Okiem Obiektywu
KORONA POLSKI

Najwyższe szczyty województw

16 miejsc na mapie Polski

Wyruszyłem by zdobyć najwyższe punkty każdego województwa i odkryć ich niezwykłe historie.

Zobacz
SUWALSZCZYZNA

Odkryj Suwalskie

Kraina jezior i wzgórz

Od najgłębszego jeziora Hańcza po widoki z Cisowej Góry!

Zobacz
KATALONIA

Odkryj ze mną Katalonię

Śladami Dalego i Gry o Tron

Od świata Salvadora Dalego po filmowe zaułki Girony. Odkryj ze mną ten niezwykły region!

Zobacz
ALBANIA

Kraina Orłów i Bunkrów

Przygoda tuż za rogiem

Wjedź kolejką na górę Dajti, odkryj historię zamku w Krui i poczuj tętniące życie Tirany.

Zobacz
KORFU

Niesamowita Wyspa

Nie tylko plaże i mity

Podążaj śladami Jamesa Bonda, odkryj polski akcent i znajdź najlepsze miejsca do podziwiania samolotów!

Zobacz

Zobacz Mapę Okiem Obiektywu

Mapa podróży Okiem Obiektywu

Ostatnio na Blogu

21 wrz 2026

Rezerwat Reptowo - Las czapli, do którego nie prowadzi turystyczna ścieżka

Są takie miejsca, do których przyjeżdżamy przekonani, że za chwilę ruszymy leśną ścieżką, odnajdziemy tablicę, może niewielką polanę, punkt widokowy albo chociaż wydeptaną drogę prowadzącą przez najciekawszą część rezerwatu. W Reptowie jest inaczej.

Tablica z napisem Rezerwat Przyrody Reptowo na tle gęstego lasu

Kiedy znalazłem się przy granicy rezerwatu, pierwsza myśl była prosta i uderzająca: ale tu wszystko zarosło. Próżno szukać wygodnej ścieżki prowadzącej między starymi drzewami. Las wydaje się zamknięty, gęsty, dziki i całkowicie pozostawiony sam sobie.

I właśnie w tym momencie najłatwiej popełnić błąd.

Bo Reptowo wcale nie jest rezerwatem, w którym zapomniano o turystach. Rezerwat nie został udostępniony dla ruchu turystycznego. Cały jego obszar podlega ochronie ścisłej, a w obowiązującym planie ochrony nie wskazano terenów przeznaczonych dla turystyki, rekreacji ani sportu. Naturalne procesy zachodzące w tym niewielkim fragmencie lasu mają przebiegać bez naszej ingerencji.

Dlatego tym razem, zamiast klasycznej relacji ze spaceru przez leśne ostępy, zabieram Was w historię miejsca oglądanego z zewnątrz. I jak się szybko okazało - historię znacznie ciekawszą, głębszą i bardziej zaskakującą, niż początkowo przypuszczałem.

Gdzie znajduje się Rezerwat Reptowo?

Rezerwat przyrody Reptowo leży w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie bydgoskim, na terenie gminy Dąbrowa Chełmińska. Znajdziecie go w lesie pomiędzy Nowym Dworem a Dąbrową Chełmińską, tuż przy drodze wojewódzkiej nr 551 biegnącej ze Strzyżawy w kierunku Wąbrzeźna, niedaleko Bydgoszczy.

Pod względem fizycznogeograficznym rezerwat znajduje się na Pojezierzu Chełmińskim i leży na obszarze Zespołu Parków Krajobrazowych nad Dolną Wisłą.

Obszarowo rezerwat jest wręcz mikroskopijny - obejmuje zaledwie 4,14 hektara lasu. W momencie jego utworzenia w 1962 roku powierzchnię określono na 3,62 ha.

Formalny akt powołujący rezerwat pochodzi z 28 lipca 1962 roku, natomiast jako datę uznania podaje się 7 września 1962 roku.

Historia ochrony tego miejsca jest jednak znacznie starsza niż sam państwowy rezerwat. Już w latach 20. XX wieku zwracano uwagę na wyjątkową kolonię czapli zamieszkującą stare sosny w Reptowie. W opracowaniach z okresu międzywojennego miejsce to określano nawet mianem rezerwatu, choć jego formalna ochrona prawna w obecnym rozumieniu rozpoczęła się dopiero w 1962 roku.

Reptowo jest rezerwatem faunistycznym, a gatunkiem, dla którego go powołano, była czapla siwa (Ardea cinerea).

Wszystko zaczęło się od czapli

Dzisiaj czaplę siwą spotykamy stosunkowo często na obrzeżach jezior, rzek, stawów czy na podmokłych łąkach. W locie łatwo odróżnić ją od żurawia: czapla wciąga szyję, tworząc charakterystyczne wygięcie przypominające literę „S”, podczas gdy żuraw leci z szyją wyprostowaną.

W Reptowie ptaki te znalazły przed laty coś szczególnie cennego - stare, wysokie sosny, na których mogły zakładać swoje rozbudowane gniazda wysoko nad ziemią.

Tak powstał tutejszy czapliniec, czyli kolonia lęgowa czapli.

Skala tego zjawiska była kiedyś naprawdę imponująca. W źródłach z okresu międzywojennego zachowała się informacja, że w 1934 roku kolonia mogła liczyć nawet około 250 par czapli.

Kilkadziesiąt lat później liczby były już wyraźnie mniejsze. W 1991 roku na zaledwie 17 starych sosnach naliczono 54 gniazda.

Naturalnie zarastający fragment lasu z młodymi drzewami i martwym drewnem w Reptowie

Wyobraźcie sobie ten spektakl wczesną wiosną. Czaple to ptaki kolonijne i bardzo hałaśliwe. Podczas budowy gniazd potrafią podkradać sobie gałązki, przepędzać sąsiadów i wydawać charakterystyczne, chrapliwe odgłosy. Jeszcze większy gwar panuje wtedy, gdy w gniazdach pojawiają się młode.

