pokonane w kilka godzin. I nagle głos Denisa Urubki przebijający ciemność:

"- Elisabeth, miło cię widzieć - powiedział Denis. - ADAM, MAM JĄ!"

Spotkanie z Elisabeth Revol było cudem. Ale informacje, które przekazała, rozwiały wszelkie nadzieje na uratowanie Tomka Mackiewicza. "Miał odmrożoną twarz, ręce i nogi. Z kącika ust ciekła mu krew" - relacjonowała. Decyzja mogła być tylko jedna: ratować tę osobę, którą dało się jeszcze uratować.

Truman Show i „krew na rękach”

"Bez śladu" jest też gorzkim rozliczeniem z nami - obserwatorami. Bielecki opisuje uczucie bycia w „Truman Show”. Gdy oni walczyli o życie na ścianie, internet produkował teorie, oskarżenia i nierealne pomysły ratunkowe.

Najbardziej bolą jednak słowa, które padły później. Zarzuty, że Polacy „mają krew na rękach”, bo nie wrócili po Tomka. Czytając o tym po relacji nocnej wspinaczki, ryzyka i decyzji podejmowanych w strefie śmierci, trudno oprzeć się wrażeniu, jak łatwo ferujemy wyroki z bezpiecznej odległości.

Dlaczego musisz przeczytać tę książkę?

"Bez śladu" nie jest lekturą łatwą ani wygodną. Odbiera himalaizmowi mit bohaterstwa, ale zostawia coś ważniejszego - prawdę o granicach, odpowiedzialności i braterstwie liny. To domknięcie historii, którą wszyscy przeżywaliśmy, ale której tak naprawdę nie znaliśmy.

Jako Okiem Obiektywu zachęcam do sięgnięcia po tę książkę nie dla sensacji, lecz dla zrozumienia, co naprawdę wydarzyło się wtedy na Nanga Parbat.

KUP KSIĄŻKĘ „BEZ ŚLADU” - OFICJALNA STRONA >>

A Wy? Gdzie byliście, gdy docierały informacje o akcji ratunkowej na Nanga Parbat? Dajcie znać w komentarzach.

11 gru 2025

Krzysztof Wielicki: Masz w sobie Everest. O wspinaczce, wierze i dlaczego nie wolno się poddawać

Są ludzie, których słowa mają ciężar najwyższych szczytów. Krzysztof Wielicki - jedna z legend polskiego i światowego himalaizmu - należy do tego grona. Miałem zaszczyt gościć go w miejscu, które również inspiruje do przekraczania granic - Resorcie Nosalowy Dwór w Zakopanem. Tym razem rozmowa nie dotyczyła jednak wyłącznie bicia rekordów. Mówiliśmy o sprawach najważniejszych - wierze, pokorze i o tym, dlaczego warto się zmęczyć.

Krzysztof Wielicki serdecznie obejmuje uczestniczkę podczas spotkania.

Wielicki to człowiek, który kocha ludzi i chętnie się z nimi spotyka. Ale nie po to, by opowiadać o swoich sukcesach - jak sam podkreśla: „Bo to jest wszystko względne, prawda?”. Jego celem jest inspiracja. Chce mówić ludziom, że nie należy się poddawać i że każdy ma w sobie moc, by coś osiągnąć. To dotyczy nie tylko gór, ale całego życia.

Każdy ma swój Everest: o zmęczeniu jako wartości

Wielicki od lat obserwuje pewien trend: młodzi ludzie szybko się poddają. W świecie, który unika wysiłku, przypomina, że zmęczenie jest wartością. Nie czymś negatywnym - przeciwnie, to droga do identyfikacji z własnym osiągnięciem.

Ja tak se myślę, że według tej filozofii, że każdy ma swój Everest, żeby ludzie chcieli się realizować, coś osiągać, żeby chcieli się identyfikować z sukcesami swoimi drobnymi” - mówi. A ten Everest może mieć wiele form:

  • Wejście na szczyt.
  • Napisanie książki.
  • Zrobienie filmu, namalowanie obrazu.
  • Posadzenie drzewa, pomalowanie płotu.

Ważne, by na końcu móc powiedzieć: „O, moja robota. Ja to zrobiłem”. To właśnie ta satysfakcja, poczucie sprawczości, do którego himalaista zachęca. Jest to niezwykle bliskie temu, o czym rozmawialiśmy podczas mojej poprzedniej rozmowy z Krzysztofem Wielickim o alpinizmie, sportowych rekordach i zmieniającej się etyce.

