Okiem Obiektywu
KORONA POLSKI

Najwyższe szczyty województw

16 miejsc na mapie Polski

Wyruszyłem by zdobyć najwyższe punkty każdego województwa i odkryć ich niezwykłe historie.

Zobacz
SUWALSZCZYZNA

Odkryj Suwalskie

Kraina jezior i wzgórz

Od najgłębszego jeziora Hańcza po widoki z Cisowej Góry!

Zobacz
KATALONIA

Odkryj ze mną Katalonię

Śladami Dalego i Gry o Tron

Od świata Salvadora Dalego po filmowe zaułki Girony. Odkryj ze mną ten niezwykły region!

Zobacz
ALBANIA

Kraina Orłów i Bunkrów

Przygoda tuż za rogiem

Wjedź kolejką na górę Dajti, odkryj historię zamku w Krui i poczuj tętniące życie Tirany.

Zobacz
KORFU

Niesamowita Wyspa

Nie tylko plaże i mity

Podążaj śladami Jamesa Bonda, odkryj polski akcent i znajdź najlepsze miejsca do podziwiania samolotów!

Zobacz

Zobacz Mapę Okiem Obiektywu

Mapa podróży Okiem Obiektywu

Ostatnio na Blogu

18 wrz 2026

Cukrownia Żnin - industrialna perła Pałuk

Są miejsca, w których historia została zamknięta za muzealną szybą. Są też takie, po których zostało kilka starych fotografii, fundamenty ukryte w trawie i wspomnienia ludzi, którzy pamiętają jeszcze czasy ich świetności.

Industrialne wnętrze Cukrowni Żnin z ceglanymi ścianami i dużym napisem Cukrownia Żnin

Cukrownia Żnin poszła zupełnie inną drogą.

Tutaj nadal stoją potężne ceglane budynki, dawne maszyny, stalowe konstrukcje i fragmenty instalacji. Tyle że zamiast odgłosu pracujących urządzeń słychać rozmowy hotelowych gości, a pomieszczenia, w których przez dziesięciolecia trwała produkcja, otrzymały zupełnie nowe funkcje.

To jedno z tych miejsc, które szczególnie lubię odkrywać.

Bo za efektowną architekturą kryje się historia prawdziwej fabryki, setek pracowników i ponad stu lat produkcji cukru.

Kamperem na industrialną przygodę i Festiwal Przeźrocza

Podróżowanie kampervanem ma w sobie tę magię, że daje pełną niezależność. Kiedy po raz pierwszy dotarłem tu w 2022 roku, od razu wiedziałem, że baza noclegowa musi być blisko samej historii. I tak oto zaparkowałem tuż obok kompleksu, na doskonale przygotowanym camperparku.

Kampervan zaparkowany na camperparku obok zabudowań dawnej Cukrowni Żnin

To był zresztą wyjątkowy czas - w murach dawnej cukrowni odbywał się wówczas niezwykły festiwal filmowy Przeźrocza. Połączenie surowej, industrialnej przestrzeni z kinem i sztuką miało w sobie niesamowitą energię.

Flagi Przeźrocza Festiwal Filmowy przed zabytkowym budynkiem Cukrowni Żnin

Wieczorne siedzenie w kampervanie, z widokiem na monumentalne, oświetlone ceglane fasady dawnego zakładu, potrafi zahipnotyzować. Czujesz ten kontrast - nowoczesny, mobilny dom na kołach i potężna, historyczna tkanka przemysłowa, która otacza Cię z każdej strony. Rano wystarczyło zrobić parę kroków, aby znowu zanurzyć się w ten industrialny świat.

Cukrownia, która rosła razem ze Żninem

Historia tego miejsca zaczyna się w 1893 roku, kiedy żnińscy ziemianie podjęli decyzję o budowie fabryki cukru. Rok później, 15 października 1894 roku, rozpoczęła się pierwsza kampania cukrownicza.

Zakład funkcjonował wówczas pod nazwą Zuckerfabrik Znin. Z czasem rozrastał się, modernizował i coraz mocniej wpisywał w życie miasta oraz całego regionu. Przez lata Cukrownia Żnin należała do najważniejszych pracodawców w okolicy.

Fabryka nie była tylko miejscem, do którego rano przychodziło się do pracy.

Z cukrownią związane były całe rodziny.

Burakino w Cukrowni Żnin – sala kinowa urządzona w dawnym przemysłowym zbiornikuWysokie postindustrialne wnętrze Cukrowni Żnin z zachowanymi konstrukcjami i nowoczesną częścią hotelową

Podczas zwiedzania przewodnikiem był człowiek, który sam przepracował tutaj dziesięciolecia. Z zakładem związany był jednak znacznie wcześniej - jego ojciec pracował jako maszynista kolejki cukrowniczej, a mama pojawiała się w fabryce podczas kampanii.

I właśnie takie historie najlepiej pokazują, czym kiedyś był duży zakład przemysłowy dla niewielkiego miasta.

Nie tylko fabryką.

Częścią życia.

Cukrownia miała własną kolej

Jedną z ciekawszych pozostałości tej historii jest kolejka cukrownicza.

Już w 1894 roku własna kolej fabryczna zaczęła dowozić buraki do zakładu. Sieć miała prześwit zaledwie 600 mm, ale jej długość dochodziła do około 46 kilometrów.

Cukrownia posiadała lokomotywę spalinową i osiem parowozów oraz cały tabor niewielkich wagonów przeznaczonych do transportu surowca.

Drewniany zielony wagon kolejowy zachowany na terenie dawnej Cukrowni Żnin

Jeden z dawnych parowozów można dziś zobaczyć niedaleko Żnina, w Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji.

Fabryczną kolejkę zlikwidowano ostatecznie na początku lat 70. XX wieku.