Po wyprowadzeniu lęgów ptaki korzystały z pobliskich żerowisk w dolinie Wisły. Brodząc po starorzeczach, płytkich zbiornikach wodnych i wilgotnych łąkach, polowały przede wszystkim na ryby, płazy i drobne ssaki.

Jednak na przestrzeni kolejnych lat liczebność kolonii gwałtownie spadała. W 2005 roku stwierdzono w Reptowie zaledwie cztery gniazda.

W późniejszym okresie liczebność nieco wzrosła. W 2008 roku odnotowano 8 par, w latach 2009–2013 po 9 zasiedlonych gniazd, natomiast w 2014 roku naliczono 10 gniazd.

W tamtym okresie podejmowano również działania mające sprzyjać zachowaniu kolonii. Obecnie jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Co stało się z czaplami w Reptowie?

Oficjalne dokumenty dotyczące rezerwatu nadal wskazują ochronę kolonii czapli siwej jako podstawowy cel jego istnienia.

Tymczasem w nowszej dokumentacji leśnej przygotowanej dla Nadleśnictwa Toruń pojawia się niezwykle istotna informacja:

Kolonia czapli siwej stanowiąca przedmiot ochrony w rezerwacie obecnie już nie istnieje.

I właśnie ten fakt sprawia, że Rezerwat Reptowo staje się dla mnie miejscem jeszcze ciekawszym niż klasyczna leśna ostoja.

Mamy bowiem do czynienia z formalnym rezerwatem powołanym w celu ochrony kolonii ptaków, które z czasem przestały tutaj gniazdować.

Przyroda nie jest muzealną gablotą, w której można zamknąć eksponat na klucz. Samo wyznaczenie granicy rezerwatu nie oznacza, że po kilkudziesięciu latach zobaczymy dokładnie taki sam las i dokładnie te same zwierzęta.

Reptowo jest świetnym przykładem tego, że nawet na terenach objętych ochroną przyroda pozostaje dynamicznym, nieustannie zmieniającym się systemem.

Stary sosnowy las odchodzi

Zanik kolonii następował równolegle z coraz gorszym stanem starego drzewostanu sosnowego.

Czaple przez dziesięciolecia zakładały swoje gniazda na starych sosnach. Tymczasem część tutejszych drzew osiągnęła już kres naturalnego życia. W oficjalnych opisach rezerwatu zwracano także uwagę na zły stan zdrowotny sosen oraz obecność huby sosnowej (Porodaedalea pini), powodującej mursz rdzeniowy.

Jesienny las w okolicy Rezerwatu Reptowo oświetlony niskim słońcem

Nie oznacza to jednak, że możemy jednoznacznie wskazać jeden powód zaniku czaplińca. Zmieniający się drzewostan z pewnością oznaczał zmianę warunków, w których przez dziesięciolecia funkcjonowała kolonia.

Jednocześnie w Reptowie zachodzi proces naturalnej przebudowy lasu.

Stare sosny stopniowo ustępują miejsca gatunkom liściastym. W drzewostanie coraz większą rolę odgrywają między innymi jawory, jesiony, dęby, brzozy, graby, wiązy i buki. W warstwie podszytu występują bez czarny, trzmielina zwyczajna, jarzębina, suchodrzew czy berberys.

W północnej części rezerwatu odnotowano również niewielką grupę jarzębów mącznych.

Starsze opracowania opisywały przemiany tego lasu jako regenerację w kierunku grądu subkontynentalnego (Tilio-Carpinetum). Nowsze badania fitosocjologiczne wskazują jednak, że zbiorowisko leśne Reptowa można klasyfikować jako łęg wiązowo-jesionowy (Ficario-Ulmetum minoris).

To dobry przykład tego, że wraz z kolejnymi badaniami zmienia się nie tylko sam las, ale również nasza wiedza o nim.

Nie tylko czaple - niezwykle rzadki mieszkaniec Reptowa

Historia Reptowa nie kończy się jednak na czaplach.

Podczas badań prowadzonych na terenie rezerwatu w 2015 roku odkryto tutaj niezwykle rzadkiego owada - Bittacus hageni, należącego do rzędu wojsiłek.

Stanowisko w Reptowie było w momencie publikacji wyników badań uznawane za najbardziej na północ wysunięte znane stanowisko tego gatunku w Europie.

To ciekawy paradoks. Kolonia ptaków, dla której utworzono rezerwat, zanikła, ale ten sam niewielki fragment lasu nadal potrafi zaskakiwać badaczy obecnością innych niezwykle rzadkich organizmów.

Dlaczego w rezerwacie nie ma ścieżki?

I tutaj wracam do punktu wyjścia.

Stojąc przy granicy lasu i patrząc na gęstwinę, łatwo pomyśleć: nikt o ten rezerwat nie dba, wszystko zarosło.

Prawda jest zupełnie inna.

Brak turystycznej ścieżki nie jest oznaką zaniedbania. Jest konsekwencją przyjętej tutaj ochrony ścisłej.

Plan ochrony Reptowa mówi jednoznacznie, że cały teren rezerwatu objęty jest ochroną ścisłą. Nie wskazano obszarów udostępnionych dla celów turystycznych, rekreacyjnych ani sportowych.

Możliwość wejścia na teren rezerwatu w celach naukowych lub edukacyjnych rozpatrywana jest indywidualnie i wymaga odpowiedniej zgody.

Dla zwykłego turysty oznacza to jedno: pozostajemy poza granicami rezerwatu.

Drzewa mogą się starzeć i przewracać. Martwe drewno może pozostawać na miejscu i stawać się siedliskiem kolejnych organizmów. Gatunki liściaste stopniowo zajmują przestrzeń po starych sosnach.