Step by step - dlaczego cierpliwość ratuje życie

Wielicki ma kluczową radę dla młodego pokolenia wspinaczy i wszystkich, którzy chcą osiągnąć coś wielkiego: cierpliwość. „Take it easy” - mówi. Dziś wiele osób próbuje ominąć etapy i iść na skróty, ale w górach to nie jest bezpieczna droga.

Krzysztof Wielicki podpisuje swoją książkę podczas wydarzenia.Krzysztof Wielicki podpisuje książkę podczas rozmowy z uczestniczką w trakcie wydarzenia.

W górach wysokich największą wartością jest doświadczenie, a to zdobywa się powoli, krok po kroku:

Step by step, krok po kroku, bo ona jest ta droga na pewno bardziej bezpieczna. Tak jak myśmy szli ze skałek w Tatry, Alpy, dalej wyżej, dalej wyżej - prawda? Na pewno jest droga bezpieczna”.

Łatwo się poddać, gdy inni nie zrobili czegoś przed tobą. Ale Wielicki przypomina o sile wiary. „Ja trzy razy próbowałem Lhotse, nie wszedłem nocy, ale trzy razy próbowałem, bo wierzyłem w to, że wejdziemy.

Art of suffering i budowanie charakteru

Himalaista wraca również do tematu porażek, które są nieodłącznym elementem drogi. W życiu warto mieć trochę „tak w górkę, z górki, pod górkę, znów z górki” - bo to nas właśnie buduje. Pokonanie trudności daje siłę na kolejne: „Nie takie rzeczy robiłem, następną trudność też zrobię”.

Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestnikiem o charakterystycznych dredach.
Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestniczką spotkania w Zakopanem.

W tym tkwi esencja himalaizmu - w nieustannym sprawdzaniu siebie i przekraczaniu własnych granic. A to, wbrew pozorom, przekłada się na wszystkie aspekty życia.

Warto słuchać legend. Opowiadajmy Twoją historię!

Jeśli Twoja organizacja stawia na wartości, wytrwałość i inspirację - dokładnie tak, jak robi to Krzysztof Wielicki - warto to pokazać światu.

Jeśli organizujesz podobne spotkania, prelekcje, szkolenia lub wydarzenia górskie - zapraszam do współpracy. Razem stworzymy relację, która zainspiruje tysiące osób!

A jeśli masz nagrania z wypraw, które czekają na montaż - sprawdź moją ofertę montażu filmów.

Doceniasz inspirację? Możesz postawić mi wirtualną kawę lub ciasto. Dziękuję!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

9 gru 2025

Paweł Kajzerek (GOPR): Węzły, które ratują życie. O technice, odpowiedzialności i człowieku ważniejszym niż sprzęt.

Są takie spotkania, które zostają w pamięci na długo. Dla mnie jednym z nich był warsztat z Pawłem Kajzerkiem - ratownikiem GOPR Grupy Sudeckiej, taternikiem, alpinistą i członkiem Polskiego Klubu Alpejskiego. Człowiekiem, który pokazuje, że w górach liczy się coś więcej niż sprzęt: technika, odpowiedzialność i szacunek do procedur.

Uczestnicy warsztatów z Pawłem Kajzerkiem ćwiczą techniki linowe i węzły pod okiem instruktora.

Warsztat, który zostaje w głowie

Tegoroczne Dni Lajtowe w Nosalowym Dworze były pełne wyjątkowych spotkań. Jednak warsztat Pawła Kajzerka miał w sobie coś szczególnego: prostotę przekazu, spokój wynikający z doświadczenia oraz ogromną wartość praktyczną. To właśnie on wprowadził nas w świat węzłów, których skuteczność jest często różnicą między bezpieczeństwem a ryzykiem.

Węzły, które ratują życie

Paweł zaczyna od podstaw. Od węzła, który każdy wspinacz zna - podwójnej ósemki. A jednak niewielu wiąże go tak przejrzyście i konsekwentnie, jak on. „Zawsze wiążemy bezpośrednio do uprzęży” - powtarza, prowadząc linę z naturalną lekkością kogoś, kto wykonał ten ruch tysiące razy.

Tłumaczy, jak odmierzamy linę od mostka, jak dopasować odcinek do jej średnicy, dlaczego węzeł musi mieć czyste, czytelne, równoległe biegi. Podkreśla: przejrzystość to nie estetyka. To bezpieczeństwo.

„Sam sprzęt się nie wspina.” - mówi kilkukrotnie. Dostęp do dobrego ekwipunku mamy od trzydziestu lat. Ale bezpieczeństwo daje człowiek - nie karabinek.