To zresztą kolejny dobry powód, aby zwiedzanie Żnina połączyć z innymi atrakcjami Pałuk.

Kiedy fabryka była pod parą

Najciekawsze w zwiedzaniu dawnego zakładu jest dla mnie odkrywanie, do czego służyły poszczególne pomieszczenia.

Dzisiaj widzimy restaurację, hotelowy korytarz albo efektowną salę. Dawniej każde z tych miejsc było elementem ogromnego przemysłowego organizmu.

Przygotowania do kolejnej kampanii cukrowniczej zaczynały się znacznie wcześniej niż samo krojenie pierwszych buraków.

Wnętrze dawnej pakowni Cukrowni Żnin z charakterystycznym podświetlanym napisem Pakownia

Urządzenia remontowano, przeprowadzano próby szczelności, przygotowywano osadniki i instalacje. Około tygodnia przed rozpoczęciem krojenia trzeba było uruchomić główną kotłownię.

Jak powiedział przewodnik:

"Fabryka musiała być już pod parą".

I trudno znaleźć lepsze określenie.

Para była jednym z najważniejszych elementów funkcjonowania całego zakładu. Napędzała turbiny związane z produkcją energii i była wykorzystywana podczas procesów technologicznych.

Według wspomnień przewodnika jeden z pieców był w stanie wytwarzać około 30 ton pary na godzinę, drugi około 20 ton, a kolejny pozostawał w rezerwie.

Dawna energetyczna część fabryki również nie zniknęła.

Tam, gdzie kiedyś pracowały urządzenia związane z wytwarzaniem energii, dzisiaj funkcjonują przestrzenie kompleksu hotelowego.

I właśnie te zestawienia robią tutaj największe wrażenie.

Co działo się z burakiem?

Dziś paczka cukru stojąca na sklepowej półce nie mówi nic o skali procesu, który kiedyś odbywał się w takich miejscach.

Najpierw trzeba było dostarczyć ogromne ilości buraków.

Podczas kampanii do stałej załogi dochodzili pracownicy sezonowi. Według relacji naszego przewodnika mogło to być nawet około 500 dodatkowych osób.

Zachowane przemysłowe wnętrze Cukrowni Żnin ze stalową konstrukcją, schodami i współczesną zabudową

Przywożony surowiec oceniano między innymi pod kątem zanieczyszczenia ziemią, liśćmi i innymi pozostałościami z pola.

Później rozpoczynała się droga buraka przez fabrykę.

Potężne pompy transportowały buraki wraz z wodą w górę instalacji. Po drodze działały urządzenia wychwytujące liście i kamienie. Następnie buraki trafiały do płuczki, gdzie były dokładnie myte i przygotowywane do kolejnych etapów produkcji.

Dzisiaj opis kilku urządzeń może brzmieć niepozornie.

Kiedy jednak stoi się wewnątrz wielkiego pofabrycznego kompleksu i próbuje wyobraзить sobie tysiące ton surowca przemieszczającego się przez kolejne instalacje, dopiero wtedy zaczyna być widoczna prawdziwa skala tego zakładu.

Woda - niewidoczna część produkcji

Cukrownia była również nierozerwalnie związana z wodą.

Wykorzystywano ją między innymi do transportu i oczyszczania buraków. Nie mogła być jednak po prostu odprowadzana do pobliskiego jeziora.

Po kontakcie z burakami znajdowały się w niej ziemia, piasek, fragmenty liści i inne zanieczyszczenia. Woda krążyła więc w systemie i trafiała między innymi do osadników.

Przewodnik zwrócił uwagę na ciekawy szczegół.

Po pewnym czasie podczas płukania można było zauważyć pienienie się wody. Trafiały do niej bowiem również niewielkie ilości cukru wypłukiwanego podczas pracy zakładu.

Dzisiaj jezioro tworzy zupełnie inne tło.

Zamiast przemysłowego krajobrazu mamy przestrzeń wypoczynku, plażę, wodę i monumentalne ceglane bryły dawnej fabryki.

Patrząc na cały kompleks z drona, kontrast jest jeszcze bardziej widoczny.

Nie likwidacja, nie zamknięcie...

Cukrownia pracowała do 2004 roku.

Ostatnia kampania przypadła na lata 2003-2004. Produkcja została następnie wygaszona.

Przewodnik podczas zwiedzania szczególnie podkreślał jedno:

"Nie likwidacja, nie zamknięcie, tylko wygaszenie cukrowni".

Dla ludzi związanych z zakładem różnica nie zmieniała jednak najważniejszego faktu - kończyła się epoka.

Oficjalna historia obiektu wspomina również o protestach pracowników związanych z decyzją o wygaszeniu produkcji.

Po ponad stu latach maszyny przestały pracować.

Ale budynki pozostały.

I zaczęło się pytanie: co dalej?

Arche i drugie życie Cukrowni Żnin

Przełom nastąpił w 2015 roku, kiedy teren dawnej fabryki kupiła Grupa Arche.

Dwa lata później rozpoczęła się modernizacja.

Zamiast usuwać wszystkie ślady przemysłowej przeszłości, zdecydowano się wykorzystać je jako jeden z najważniejszych elementów nowego miejsca.

W czerwcu 2020 roku uruchomiono pierwszą część zabytkowego kompleksu. Dzisiaj Cukrownia Żnin funkcjonuje jako rozległe centrum hotelowe, konferencyjne i wypoczynkowe.

Całość zajmuje około 35 hektarów.

Znajdują się tutaj dwa budynki hotelowe, restauracje, bary, sale konferencyjne, własny browar, kino, SPA oraz park wodny. Według obecnych informacji obiekt oferuje około 300 pokoi i apartamentów oraz około 700 miejsc noclegowych.

Ale właśnie nie liczby są tutaj najciekawsze.

Hotel w fabryce czy fabryka w hotelu?

W wielu zrewitalizowanych obiektach przemysłowych pozostawia się trochę cegły, kilka starych fotografii i jedną maszynę ustawioną gdzieś przy wejściu.

Tutaj przemysłowa przeszłość jest znacznie bardziej obecna.

Spacerując po kompleksie, co chwilę trafiamy na elementy, które przypominają o jego pierwotnym przeznaczeniu:

  • Stalowe konstrukcje
  • Fragmenty instalacji
  • Stare urządzenia
  • Ceglane ściany
  • Dawne przejścia pomiędzy budynkami
  • Maszyny, których nie zamieniono w złom

Jedno z pomieszczeń, które dzisiaj pełni funkcję biblioteki, było kiedyś warsztatem mechanicznym. W innych przestrzeniach nadal można znaleźć urządzenia wykorzystywane podczas produkcji czy pracy laboratorium.

I właśnie dlatego Cukrownia Żnin nie sprawia wrażenia obiektu, który próbuje udawać dawną fabrykę.

Ona nią naprawdę była.

Filmowa wędrówka po Cukrowni Żnin

Podczas mojej wizyty kampervanem miałem okazję przejść przez część kompleksu z byłym pracownikiem cukrowni. To właśnie jego wspomnienia są najważniejszą częścią przygotowanego przeze mnie filmu.

Można w nim usłyszeć nie tylko o historii zakładu, ale też o tym, jak wyglądała kampania cukrownicza, jak uruchamiano fabrykę, jak transportowano buraki, jak działały turbiny i co oznaczała poważna awaria, która potrafiła zatrzymać produkcję nawet na kilkadziesiąt godzin.

Zobacz pełną relację wideo z mojej wizyty: Film z Cukrowni Żnin na YouTube

Takich opowieści nie da się znaleźć na tabliczce informacyjnej. I właśnie dlatego warto ich słuchać.

Czy warto zobaczyć Cukrownię Żnin?

Jeśli interesują Was zabytki techniki, industrialna architektura i miejsca posiadające drugą warstwę, zdecydowanie warto tutaj zajrzeć.

Można przyjechać kamperem, zatrzymać się na tutejszym camperparku i korzystać z całej infrastruktury.

Można jednak zrobić coś więcej:

  • Patrzeć na ceglane ściany i zastanawiać się, co znajdowało się tutaj przed kilkudziesięciu laty.
  • Szukać dawnych maszyn ukrytych w przestrzeniach obiektu.
  • Zwracać uwagę na nazwy współczesnych przestrzeni nawiązujące do cukrowniczej przeszłości.
  • Pojechać kilka kilometrów dalej do Wenecji, aby zobaczyć jeden z parowozów dawnej kolejki cukrowniczej.

Wtedy cały ten fragment historii zaczyna układać się w większą całość.

Jeżeli planujesz wizytę w takich obiektach i szukasz profesjonalnego wsparcia w promocji, sprawdź moją ofertę skierowaną do obiektów noclegowych oraz miast i regionów. Potrzebujesz montażu wideo? Zobacz ofertę na montaż filmów.

Cukrownia, która nie została tylko wspomnieniem

Najbardziej fascynuje mnie w tym miejscu nie sam hotel.

Znacznie ciekawsza jest droga, którą przeszedł ten teren.

Od fabryki uruchomionej pod koniec XIX wieku, przez kolejne kampanie, wojny, modernizacje i tysiące ludzi związanych z produkcją, aż po wygaszenie zakładu w 2004 roku.

I wreszcie jego kolejne życie.

Nie każda dawna fabryka ma tyle szczęścia.

Wiele przemysłowych obiektów, które odwiedzam z aparatem, powoli znika. Dachy się zapadają, maszyny wyjeżdżają na złom, a po kilku latach trudno już nawet odtworzyć, jak wyglądało dane miejsce.

W Żninie stało się inaczej.

Cukru już tutaj nie produkują.

Ale stara cukrownia nadal jest obecna.

W murach.

W maszynach.

W krajobrazie.

I przede wszystkim w historiach ludzi, którzy pamiętają jeszcze czasy, kiedy ta ogromna fabryka naprawdę była pod parą.

Jeżeli ten materiał i moje filmowe opowieści pomogły Ci odkryć nowe miejsce na mapie Polski, możesz postawić mi symboliczną kawę lub ciastko na Buycoffee.to, co pomaga mi w realizacji kolejnych podróżniczych projektów.

Magia światła i koloru w toruńskiej pracowni witraży INTEK-ART

Są takie miejsca na mapie Torunia, w których czas zdaje się zwalniać, a historia miesza się z niezwykłą pasją ludzkich rąk. Kiedy przekracza się próg Pracowni Witraży INTEK-ART przy ulicy Szewskiej, można odnieść wrażenie, że wchodzi się do zupełnie innego świata - takiego, w którym głównymi reżyserami są światło, ołów i tysiące odcieni barwnego szkła. Historia pracowni sięga 1992 roku, a jej działalność od początku nawiązuje do wielowiekowych tradycji toruńskiego witrażownictwa.

Szklany anioł z przezroczystą twarzą i złotymi skrzydłami wykonany techniką witrażową w INTEK-ART.

Spacerując po historycznych ulicach Torunia, zawsze szukam miejsc z prawdziwą duszą. Takich, które nie są tylko kolejnym punktem na turystycznej mapie, lecz kryją historie ludzi, dawnych technik i pasji przekazywanej kolejnym pokoleniom. INTEK-ART zdecydowanie należy do tej kategorii.

Założycielem pracowni jest Sławomir Intek, związany wcześniej między innymi z toruńskimi Pracowniami Konserwacji Zabytków. To właśnie doświadczenie konserwatorskie, fascynacja dawnym rzemiosłem i zamiłowanie do kolorowego szkła stały się fundamentem miejsca, które od ponad trzydziestu lat wpisuje się w artystyczny krajobraz Torunia.

W historii pracowni pojawia się również pan Edmund - określany jako jej nestor i dobry duch - a tradycję poznają także kolejne pokolenia rodziny. Współczesne realizacje powstawały między innymi przy udziale syna Sławomira, Radosława, oraz wnuczki Niny. Dzięki temu słowo „tradycja” nie jest tutaj jedynie efektownym hasłem. Nabiera bardzo konkretnego, rodzinnego znaczenia.

Od średniowiecznych mistrzów do współczesnej pracowni

Historia witrażu w Toruniu sięga znacznie dalej niż XX wiek. Już w XIV stuleciu miasto należało do ważnych ośrodków produkcji witrażowej na ziemiach dzisiejszej Polski. Tutejsze warsztaty wykonywały prace nie tylko na potrzeby miejscowych świątyń - toruńskie witraże trafiały również daleko poza granice miasta, między innymi do Kurlandii.

Witrażysta podczas pracy nad detalami projektu w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Do naszych czasów zachowały się średniowieczne kwatery pochodzące między innymi z toruńskich kościołów. Przypominają one, że sztuka składania obrazów z kolorowego szkła i ołowiu przez stulecia była jednym z elementów artystycznej tożsamości miasta.

INTEK-ART w pewnym sensie dopisuje do tej historii kolejny rozdział. Dawne techniki spotykają się tu ze współczesnymi projektami, konserwacją zabytków, sztuką użytkową i pomysłami, których średniowieczni mistrzowie zapewne nawet by sobie nie wyobrażali.

Witraże, które być może mijaliście setki razy

Być może przechodziliście obok prac INTEK-ART wielokrotnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W dorobku pracowni znajdują się zarówno zupełnie nowe realizacje, jak i prace konserwatorskie wykonywane przy ważnych toruńskich zabytkach.

Jednym z większych przedsięwzięć była konserwacja około 1200 kwater witrażowych Ratusza Staromiejskiego w Toruniu. Pracownia zajmowała się również witrażami Sądu Rejonowego, świetlikiem Dworu Artusa oraz realizacjami związanymi ze znakami cechowymi i kupieckimi pojawiającymi się na toruńskiej Starówce.

Witrażysta podczas precyzyjnej pracy nad kolorowym projektem w warsztacie INTEK-ART w Toruniu.Dekoracyjne witraże i niewielkie obrazy ze szkła prezentowane w toruńskiej pracowni INTEK-ART.

Poza Toruniem powstawały także monumentalne realizacje sakralne. Do najbardziej charakterystycznych należą cykl „Tajemnice Różańca” w Lubiczu Górnym, witraże inspirowane malarstwem El Greca w kościele na toruńskim Podgórzu czy tryptyk „Miłosierdzia Bożego” w Przyłękach.

Skala takich realizacji pokazuje, że witrażysta nie jest wyłącznie rzemieślnikiem składającym kolorowe elementy szkła. Musi być jednocześnie projektantem, malarzem, konstruktorem, konserwatorem i człowiekiem doskonale rozumiejącym architekturę przestrzeni, w której jego dzieło ma się znaleźć.

Rzemiosło wymagające cierpliwości

Praca nad witrażem nie przypomina produkcji na fabrycznej taśmie. Wszystko zaczyna się od projektu. Następnie trzeba dobrać odpowiednie rodzaje szkła, ich kolor, fakturę i stopień przepuszczania światła. Poszczególne fragmenty są precyzyjnie wycinane, obrabiane i dopasowywane do pozostałych elementów kompozycji.

W klasycznej technice kawałki szkła łączy się za pomocą ołowianych profili. Całość jest następnie lutowana i uszczelniana. Jeżeli projekt wymaga malowania detali, specjalne farby zostają utrwalone podczas wypalania szkła w piecu w temperaturze sięgającej kilkuset stopni Celsjusza. Czasami proces malowania i wypalania trzeba powtarzać kilkukrotnie.

Historyczne narzędzia i noże do cięcia szkła prezentowane w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

I właśnie podczas jednego z ostatnich etapów pracy pojawia się określenie, z którego Sławomir Intek potrafi żartować. Witraż trzeba bowiem dokładnie uszczelnić, wciskając odpowiednią masę pomiędzy szkło i ołów. Można więc powiedzieć, że witrażysta zawodowo wciska kit.

W tym przypadku nie ma jednak mowy o żadnym oszustwie. Wręcz przeciwnie - liczy się precyzja liczona w milimetrach, cierpliwość i doświadczenie zdobywane przez lata.

Muzeum Witraży NISZA - zejście do świata dawnych rzemieślników

Jednym z najbardziej niezwykłych elementów tego miejsca są piwnice kamienicy przy ulicy Szewskiej. To właśnie tutaj powstało interaktywne Muzeum Witraży NISZA.

Można poznać w nim historię witrażownictwa, zobaczyć dawne narzędzia, historyczne sposoby obróbki szkła oraz przekonać się, jak bardzo zmieniał się warsztat witrażysty na przestrzeni kolejnych stuleci. Wśród prezentowanych przedmiotów znajdują się między innymi dawne diamenty służące do cięcia szkła, stare narzędzia, historyczne witraże i przykłady szkła wykonywanego według dawnych technologii.

Witrażowe anioły wykonane z kolorowego szkła w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Gotyckie piwnice dodają całej opowieści jeszcze więcej klimatu. Kamień, cegła, stare narzędzia i kolorowe szkło tworzą przestrzeń, w której łatwo zapomnieć, że kilka metrów wyżej tętni życiem jedna z najbardziej uczęszczanych ulic toruńskiej Starówki.

Od witrażowych okien do szklanych samolotów

Jeśli wydaje Wam się, że witraż musi oznaczać przede wszystkim kościelne okno, INTEK-ART szybko wyprowadzi Was z błędu.

Prawdziwa niespodzianka czeka wśród przestrzennych realizacji pracowni. Pasja Sławomira Intka do lotnictwa połączyła się tutaj z witrażownictwem, czego efektem są niezwykłe konstrukcje 3D wykonywane ze szkła i metalu.

Powstały między innymi modele historycznych samolotów RWD-2, RWD-6 Żwirki i Wigury czy PZL P.11c, a także sterowiec „Lech” i modele balonów nawiązujących do historii zawodów o Puchar Gordona Bennetta.

I chyba właśnie te obiekty najlepiej pokazują, czym może być współczesne witrażownictwo. Technika, której korzenie sięgają średniowiecza, nie musi ograniczać się do odtwarzania dawnych wzorów. W odpowiednich rękach może stać się punktem wyjścia do zupełnie nowych form.

Światło jest tutaj ostatnim artystą

Wizyta w takich miejscach przypomina mi, dlaczego tak bardzo lubię dokumentować lokalne historie. Za każdą pracownią, zabytkiem czy niepozornymi drzwiami prowadzącymi do starej piwnicy może kryć się opowieść, której nie znajdziemy w typowym przewodniku.

W INTEK-ART szczególną rolę odgrywa światło. Można zaprojektować kompozycję, wybrać szkło, perfekcyjnie je przyciąć, pomalować, wypalić i połączyć ołowiem. Jednak dopiero wtedy, gdy przez kolorowe tafle przejdą pierwsze promienie słońca, witraż naprawdę zaczyna żyć.

Witrażowa dekoracja z motywem znaku zodiaku Bliźnięta prezentowana w pracowni INTEK-ART w Toruniu.

Kolory pojawiają się na ścianach, podłodze i twarzach stojących obok ludzi. Obraz zmienia się wraz z porą dnia, pogodą i kątem padania światła. Ten sam witraż rano może wyglądać zupełnie inaczej niż późnym popołudniem.

I chyba właśnie dlatego sztuka witrażu przetrwała setki lat. Możemy zmieniać technologię, narzędzia i architekturę, ale zachwyt nad światłem przechodzącym przez kolorowe szkło pozostaje dokładnie taki sam.

Jeżeli podczas spaceru po toruńskiej Starówce będziecie szukać miejsc związanych nie tylko z historią miasta, lecz także z nadal pielęgnowanym tradycyjnym rzemiosłem, warto zainteresować się historią pracowni przy ulicy Szewskiej.

Przed planowaną wizytą warto sprawdzić bezpośrednio w pracowni aktualną dostępność Muzeum Witraży NISZA, możliwość zwiedzania oraz godziny prezentacji i warsztatów.

Tworzysz własną historię? Mogę pomóc opowiedzieć ją obrazem

Jeżeli prowadzisz firmę, miejsce z niezwykłą historią, hotel, atrakcję turystyczną albo reprezentujesz miasto czy region i szukasz filmowej opowieści zamiast zwykłego materiału reklamowego, sprawdź również moje pozostałe projekty i możliwości współpracy:

Jeżeli podoba Ci się to, co robię, możesz również postawić mi symboliczną kawę na Buycoffee albo wesprzeć kolejne fotograficzne i filmowe wyprawy poprzez Zrzutkę. Dzięki temu mogę dalej odkrywać i dokumentować miejsca, obok których czasem przechodzimy, nie znając ich niezwykłych historii.

16 wrz 2026

Jak brzmią Kozienice? Dźwiękowa mapa miasta i archiwalne wspomnienie z 2012 roku

Gdy ruszamy w podróż - obojętnie, czy to wyprawa na drugi koniec kontynentu, czy weekendowy wypad w ciekawy zakątek Polski - odruchowo sięgamy po aparat fotograficzny lub smartfon. Rejestrujemy kadry, polujemy na złote światło, nagrywamy wideo w najwyższej rozdzielczości. Wzrok niemal całkowicie dominuje nasze wspomnienia z drogi.

Dźwiękowa mapa Kozienic - rejestracja dźwięków miasta Okiem Obiektywu

Ale czy zastanawialiście się kiedyś, czym pachnie i jak właściwie brzmi odwiedzane przez Was miejsce?

Każde miasto, każda boczna uliczka i każdy leśny skraj ma swoją własną, niepowtarzalną melodię. Czasem to szum drzew, nurt rzeki, stukot kół na bruku, gwar rozmów dobiegający z kawiarnianego ogródka albo pojedynczy dźwięk dzwonka rowerowego w cichej bramie. Ostatnio wpadło mi w ręce niezwykłe nagranie z lipca 2012 roku. To sentymentalny powrót do czasów, gdy jako animator kultury i przedstawiciel Stowarzyszenia na rzecz Aktywności Społeczno-Artystycznej współtworzyłem w Kozienicach coś na ówczesne czasy absolutnie pionierskiego - projekt „Kozienice Open Sound”.

Zobaczcie to archiwalne wideo z tamtych dni:

(Jeśli cenicie takie reporterskie powroty do korzeni i opowieści zza kulis, zostawcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał Okiem Obiektywu na YouTube - każda minuta Waszego oglądania realnie pomaga mi realizować kolejne filmowe reportaże!)

Nowy Orlean, Hamburg i Kozienice!

Idea sound maps, czyli interaktywnych map dźwiękowych, narodziła się w Stanach Zjednoczonych. Jednym z najbardziej fascynujących projektów tego typu była mapa dźwiękowa Nowego Orleanu. Wystarczyło kliknąć w konkretny punkt na planie miasta, by usłyszeć żywy uliczny jazz, gwar kawiarni czy odgłosy rzeki Missisipi. Taki surowy dźwięk potrafi pobudzić wyobraźnię o wiele mocniej niż najbardziej dopieszczony folder turystyczny czy plakat promocyjny.

Niedługo później trend dotarł do Europy, a swoją mapę dźwięków zyskał m.in. Hamburg. A w Polsce? W 2012 roku postanowiliśmy przenieść tę ideę prosto na Mazowsze. Co ciekawe, Kozienice stały się wówczas zaledwie drugim miastem w całej Polsce, które podjęło się stworzenia własnej, społecznej mapy dźwiękowej. Żadna z wielkich polskich metropolii nie realizowała wtedy takiego przedsięwzięcia!

Rekordery w dłoń i ruszamy w miasto

W dniach 19-22 lipca 2012 roku zorganizowaliśmy w Kozienicach otwarte warsztaty w ramach projektu współfinansowanego przez Gminę Kozienice. Wspólnie z mieszkańcami, wolontariuszami oraz portalem Wirtualne Kozienice ruszyliśmy w teren. Rozdaliśmy uczestnikom dyktafony, rekordery dźwięku, tablety i ówczesne smartfony. Zasada była jedna: schować aparaty i skupić się wyłącznie na słuchu.

Uczestnicy rejestrowali dźwięki swojego najbliższego otoczenia. Następnie nagrania - za pomocą specjalnej aplikacji na system Android, modułu GPS i tagowania - trafiały do systemu, który nanosił je automatycznie na interaktywną mapę Kozienic opartą na Google Maps. System zapamiętywał dźwięk przypisany dokładnie do dnia, godziny i współrzędnych geograficznych. Każdy internauta mógł kliknąć w swoje osiedle, ulubiony skwer czy park i posłuchać, jak brzmi miasto. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak pisałem o tym na gorąco tuż po warsztatach, zajrzyjcie do archiwalnego wpisu Kozienice Open Sound z 2012 roku.

To doświadczenie uświadomiło mi na zawsze, jak potężnym nośnikiem emocji jest dźwięk w podróży. Kiedy dziś zaglądacie na moją stałą Mapę Podróży Okiem Obiektywu, wiecie, że w każdym zakątku szukam głębi - nie tylko pięknego kadru, ale i atmosfery miejsca.

Siła małych ojczyzn

Zawsze powtarzałem, że animacja kultury w mniejszych ośrodkach ma w sobie wyjątkową siłę i wdzięczność. W metropoliach łatwo zniknąć w natłoku setek wydarzeń. W miejscach takich jak Kozienice tworzy się projekty autentyczne, które jednoczą mieszkańców wokół ich małej ojczyzny. Projekt „Kozienice Open Sound” był też świetnym przykładem owocnej współpracy organizacji pozarządowej z lokalnym samorządem, który dostrzegł wartość w nieszablonowej promocji.

Dziś, po latach realizacji filmów i fotoreportaży Okiem Obiektywu, widzę wyraźnie, że to właśnie praca z dźwiękiem w Kozienicach ukształtowała moją reporterską wrażliwość na planie filmowym.

Twórzmy razem nieszablonowe projekty!

Zarówno w fotografii, jak i w filmie oraz promocji turystycznej stawiam na autentyczność, emocje i unikalny klimat odwiedzanych miejsc. Jeśli szukasz partnera do nieszablonowej współpracy:

Podobał Ci się ten powrót do 2012 roku? Możesz postawić mi wirtualną kawkę na BuyCoffee albo wesprzeć realizację kolejnych reporterskich projektów na Zrzutce - każde wsparcie to dodatkowe paliwo do ruszania w drogę z aparatem i mikrofonem!

Göttinger Altstadtlauf 2015. Mój bieg w partnerskiej Getyndze po 11 latach

Czasami wystarczy otworzyć szafę i trafić na starą, lekko spraną koszulkę techniczną, by w ułamku sekundy uruchomić lawinę wspomnień. Spojrzałem na nadruk: „27. Göttinger Altstadtlauf um den Novelis-Cup. Mittwoch, 22. Juli 2015”.

Zbliżenie na zielony drogowskaz w Getyndze z białym napisem 725 km Toruń oraz żółtą tabliczką Lutherstadt Wittenberg

Jedno spojrzenie i momentalnie wróciła Getynga. Lipcowe ciepło, gwar tysięcy ludzi w sercu miasta, charakterystyczne zaułki starówki i ta przedstartowa adrenalina, której nie sposób pomylić z niczym innym.

Minęło jedenaście lat.

Lipiec 2015 roku był dla mnie czasem, w którym podróżowanie zaczynało wchodzić na zupełnie inne tory. Oczywiście nie był to mój pierwszy wyjazd w życiu. Wcześniej jeździłem z rodzicami - w pamięci wciąż mam wyprawy kultową Nysą przerobioną na namiastkę kampera. Były harcerskie szlaki, obozy, kolonie i dziesiątki przebytych tras.

Ale Getyngę zapamiętałem zupełnie inaczej. Plecak, paczka toruńskich biegaczy, kilka intensywnych dni w drodze, obce miasto i konkretny cel. Nie chodziło wyłącznie o to, by przyjechać, pospacerować i wrócić. Mieliśmy wystartować w wielkim miejskim święcie biegania, a przy okazji poznać miasto od lat mocno związane z Toruniem.

Dziś, patrząc na tamte dni z perspektywy czasu, widzę coś jeszcze: moment przełomowy, w którym podróżowanie zaczęło dla mnie oznaczać samodzielne odkrywanie przestrzeni, schodzenie z utartych ścieżek i uważne zapisywanie świata na zdjęciach.

725 kilometrów do domu

Getynga (Göttingen) to klimatyczne, tętniące życiem miasto uniwersyteckie w południowej części Dolnej Saksonii i od wielu dekad miasto partnerskie Torunia. Porozumienie o współpracy podpisano dokładnie 28 grudnia 1978 roku. Oficjalne przewodniki Torunia podają też bardzo precyzyjny szczegół: oba miasta dzieli równo 725 kilometrów.

Trzech biegaczy z Torunia pozuje na trawniku w Getyndze przy zielonym drogowskazie wskazującym 725 km do Torunia, w tle biurowiec Nowego Ratusza

Dla mnie ten dystans przestał być suchą statystyką w momencie, gdy stanąłem przed jednym z getyńskich drogowskazów. Mam to zdjęcie do dziś: zielona strzałka i zwięzły napis „725 km Torun”, a tuż obok drogowskaz na oddalone o 267 kilometrów Lutherstadt Wittenberg. Zwykły element miejskiej architektury, ale dla kogoś z Torunia - widok, obok którego nie da się przejść obojętnie. I właśnie od tego kadru najlepiej zacząć tę opowieść.

Do Getyngi dotarliśmy 21 lipca 2015 roku. Wieczorem ruszyłem w miasto bez pośpiechu i bez aplikacji dyktujących co krok kolejny punkt z listy „musisz zobaczyć”. Szedłem przed siebie, chłonąc tkankę miejską: zabytkowe kamienice szachulcowe, wąskie brukowane zaułki, oświetlone witryny i ogródki kawiarniane pełne studentów.

Dotarłem na Marktplatz pod Starym Ratuszem, gdzie stoi Gänseliesel - słynna Gęsiareczka. Ta filigranowa rzeźba dziewczyny z gęśmi zdobi rynkową fontannę od 1901 roku. Wiąże się z nią wspaniała tradycja: każdy świeżo upieczony doktor Uniwersytetu Georga Augusta przychodzi na rynek, wspina się na fontannę z bukietem kwiatów i całuje figurę. Dzięki temu zyskała miano „najczęściej całowanej dziewczyny świata”.

Zbliżenie na figurę Gęsiareczki Gänseliesel trzymającej gęś pod kunsztowną kutą czaszą fontanny na rynku w GetyndzeRzeźba z brązu przedstawiająca postacie na kamiennym cokole stojąca przy deptaku na tle zabytkowych kamienic w Getyndze

Fotografowałem wtedy wszystko: fasady, zaułki, miejskie detale, a nawet szklankę piwa wypitą w trakcie spaceru. Pod względem techniki te kadry zatrzymały się w epoce smartfonów sprzed dekady. Widać w nich ziarno, cyfrowy szum w cieniach, a dynamika tonalna nie przypomina dzisiejszych matryc. Nie było fotografii obliczeniowej ani wieloklatkowego trybu nocnego. Ale te zdjęcia mają w sobie prawdę. Dlatego nie zamierzam ich wygładzać algorytmami - to czysty, autentyczny zapis chwili.

Szklane drzwi wejściowe z dużym białym napisem Neues Rathaus do budynku Nowego Ratusza w Getyndze

Dzień startu: od spokoju do sportowego święta

22 lipca od rana poznawaliśmy miasto dalej. Jednym z kluczowych punktów był Nowy Ratusz (Neues Rathaus) - 17-piętrowy gmach, którego 16. kondygnacja służy jako doskonały punkt widokowy. Zrobiłem stamtąd serię zdjęć przez szybę: morze czerwonych dachów starówki, wieże kościołów św. Jana i św. Jakuba, zieleń i łagodne wzniesienia zamykające horyzont. Z góry świetnie widać zwartą konstrukcję getyńskiego centrum.

Kilka godzin później te same ulice miały zamienić się w sportową arenę.

Biegacze oczekujący na sygnał startu pod wielką bramą Novelis START podczas zawodów Göttinger Altstadtlauf w centrum miasta

Około godziny 16 centrum gwałtownie przyspieszyło. Służby techniczne rozstawiały metalowe płotki i nagłośnienie, strefy zawodników zapełniały się ludźmi, a nad brukiem zawisła ogromna brama z napisem Novelis START. Bieg Göttinger Altstadtlauf odbywał się wtedy po raz 27. To nie była kameralna rywalizacja, lecz wielki festiwal biegowy z osobnymi startami dla dzieci, młodzieży, sztafet firmowych i zawodowców.

Na jednym ze zdjęć zachował się punkt zbiórki oznaczony tabliczką: MITTELSTRECKE. To był mój dystans. Odebrałem pakiet z numerem 2653, który przypiąłem agrafkami do białej koszulki.

Numer startowy 2653 z zielonym logo Novelis i napisem Göttinger Altstadtlauf przypięty agrafkami do białej koszulki biegowej

Numer 2653 na dystansie Mittelstrecke

Szukając po latach śladów biegu w sieci, trafiłem na archiwalne tabele. W oficjalnym zestawieniu moje dane zapisano z międzynarodowym sznytem:

  • Zawodnik: Gregory Chudzik
  • Numer startowy: 2653
  • Rocznik: 1982
  • Bieg: Mittelstrecke (5260 m)
  • Czas na mecie: 26 minut i 33 sekundy

Nie pojechałem do Niemiec bić rekordów życiowych ani stawać na podium. Prawdziwą nagrodą było wejście na zamknięte dla aut ulice obcego miasta i bieg w zwartym tłumie przez historyczne zaułki, pośród oklasków tysięcy gardeł stojących dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kiedy mijasz podbiegi, skręcasz w oświetlone latarniami uliczki i słyszysz rytmiczne echo setek podeszew na bruku, wynik schodzi na dalszy plan.

Kadry z tamtego wieczoru idealnie oddają te emocje: zmęczenie za metą, zawodników opierających się o barierki, skłony po maksymalnym wysiłku, uśmiechy i mokre od potu koszulki. Szczególnie cenię lekko rozmyte ujęcie naszej toruńskiej grupy, zrobione telefonem tuż po starcie o zmierzchu. Technicznie niedoskonałe, ale bezbłędnie chwytające ducha tamtej chwili.

Pierwsza strona lokalnego dziennika Göttinger Tageblatt z dużym zdjęciem startu i nagłówkiem Rekord: 4450 Sportler beim Altstadtlauf

4450 biegaczy i 10 tysięcy kibiców

Skalę wydarzenia uświadomiłem sobie w pełni dopiero 23 lipca rano, gdy przy śniadaniu sięgnąłem po świeże wydanie dziennika „Göttinger Tageblatt”.

Na okładce widniało ujęcie z biegu najmłodszych i wielki nagłówek:
„Rekord: 4450 Sportler beim Altstadtlauf”.

Organizatorzy z LG Göttingen zanotowali rekord frekwencji: 4450 zawodników na trasie oraz blisko 10 tysięcy mieszkańców kibicujących wzdłuż barierek. Sam bieg Youngster-Lauf przyciągnął 270 dzieci.

W środku całą rozkładówkę poświęcono relacjom sportowym pod tytułem „Florian Reicherts siebter Streich” - opisującym siódmy triumf Floriana Reicherta w biegu głównym na 10 450 metrów. Odnotowano też zmagania firmowe (GT-Firmencup z 1378 uczestnikami) oraz bieg Mittelstrecke na 5260 metrów, wygrany przez Paula Cirkela z czasem 16:50.

Sfotografowałem wtedy niemal całą stronę gazety. Wtedy z dumy, że byłem częścią czegoś tak dużego. Dziś te fotografie prasowe to cenny dokument, który łączy moje prywatne ujęcia w pełny fotoreportaż.

Getynga i Toruń: relacja na żywym organizmie

Współpraca miast partnerskich to nie tylko dyplomatyczne spotkania władz czy prestiżowa Nagroda Miast Partnerskich Torunia i Getyngi im. Samuela Bogumiła Lindego. Prawdziwą treść nadają jej ludzie: wymiany młodzieży, wydarzenia kulturalne i inicjatywy sportowe.

Wystarczy grupa zapaleńców, która wsiada w busa, jedzie ponad siedemset kilometrów i biegnie ramię w ramię z mieszkańcami zaprzyjaźnionego miasta. Zdjęcie zielonego drogowskazu „725 km Torun” nie jest więc zwykłym kadrem ze spaceru - stało się klamrą spinającą dwa końce tej samej historii.

Podróżowanie po swojemu

W moim cyfrowym archiwum z 2015 roku sam start zajmuje tylko część miejsca. Zdecydowana większość ujęć to czysty reportaż z drogi:

  • detale rzeźb i mur pruski zabytkowych domów,
  • symboliczna fontanna Gęsiareczki,
  • panorama starówki z 16. piętra ratusza,
  • kawiarniane witryny, szyldy i rozmowy przy wspólnym stole.

To dokładnie taki model podróżowania, jaki realizuję do dzisiaj. Nie gonię wyłącznie za odhaczaniem atrakcji z przewodnika. Fascynuje mnie to, co dzieje się pomiędzy nimi: zwyczajny zaułek, bar za rogiem, spojrzenie przechodnia czy detal, na który miejscowi przestali już zwracać uwagę. W Getyndze krystalizował się mój sposób patrzenia na świat - potrzeba dokumentowania drogi, a nie tylko jej celu.

Co zostaje po jedenastu latach?

Gdybym ruszał do Getyngi dzisiaj, zabrałbym pełnoklatkowe aparaty, jasne obiektywy, drona, rejestratory audio i zestaw mikrofonów. Przywiózłbym ujęcia 4K, materiały na dynamiczne pionowe rolki i dziesiątki gigabajtów plików RAW.

W 2015 roku miałem przy sobie zwykły telefon. Zostało kilkadziesiąt kadrów, techniczna koszulka, numer startowy i sfotografowana poranna gazeta. To w zupełności wystarczyło, by po jedenastu latach bezbłędnie odtworzyć tamte trzy lipcowe dni:

  • 21 lipca - przyjazd, wieczorny spacer po starówce i spotkanie przy Gänseliesel,
  • 22 lipca - panorama z Nowego Ratusza i wieczorny start z numerem 2653,
  • 23 lipca - poranna kawa z rekordowym wydaniem gazety i powrót na trasę,
  • A w pamięci zielony znak wskazujący 725 kilometrów do domu.

Nie każde zdjęcie musi trafiać na wystawy i być technicznie nieskazitelne. Czasem jego największą siłą jest to, że potrafi przechować emocje i po latach ożywić wspomnienia. Najciekawsze powroty do przeszłości nie wymagają dalekich biletów lotniczych - zaczynają się od wyciągnięcia z dna szafy starej koszulki biegowej.

Zobacz świat Okiem Obiektywu

Planujesz własną wyprawę, szukasz sprawdzonych patentów logistycznych albo chcesz ułożyć trasę skrojoną pod Twoje tempo? Sprawdź moje konsultacje podróżnicze.

Reprezentujesz miasto, region lub instytucję i zależy Ci na autentycznym reportażu oraz skutecznej promocji walorów turystycznych? Zobacz ofertę na współpracę z miastami i regionami oraz dedykowaną promocję wydarzeń.

A jeśli przywozisz z podróży godziny nagrań, ale brakuje Ci czasu na postprodukcję - chętnie złożę z Twoich materiałów dynamiczną opowieść wideo. Szczegóły znajdziesz w zakładce montaż filmów.

Podobał Ci się ten powrót do historii sprzed lat? Możesz postawić mi wirtualną kawę na buycoffee.to/okiemobiektywu - to bezpośrednie wsparcie realizacji kolejnych fotograficzno-podróżniczych projektów!