W świecie, w którym niemal każdy ciekawy skrawek natury chcemy oznakować, przeciąć alejką i dostosować do wygodnego zwiedzania, istnienie miejsca pozostawionego naturalnym procesom jest czymś niezwykle interesującym.

Czy warto odwiedzić Rezerwat Reptowo?

Jeżeli szukacie rezerwatu na kilkukilometrową pieszą wędrówkę z plecakiem - Reptowo nie jest takim miejscem.

Przyjazd tutaj specjalnie z zamiarem „zwiedzania wnętrza” zakończy się rozczarowaniem, ponieważ rezerwat nie został udostępniony turystycznie.

Warto natomiast potraktować Reptowo jako jeden z przystanków podczas większej wyprawy przez okolice Doliny Dolnej Wisły. To prawdziwe zagłębie interesujących rezerwatów i krajobrazów.

W pobliżu przebiega znakowany na żółto Szlak Rezerwatów Chełmińskich, prowadzący z bydgoskiego Fordonu w stronę Chełmna. Na jego trasie lub w bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się między innymi:

Wzdłuż fragmentu drogi wojewódzkiej nr 551 przebiega również infrastruktura rowerowa, dzięki której okolice można włączyć w dłuższą wycieczkę rowerową.

Samo Reptowo najlepiej oglądać z legalnie dostępnych miejsc poza granicą rezerwatu - z drogi, ścieżki lub skraju lasu. Lornetka albo teleobiektyw zdecydowanie przydadzą się tutaj bardziej niż buty trekkingowe.

Rezerwat, który uczy pokory

Reptowo nie oszałamia spektakularnymi punktami widokowymi ani głębokimi jarami. Nie ma tu pomostów, ławek ani ścieżki prowadzącej pomiędzy największymi atrakcjami.

A jednak jest jednym z bardziej pouczających rezerwatów tej części regionu.

Kiedyś na starych sosnach gniazdowały tutaj dziesiątki, a jeszcze wcześniej prawdopodobnie setki par czapli. Dziś dawna kolonia już nie istnieje, a sosny stopniowo ustępują kolejnemu pokoleniu drzew.

Nie wszystko, co obejmujemy ochroną prawną, pozostaje niezmienne.

I być może właśnie dlatego Reptowo zapamiętam na długo.

Przyjechałem tutaj, zobaczyłem gęsty, pozornie zaniedbany las i przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego nikt nie wyznaczył w nim ścieżki.

Dopiero później zrozumiałem, że właśnie na tym polega sens tego miejsca.

Czasami najciekawszą i najmądrzejszą rzeczą, jaką możemy zrobić w rezerwacie przyrody, jest właśnie do niego nie wejść.

Stanąć na granicy, spojrzeć między drzewa i pozwolić przyrodzie pisać własny scenariusz.

Rezerwat Przyrody Reptowo - informacje praktyczne

  • Rodzaj: rezerwat faunistyczny.
  • Typ ochrony: ochrona ptaków.
  • Powierzchnia: 4,14 ha.
  • Forma ochrony: ochrona ścisła na całej powierzchni.
  • Rok utworzenia: 1962.
  • Akt ustanawiający: 28 lipca 1962 r.
  • Data uznania: 7 września 1962 r.
  • Lokalizacja: województwo kujawsko-pomorskie, powiat bydgoski, gmina Dąbrowa Chełmińska.
  • Położenie: las pomiędzy Nowym Dworem a Dąbrową Chełmińską, w pobliżu drogi wojewódzkiej nr 551.
  • Cel ochrony: kolonia czapli siwej (Ardea cinerea).
  • Nadzór: Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Bydgoszczy.
  • Zarządca gruntów: Nadleśnictwo Toruń.
  • Dostępność: rezerwat nie jest udostępniony dla ruchu turystycznego.

Wspieraj i twórz ze mną Okiem Obiektywu!

Podobają Ci się takie reporterskie śledztwa przyrodnicze i odkrywanie miejsc, które zmuszają do refleksji? Tworzenie tych materiałów to setki kilometrów w terenie, godziny spędzone w archiwach i analiza dokumentacji. Możesz realnie wesprzeć moje kolejne wyprawy z aparatem:

Do zobaczenia na szlaku!

18 wrz 2026

Cukrownia Żnin - industrialna perła Pałuk

Są miejsca, w których historia została zamknięta za muzealną szybą. Są też takie, po których zostało kilka starych fotografii, fundamenty ukryte w trawie i wspomnienia ludzi, którzy pamiętają jeszcze czasy ich świetności.

Industrialne wnętrze Cukrowni Żnin z ceglanymi ścianami i dużym napisem Cukrownia Żnin

Cukrownia Żnin poszła zupełnie inną drogą.

Tutaj nadal stoją potężne ceglane budynki, dawne maszyny, stalowe konstrukcje i fragmenty instalacji. Tyle że zamiast odgłosu pracujących urządzeń słychać rozmowy hotelowych gości, a pomieszczenia, w których przez dziesięciolecia trwała produkcja, otrzymały zupełnie nowe funkcje.

To jedno z tych miejsc, które szczególnie lubię odkrywać.

Bo za efektowną architekturą kryje się historia prawdziwej fabryki, setek pracowników i ponad stu lat produkcji cukru.

Kamperem na industrialną przygodę i Festiwal Przeźrocza

Podróżowanie kampervanem ma w sobie tę magię, że daje pełną niezależność. Kiedy po raz pierwszy dotarłem tu w 2022 roku, od razu wiedziałem, że baza noclegowa musi być blisko samej historii. I tak oto zaparkowałem tuż obok kompleksu, na doskonale przygotowanym camperparku.

Kampervan zaparkowany na camperparku obok zabudowań dawnej Cukrowni Żnin

To był zresztą wyjątkowy czas - w murach dawnej cukrowni odbywał się wówczas niezwykły festiwal filmowy Przeźrocza. Połączenie surowej, industrialnej przestrzeni z kinem i sztuką miało w sobie niesamowitą energię.

Flagi Przeźrocza Festiwal Filmowy przed zabytkowym budynkiem Cukrowni Żnin

Wieczorne siedzenie w kampervanie, z widokiem na monumentalne, oświetlone ceglane fasady dawnego zakładu, potrafi zahipnotyzować. Czujesz ten kontrast - nowoczesny, mobilny dom na kołach i potężna, historyczna tkanka przemysłowa, która otacza Cię z każdej strony. Rano wystarczyło zrobić parę kroków, aby znowu zanurzyć się w ten industrialny świat.

Cukrownia, która rosła razem ze Żninem

Historia tego miejsca zaczyna się w 1893 roku, kiedy żnińscy ziemianie podjęli decyzję o budowie fabryki cukru. Rok później, 15 października 1894 roku, rozpoczęła się pierwsza kampania cukrownicza.

Zakład funkcjonował wówczas pod nazwą Zuckerfabrik Znin. Z czasem rozrastał się, modernizował i coraz mocniej wpisywał w życie miasta oraz całego regionu. Przez lata Cukrownia Żnin należała do najważniejszych pracodawców w okolicy.

Fabryka nie była tylko miejscem, do którego rano przychodziło się do pracy.

Z cukrownią związane były całe rodziny.

Burakino w Cukrowni Żnin – sala kinowa urządzona w dawnym przemysłowym zbiornikuWysokie postindustrialne wnętrze Cukrowni Żnin z zachowanymi konstrukcjami i nowoczesną częścią hotelową

Podczas zwiedzania przewodnikiem był człowiek, który sam przepracował tutaj dziesięciolecia. Z zakładem związany był jednak znacznie wcześniej - jego ojciec pracował jako maszynista kolejki cukrowniczej, a mama pojawiała się w fabryce podczas kampanii.

I właśnie takie historie najlepiej pokazują, czym kiedyś był duży zakład przemysłowy dla niewielkiego miasta.

Nie tylko fabryką.

Częścią życia.

Cukrownia miała własną kolej

Jedną z ciekawszych pozostałości tej historii jest kolejka cukrownicza.

Już w 1894 roku własna kolej fabryczna zaczęła dowozić buraki do zakładu. Sieć miała prześwit zaledwie 600 mm, ale jej długość dochodziła do około 46 kilometrów.

Cukrownia posiadała lokomotywę spalinową i osiem parowozów oraz cały tabor niewielkich wagonów przeznaczonych do transportu surowca.

Drewniany zielony wagon kolejowy zachowany na terenie dawnej Cukrowni Żnin

Jeden z dawnych parowozów można dziś zobaczyć niedaleko Żnina, w Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji.

Fabryczną kolejkę zlikwidowano ostatecznie na początku lat 70. XX wieku.

To zresztą kolejny dobry powód, aby zwiedzanie Żnina połączyć z innymi atrakcjami Pałuk.

Kiedy fabryka była pod parą

Najciekawsze w zwiedzaniu dawnego zakładu jest dla mnie odkrywanie, do czego służyły poszczególne pomieszczenia.

Dzisiaj widzimy restaurację, hotelowy korytarz albo efektowną salę. Dawniej każde z tych miejsc było elementem ogromnego przemysłowego organizmu.

Przygotowania do kolejnej kampanii cukrowniczej zaczynały się znacznie wcześniej niż samo krojenie pierwszych buraków.

Wnętrze dawnej pakowni Cukrowni Żnin z charakterystycznym podświetlanym napisem Pakownia

Urządzenia remontowano, przeprowadzano próby szczelności, przygotowywano osadniki i instalacje. Około tygodnia przed rozpoczęciem krojenia trzeba było uruchomić główną kotłownię.

Jak powiedział przewodnik:

"Fabryka musiała być już pod parą".

I trudno znaleźć lepsze określenie.

Para była jednym z najważniejszych elementów funkcjonowania całego zakładu. Napędzała turbiny związane z produkcją energii i była wykorzystywana podczas procesów technologicznych.

Według wspomnień przewodnika jeden z pieców był w stanie wytwarzać około 30 ton pary na godzinę, drugi około 20 ton, a kolejny pozostawał w rezerwie.

Dawna energetyczna część fabryki również nie zniknęła.

Tam, gdzie kiedyś pracowały urządzenia związane z wytwarzaniem energii, dzisiaj funkcjonują przestrzenie kompleksu hotelowego.

I właśnie te zestawienia robią tutaj największe wrażenie.

Co działo się z burakiem?

Dziś paczka cukru stojąca na sklepowej półce nie mówi nic o skali procesu, który kiedyś odbywał się w takich miejscach.

Najpierw trzeba było dostarczyć ogromne ilości buraków.

Podczas kampanii do stałej załogi dochodzili pracownicy sezonowi. Według relacji naszego przewodnika mogło to być nawet około 500 dodatkowych osób.

Zachowane przemysłowe wnętrze Cukrowni Żnin ze stalową konstrukcją, schodami i współczesną zabudową

Przywożony surowiec oceniano między innymi pod kątem zanieczyszczenia ziemią, liśćmi i innymi pozostałościami z pola.

Później rozpoczynała się droga buraka przez fabrykę.

Potężne pompy transportowały buraki wraz z wodą w górę instalacji. Po drodze działały urządzenia wychwytujące liście i kamienie. Następnie buraki trafiały do płuczki, gdzie były dokładnie myte i przygotowywane do kolejnych etapów produkcji.

Dzisiaj opis kilku urządzeń może brzmieć niepozornie.

Kiedy jednak stoi się wewnątrz wielkiego pofabrycznego kompleksu i próbuje wyobraзить sobie tysiące ton surowca przemieszczającego się przez kolejne instalacje, dopiero wtedy zaczyna być widoczna prawdziwa skala tego zakładu.

Woda - niewidoczna część produkcji

Cukrownia była również nierozerwalnie związana z wodą.

Wykorzystywano ją między innymi do transportu i oczyszczania buraków. Nie mogła być jednak po prostu odprowadzana do pobliskiego jeziora.

Po kontakcie z burakami znajdowały się w niej ziemia, piasek, fragmenty liści i inne zanieczyszczenia. Woda krążyła więc w systemie i trafiała między innymi do osadników.

Przewodnik zwrócił uwagę na ciekawy szczegół.

Po pewnym czasie podczas płukania można było zauważyć pienienie się wody. Trafiały do niej bowiem również niewielkie ilości cukru wypłukiwanego podczas pracy zakładu.

Dzisiaj jezioro tworzy zupełnie inne tło.

Zamiast przemysłowego krajobrazu mamy przestrzeń wypoczynku, plażę, wodę i monumentalne ceglane bryły dawnej fabryki.

Patrząc na cały kompleks z drona, kontrast jest jeszcze bardziej widoczny.

Nie likwidacja, nie zamknięcie...

Cukrownia pracowała do 2004 roku.

Ostatnia kampania przypadła na lata 2003-2004. Produkcja została następnie wygaszona.

Przewodnik podczas zwiedzania szczególnie podkreślał jedno:

"Nie likwidacja, nie zamknięcie, tylko wygaszenie cukrowni".

Dla ludzi związanych z zakładem różnica nie zmieniała jednak najważniejszego faktu - kończyła się epoka.

Oficjalna historia obiektu wspomina również o protestach pracowników związanych z decyzją o wygaszeniu produkcji.

Po ponad stu latach maszyny przestały pracować.

Ale budynki pozostały.

I zaczęło się pytanie: co dalej?

Arche i drugie życie Cukrowni Żnin

Przełom nastąpił w 2015 roku, kiedy teren dawnej fabryki kupiła Grupa Arche.

Dwa lata później rozpoczęła się modernizacja.

Zamiast usuwać wszystkie ślady przemysłowej przeszłości, zdecydowano się wykorzystać je jako jeden z najważniejszych elementów nowego miejsca.

W czerwcu 2020 roku uruchomiono pierwszą część zabytkowego kompleksu. Dzisiaj Cukrownia Żnin funkcjonuje jako rozległe centrum hotelowe, konferencyjne i wypoczynkowe.

Całość zajmuje około 35 hektarów.

Znajdują się tutaj dwa budynki hotelowe, restauracje, bary, sale konferencyjne, własny browar, kino, SPA oraz park wodny. Według obecnych informacji obiekt oferuje około 300 pokoi i apartamentów oraz około 700 miejsc noclegowych.

Ale właśnie nie liczby są tutaj najciekawsze.

Hotel w fabryce czy fabryka w hotelu?

W wielu zrewitalizowanych obiektach przemysłowych pozostawia się trochę cegły, kilka starych fotografii i jedną maszynę ustawioną gdzieś przy wejściu.

Tutaj przemysłowa przeszłość jest znacznie bardziej obecna.

Spacerując po kompleksie, co chwilę trafiamy na elementy, które przypominają o jego pierwotnym przeznaczeniu:

  • Stalowe konstrukcje
  • Fragmenty instalacji
  • Stare urządzenia
  • Ceglane ściany
  • Dawne przejścia pomiędzy budynkami
  • Maszyny, których nie zamieniono w złom

Jedno z pomieszczeń, które dzisiaj pełni funkcję biblioteki, było kiedyś warsztatem mechanicznym. W innych przestrzeniach nadal można znaleźć urządzenia wykorzystywane podczas produkcji czy pracy laboratorium.

I właśnie dlatego Cukrownia Żnin nie sprawia wrażenia obiektu, który próbuje udawać dawną fabrykę.

Ona nią naprawdę była.

Filmowa wędrówka po Cukrowni Żnin

Podczas mojej wizyty kampervanem miałem okazję przejść przez część kompleksu z byłym pracownikiem cukrowni. To właśnie jego wspomnienia są najważniejszą częścią przygotowanego przeze mnie filmu.

Można w nim usłyszeć nie tylko o historii zakładu, ale też o tym, jak wyglądała kampania cukrownicza, jak uruchamiano fabrykę, jak transportowano buraki, jak działały turbiny i co oznaczała poważna awaria, która potrafiła zatrzymać produkcję nawet na kilkadziesiąt godzin.

Zobacz pełną relację wideo z mojej wizyty: Film z Cukrowni Żnin na YouTube

Takich opowieści nie da się znaleźć na tabliczce informacyjnej. I właśnie dlatego warto ich słuchać.

Czy warto zobaczyć Cukrownię Żnin?

Jeśli interesują Was zabytki techniki, industrialna architektura i miejsca posiadające drugą warstwę, zdecydowanie warto tutaj zajrzeć.

Można przyjechać kamperem, zatrzymać się na tutejszym camperparku i korzystać z całej infrastruktury.

Można jednak zrobić coś więcej:

  • Patrzeć na ceglane ściany i zastanawiać się, co znajdowało się tutaj przed kilkudziesięciu laty.
  • Szukać dawnych maszyn ukrytych w przestrzeniach obiektu.
  • Zwracać uwagę na nazwy współczesnych przestrzeni nawiązujące do cukrowniczej przeszłości.
  • Pojechać kilka kilometrów dalej do Wenecji, aby zobaczyć jeden z parowozów dawnej kolejki cukrowniczej.

Wtedy cały ten fragment historii zaczyna układać się w większą całość.

Jeżeli planujesz wizytę w takich obiektach i szukasz profesjonalnego wsparcia w promocji, sprawdź moją ofertę skierowaną do obiektów noclegowych oraz miast i regionów. Potrzebujesz montażu wideo? Zobacz ofertę na montaż filmów.

Cukrownia, która nie została tylko wspomnieniem

Najbardziej fascynuje mnie w tym miejscu nie sam hotel.

Znacznie ciekawsza jest droga, którą przeszedł ten teren.

Od fabryki uruchomionej pod koniec XIX wieku, przez kolejne kampanie, wojny, modernizacje i tysiące ludzi związanych z produkcją, aż po wygaszenie zakładu w 2004 roku.

I wreszcie jego kolejne życie.

Nie każda dawna fabryka ma tyle szczęścia.

Wiele przemysłowych obiektów, które odwiedzam z aparatem, powoli znika. Dachy się zapadają, maszyny wyjeżdżają na złom, a po kilku latach trudno już nawet odtworzyć, jak wyglądało dane miejsce.

W Żninie stało się inaczej.

Cukru już tutaj nie produkują.

Ale stara cukrownia nadal jest obecna.

W murach.

W maszynach.

W krajobrazie.

I przede wszystkim w historiach ludzi, którzy pamiętają jeszcze czasy, kiedy ta ogromna fabryka naprawdę była pod parą.

Jeżeli ten materiał i moje filmowe opowieści pomogły Ci odkryć nowe miejsce na mapie Polski, możesz postawić mi symboliczną kawę lub ciastko na Buycoffee.to, co pomaga mi w realizacji kolejnych podróżniczych projektów.

Magia światła i koloru w toruńskiej pracowni witraży INTEK-ART

Są takie miejsca na mapie Torunia, w których czas zdaje się zwalniać, a historia miesza się z niezwykłą pasją ludzkich rąk. Kiedy przekracza się próg Pracowni Witraży INTEK-ART przy ulicy Szewskiej, można odnieść wrażenie, że wchodzi się do zupełnie innego świata - takiego, w którym głównymi reżyserami są światło, ołów i tysiące odcieni barwnego szkła. Historia pracowni sięga 1992 roku, a jej działalność od początku nawiązuje do wielowiekowych tradycji toruńskiego witrażownictwa.

Szklany anioł z przezroczystą twarzą i złotymi skrzydłami wykonany techniką witrażową w INTEK-ART.

Spacerując po historycznych ulicach Torunia, zawsze szukam miejsc z prawdziwą duszą. Takich, które nie są tylko kolejnym punktem na turystycznej mapie, lecz kryją historie ludzi, dawnych technik i pasji przekazywanej kolejnym pokoleniom. INTEK-ART zdecydowanie należy do tej kategorii.

Założycielem pracowni jest Sławomir Intek, związany wcześniej między innymi z toruńskimi Pracowniami Konserwacji Zabytków. To właśnie doświadczenie konserwatorskie, fascynacja dawnym rzemiosłem i zamiłowanie do kolorowego szkła stały się fundamentem miejsca, które od ponad trzydziestu lat wpisuje się w artystyczny krajobraz Torunia.

W historii pracowni pojawia się również pan Edmund - określany jako jej nestor i dobry duch - a tradycję poznają także kolejne pokolenia rodziny. Współczesne realizacje powstawały między innymi przy udziale syna Sławomira, Radosława, oraz wnuczki Niny. Dzięki temu słowo „tradycja” nie jest tutaj jedynie efektownym hasłem. Nabiera bardzo konkretnego, rodzinnego znaczenia.

Od średniowiecznych mistrzów do współczesnej pracowni

Historia witrażu w Toruniu sięga znacznie dalej niż XX wiek. Już w XIV stuleciu miasto należało do ważnych ośrodków produkcji witrażowej na ziemiach dzisiejszej Polski. Tutejsze warsztaty wykonywały prace nie tylko na potrzeby miejscowych świątyń - toruńskie witraże trafiały również daleko poza granice miasta, między innymi do Kurlandii.

Witrażysta podczas pracy nad detalami projektu w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Do naszych czasów zachowały się średniowieczne kwatery pochodzące między innymi z toruńskich kościołów. Przypominają one, że sztuka składania obrazów z kolorowego szkła i ołowiu przez stulecia była jednym z elementów artystycznej tożsamości miasta.

INTEK-ART w pewnym sensie dopisuje do tej historii kolejny rozdział. Dawne techniki spotykają się tu ze współczesnymi projektami, konserwacją zabytków, sztuką użytkową i pomysłami, których średniowieczni mistrzowie zapewne nawet by sobie nie wyobrażali.

Witraże, które być może mijaliście setki razy

Być może przechodziliście obok prac INTEK-ART wielokrotnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W dorobku pracowni znajdują się zarówno zupełnie nowe realizacje, jak i prace konserwatorskie wykonywane przy ważnych toruńskich zabytkach.

Jednym z większych przedsięwzięć była konserwacja około 1200 kwater witrażowych Ratusza Staromiejskiego w Toruniu. Pracownia zajmowała się również witrażami Sądu Rejonowego, świetlikiem Dworu Artusa oraz realizacjami związanymi ze znakami cechowymi i kupieckimi pojawiającymi się na toruńskiej Starówce.

Witrażysta podczas precyzyjnej pracy nad kolorowym projektem w warsztacie INTEK-ART w Toruniu.Dekoracyjne witraże i niewielkie obrazy ze szkła prezentowane w toruńskiej pracowni INTEK-ART.

Poza Toruniem powstawały także monumentalne realizacje sakralne. Do najbardziej charakterystycznych należą cykl „Tajemnice Różańca” w Lubiczu Górnym, witraże inspirowane malarstwem El Greca w kościele na toruńskim Podgórzu czy tryptyk „Miłosierdzia Bożego” w Przyłękach.

Skala takich realizacji pokazuje, że witrażysta nie jest wyłącznie rzemieślnikiem składającym kolorowe elementy szkła. Musi być jednocześnie projektantem, malarzem, konstruktorem, konserwatorem i człowiekiem doskonale rozumiejącym architekturę przestrzeni, w której jego dzieło ma się znaleźć.

Rzemiosło wymagające cierpliwości

Praca nad witrażem nie przypomina produkcji na fabrycznej taśmie. Wszystko zaczyna się od projektu. Następnie trzeba dobrać odpowiednie rodzaje szkła, ich kolor, fakturę i stopień przepuszczania światła. Poszczególne fragmenty są precyzyjnie wycinane, obrabiane i dopasowywane do pozostałych elementów kompozycji.

W klasycznej technice kawałki szkła łączy się za pomocą ołowianych profili. Całość jest następnie lutowana i uszczelniana. Jeżeli projekt wymaga malowania detali, specjalne farby zostają utrwalone podczas wypalania szkła w piecu w temperaturze sięgającej kilkuset stopni Celsjusza. Czasami proces malowania i wypalania trzeba powtarzać kilkukrotnie.

Historyczne narzędzia i noże do cięcia szkła prezentowane w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

I właśnie podczas jednego z ostatnich etapów pracy pojawia się określenie, z którego Sławomir Intek potrafi żartować. Witraż trzeba bowiem dokładnie uszczelnić, wciskając odpowiednią masę pomiędzy szkło i ołów. Można więc powiedzieć, że witrażysta zawodowo wciska kit.

W tym przypadku nie ma jednak mowy o żadnym oszustwie. Wręcz przeciwnie - liczy się precyzja liczona w milimetrach, cierpliwość i doświadczenie zdobywane przez lata.

Muzeum Witraży NISZA - zejście do świata dawnych rzemieślników

Jednym z najbardziej niezwykłych elementów tego miejsca są piwnice kamienicy przy ulicy Szewskiej. To właśnie tutaj powstało interaktywne Muzeum Witraży NISZA.

Można poznać w nim historię witrażownictwa, zobaczyć dawne narzędzia, historyczne sposoby obróbki szkła oraz przekonać się, jak bardzo zmieniał się warsztat witrażysty na przestrzeni kolejnych stuleci. Wśród prezentowanych przedmiotów znajdują się między innymi dawne diamenty służące do cięcia szkła, stare narzędzia, historyczne witraże i przykłady szkła wykonywanego według dawnych technologii.

Witrażowe anioły wykonane z kolorowego szkła w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Gotyckie piwnice dodają całej opowieści jeszcze więcej klimatu. Kamień, cegła, stare narzędzia i kolorowe szkło tworzą przestrzeń, w której łatwo zapomnieć, że kilka metrów wyżej tętni życiem jedna z najbardziej uczęszczanych ulic toruńskiej Starówki.

Od witrażowych okien do szklanych samolotów

Jeśli wydaje Wam się, że witraż musi oznaczać przede wszystkim kościelne okno, INTEK-ART szybko wyprowadzi Was z błędu.

Prawdziwa niespodzianka czeka wśród przestrzennych realizacji pracowni. Pasja Sławomira Intka do lotnictwa połączyła się tutaj z witrażownictwem, czego efektem są niezwykłe konstrukcje 3D wykonywane ze szkła i metalu.

Powstały między innymi modele historycznych samolotów RWD-2, RWD-6 Żwirki i Wigury czy PZL P.11c, a także sterowiec „Lech” i modele balonów nawiązujących do historii zawodów o Puchar Gordona Bennetta.

I chyba właśnie te obiekty najlepiej pokazują, czym może być współczesne witrażownictwo. Technika, której korzenie sięgają średniowiecza, nie musi ograniczać się do odtwarzania dawnych wzorów. W odpowiednich rękach może stać się punktem wyjścia do zupełnie nowych form.

Światło jest tutaj ostatnim artystą

Wizyta w takich miejscach przypomina mi, dlaczego tak bardzo lubię dokumentować lokalne historie. Za każdą pracownią, zabytkiem czy niepozornymi drzwiami prowadzącymi do starej piwnicy może kryć się opowieść, której nie znajdziemy w typowym przewodniku.

W INTEK-ART szczególną rolę odgrywa światło. Można zaprojektować kompozycję, wybrać szkło, perfekcyjnie je przyciąć, pomalować, wypalić i połączyć ołowiem. Jednak dopiero wtedy, gdy przez kolorowe tafle przejdą pierwsze promienie słońca, witraż naprawdę zaczyna żyć.

Witrażowa dekoracja z motywem znaku zodiaku Bliźnięta prezentowana w pracowni INTEK-ART w Toruniu.

Kolory pojawiają się na ścianach, podłodze i twarzach stojących obok ludzi. Obraz zmienia się wraz z porą dnia, pogodą i kątem padania światła. Ten sam witraż rano może wyglądać zupełnie inaczej niż późnym popołudniem.

I chyba właśnie dlatego sztuka witrażu przetrwała setki lat. Możemy zmieniać technologię, narzędzia i architekturę, ale zachwyt nad światłem przechodzącym przez kolorowe szkło pozostaje dokładnie taki sam.

Jeżeli podczas spaceru po toruńskiej Starówce będziecie szukać miejsc związanych nie tylko z historią miasta, lecz także z nadal pielęgnowanym tradycyjnym rzemiosłem, warto zainteresować się historią pracowni przy ulicy Szewskiej.

Przed planowaną wizytą warto sprawdzić bezpośrednio w pracowni aktualną dostępność Muzeum Witraży NISZA, możliwość zwiedzania oraz godziny prezentacji i warsztatów.

Tworzysz własną historię? Mogę pomóc opowiedzieć ją obrazem

Jeżeli prowadzisz firmę, miejsce z niezwykłą historią, hotel, atrakcję turystyczną albo reprezentujesz miasto czy region i szukasz filmowej opowieści zamiast zwykłego materiału reklamowego, sprawdź również moje pozostałe projekty i możliwości współpracy:

Jeżeli podoba Ci się to, co robię, możesz również postawić mi symboliczną kawę na Buycoffee albo wesprzeć kolejne fotograficzne i filmowe wyprawy poprzez Zrzutkę. Dzięki temu mogę dalej odkrywać i dokumentować miejsca, obok których czasem przechodzimy, nie znając ich niezwykłych historii.

16 wrz 2026

Jak brzmią Kozienice? Dźwiękowa mapa miasta i archiwalne wspomnienie z 2012 roku

Gdy ruszamy w podróż - obojętnie, czy to wyprawa na drugi koniec kontynentu, czy weekendowy wypad w ciekawy zakątek Polski - odruchowo sięgamy po aparat fotograficzny lub smartfon. Rejestrujemy kadry, polujemy na złote światło, nagrywamy wideo w najwyższej rozdzielczości. Wzrok niemal całkowicie dominuje nasze wspomnienia z drogi.

Dźwiękowa mapa Kozienic - rejestracja dźwięków miasta Okiem Obiektywu

Ale czy zastanawialiście się kiedyś, czym pachnie i jak właściwie brzmi odwiedzane przez Was miejsce?

Każde miasto, każda boczna uliczka i każdy leśny skraj ma swoją własną, niepowtarzalną melodię. Czasem to szum drzew, nurt rzeki, stukot kół na bruku, gwar rozmów dobiegający z kawiarnianego ogródka albo pojedynczy dźwięk dzwonka rowerowego w cichej bramie. Ostatnio wpadło mi w ręce niezwykłe nagranie z lipca 2012 roku. To sentymentalny powrót do czasów, gdy jako animator kultury i przedstawiciel Stowarzyszenia na rzecz Aktywności Społeczno-Artystycznej współtworzyłem w Kozienicach coś na ówczesne czasy absolutnie pionierskiego - projekt „Kozienice Open Sound”.

Zobaczcie to archiwalne wideo z tamtych dni:

(Jeśli cenicie takie reporterskie powroty do korzeni i opowieści zza kulis, zostawcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał Okiem Obiektywu na YouTube - każda minuta Waszego oglądania realnie pomaga mi realizować kolejne filmowe reportaże!)

Nowy Orlean, Hamburg i Kozienice!

Idea sound maps, czyli interaktywnych map dźwiękowych, narodziła się w Stanach Zjednoczonych. Jednym z najbardziej fascynujących projektów tego typu była mapa dźwiękowa Nowego Orleanu. Wystarczyło kliknąć w konkretny punkt na planie miasta, by usłyszeć żywy uliczny jazz, gwar kawiarni czy odgłosy rzeki Missisipi. Taki surowy dźwięk potrafi pobudzić wyobraźnię o wiele mocniej niż najbardziej dopieszczony folder turystyczny czy plakat promocyjny.

Niedługo później trend dotarł do Europy, a swoją mapę dźwięków zyskał m.in. Hamburg. A w Polsce? W 2012 roku postanowiliśmy przenieść tę ideę prosto na Mazowsze. Co ciekawe, Kozienice stały się wówczas zaledwie drugim miastem w całej Polsce, które podjęło się stworzenia własnej, społecznej mapy dźwiękowej. Żadna z wielkich polskich metropolii nie realizowała wtedy takiego przedsięwzięcia!

Rekordery w dłoń i ruszamy w miasto

W dniach 19-22 lipca 2012 roku zorganizowaliśmy w Kozienicach otwarte warsztaty w ramach projektu współfinansowanego przez Gminę Kozienice. Wspólnie z mieszkańcami, wolontariuszami oraz portalem Wirtualne Kozienice ruszyliśmy w teren. Rozdaliśmy uczestnikom dyktafony, rekordery dźwięku, tablety i ówczesne smartfony. Zasada była jedna: schować aparaty i skupić się wyłącznie na słuchu.

Uczestnicy rejestrowali dźwięki swojego najbliższego otoczenia. Następnie nagrania - za pomocą specjalnej aplikacji na system Android, modułu GPS i tagowania - trafiały do systemu, który nanosił je automatycznie na interaktywną mapę Kozienic opartą na Google Maps. System zapamiętywał dźwięk przypisany dokładnie do dnia, godziny i współrzędnych geograficznych. Każdy internauta mógł kliknąć w swoje osiedle, ulubiony skwer czy park i posłuchać, jak brzmi miasto. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak pisałem o tym na gorąco tuż po warsztatach, zajrzyjcie do archiwalnego wpisu Kozienice Open Sound z 2012 roku.

To doświadczenie uświadomiło mi na zawsze, jak potężnym nośnikiem emocji jest dźwięk w podróży. Kiedy dziś zaglądacie na moją stałą Mapę Podróży Okiem Obiektywu, wiecie, że w każdym zakątku szukam głębi - nie tylko pięknego kadru, ale i atmosfery miejsca.

Siła małych ojczyzn

Zawsze powtarzałem, że animacja kultury w mniejszych ośrodkach ma w sobie wyjątkową siłę i wdzięczność. W metropoliach łatwo zniknąć w natłoku setek wydarzeń. W miejscach takich jak Kozienice tworzy się projekty autentyczne, które jednoczą mieszkańców wokół ich małej ojczyzny. Projekt „Kozienice Open Sound” był też świetnym przykładem owocnej współpracy organizacji pozarządowej z lokalnym samorządem, który dostrzegł wartość w nieszablonowej promocji.

Dziś, po latach realizacji filmów i fotoreportaży Okiem Obiektywu, widzę wyraźnie, że to właśnie praca z dźwiękiem w Kozienicach ukształtowała moją reporterską wrażliwość na planie filmowym.

Twórzmy razem nieszablonowe projekty!

Zarówno w fotografii, jak i w filmie oraz promocji turystycznej stawiam na autentyczność, emocje i unikalny klimat odwiedzanych miejsc. Jeśli szukasz partnera do nieszablonowej współpracy:

Podobał Ci się ten powrót do 2012 roku? Możesz postawić mi wirtualną kawkę na BuyCoffee albo wesprzeć realizację kolejnych reporterskich projektów na Zrzutce - każde wsparcie to dodatkowe paliwo do ruszania w drogę z aparatem i mikrofonem!