Technika, która zaczyna się w dłoniach

Kiedy Paweł prowadzi wolny koniec liny równolegle do drugiego bieguna ósemki, sala milknie. Nie chodzi o „magiczny trik”, ale o powtarzalność. O intuicję. O to, żeby dłonie pamiętały, jak działać pod presją.

  • każdy węzeł musi być natychmiast czytelny, nawet dla osoby postronnej,
  • dodatkowe supły nie zwiększają bezpieczeństwa - często je obniżają,
  • węzły muszą działać także w rękawiczkach, zimnie i stresie.

To rzadki warsztat, w którym technika staje się czymś więcej: narzędziem budowania świadomości i pokory.

Droga do GOPR - ludzie, obowiązek, odpowiedzialność

Paweł opowiada też o swojej ścieżce do GOPR. Mówi, że do egzaminu namówili go koledzy - a on nie był pewien, czy podoła. Zdał. Rozpoczął staż, który trwa zwykle od dwóch do pięciu lat, zależnie od tego, ile czasu kandydat jest w stanie poświęcić.

Paweł Kajzerek pomaga młodemu uczestnikowi warsztatów założyć uprząż i zawiązać węzeł.Paweł Kajzerek uczy uczestniczkę warsztatów poprawnego wiązania węzła wspinaczkowego.

GOPR to nie miejsce dla tych, którzy szukają adrenaliny. To służba. Obowiązek. Zaufanie.

Zmieniająca się zima - nowe wyzwania dla ratowników

Ratownicy obserwują dziś zjawisko, które staje się normą: zimy zaczynają się później. Opadów jest mniej, sezon rusza coraz częściej dopiero w grudniu - czasem nawet w drugiej połowie miesiąca.

Jednocześnie warunki zimowe potrafią utrzymywać się w górach aż do maja. To przesunięcie wymaga od turystów większej pokory, a od ratowników - jeszcze lepszego przygotowania.

Repiki, blokery i węzły zaciskowe - rzemiosło, nie gadżety

W części praktycznej Paweł przechodzi do węzłów zaciskowych. Wyjaśnia różnice między repikiem nylonowym a aramidowym. Pokazuje, jak działa bloker - tzw. „stoper” - i w jakich sytuacjach może uratować życie podczas zjazdu lub w terenie eksponowanym.

Paweł Kajzerek pokazuje technikę wiązania węzłów wspinaczkowych na warsztatach górskich.Paweł Kajzerek demonstruje zaawansowaną technikę wiązania węzłów na linie podczas warsztatów GOPR.

To nie jest katalog sprzętu. To rzemiosło ratowników, którzy pracują z liną każdego dnia. Najczęściej w Górach Stołowych, w masywie Śnieżnika i na sudeckich szlakach.

Filozofia Pawła: spróbuj zrozumieć, zanim zaczniesz działać

Jeśli miałbym jednym zdaniem podsumować wystąpienie Pawła, byłaby to myśl:

Sprzęt daje możliwości. Umiejętności dają bezpieczeństwo.

To właśnie dlatego ten warsztat tak mocno zapada w pamięć. Nie jest zbiorem trików. Jest przypomnieniem, że góry nie wybaczają improwizacji - ale nagradzają konsekwencję, szacunek i odpowiedzialność.

Paweł Kajzerek z GOPR pokazuje technikę wiązania węzłów podczas warsztatów na Dniach Lajtowych w Zakopanem.

Jego podejście pięknie koresponduje z tym, czego uczyli Sabina Lorenc-Goły i Dawid Goły podczas warsztatu lodowcowego. Wszyscy troje podkreślają jedno: w górach liczy się człowiek, nie sprzęt.

„Najważniejsze, żeby każdy z nas wrócił do domu.” - mówi Paweł. I właśnie ta myśl zostaje z nami najdłużej.

Jeśli interesują Cię podobne historie:

Opowiedzmy Twoją historię!

Jeśli organizujesz warsztat, festiwal, szkolenie techniczne lub inne wydarzenie górskie i potrzebujesz kogoś, kto opowie o nim w angażujący sposób - zapraszam do współpracy.

A jeśli masz nagrania ze szkoleń lub wypraw i chcesz zamienić je w film, który przyciągnie nowych kursantów - sprawdź moją ofertę montażu filmów.

Jeśli chcesz wesprzeć powstawanie kolejnych materiałów - możesz postawić mi wirtualną kawę lub ciasto. Dziękuję!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA