Są miejsca, do których wracam nie dlatego, że nie zdążyłem wszystkiego zobaczyć podczas pierwszej wizyty, ale dlatego, że za każdym razem odkrywam w nich coś nowego. Jednym z takich miejsc jest dla mnie zamek krzyżacki w Radzyniu Chełmińskim. Potężna średniowieczna warownia, a właściwie jej zachowane do dzisiaj ruiny, od lat przyciąga turystów, miłośników historii, fotografów i tych, którzy po prostu lubią odkrywać mniej oczywiste miejsca.
Sam odwiedzałem ten zamek już kilkakrotnie. Początkowo interesowała mnie przede wszystkim jego historia, imponująca architektura oraz filmowe związki z kultowym serialem „Pan Samochodzik i Templariusze”. Później pojawiło się zainteresowanie organizowanymi tutaj wydarzeniami, rekonstrukcjami historycznymi i dawnymi tradycjami. Ostatnio wróciłem do Radzynia Chełmińskiego przy okazji Dziadów Jesiennych, podczas których miałem możliwość nie tylko przyjrzeć się obrzędom, ale również porozmawiać z ludźmi zaangażowanymi w działalność zamku.
I właśnie te rozmowy sprawiły, że postanowiłem spojrzeć na to miejsce trochę inaczej.
Bo zamek to przecież nie tylko cegły, wieże, podziemia i historia zapisana w kronikach. To także ludzie, którzy dzisiaj się nim opiekują, organizują wydarzenia, prowadzą warsztaty i próbują pokazać, jak mogło wyglądać życie przed wieloma wiekami.
Można powiedzieć, że choć od dawna nie mieszkają tu krzyżaccy bracia, życie wcale nie opuściło zamkowych murów.
Radzyń Chełmiński w kilku zdaniach
Miejsce: Radzyń Chełmiński, województwo kujawsko-pomorskie, niedaleko Grudziądza.
Zabytek: ruiny średniowiecznego zamku krzyżackiego.
Filmowy trop: serial „Pan Samochodzik i Templariusze”.
W tej opowieści: historia warowni, ludzie zamku, Dziady i dawna kuchnia.
Przed wizytą: warto sprawdzić aktualny program wydarzeń.
Radzyń Chełmiński - zamek, który przetrwał więcej, niż mogłoby się wydawać
Radzyń Chełmiński to niewielkie miasto w województwie kujawsko-pomorskim, położone niedaleko Grudziądza. Jego najbardziej charakterystycznym zabytkiem są ruiny zamku krzyżackiego, widoczne już z daleka i zdecydowanie wyróżniające się na tle okolicznego krajobrazu.
Historia warowni sięga średniowiecza. Pierwsza drewniano-ziemna strażnica powstała tutaj prawdopodobnie w pierwszej połowie trzynastego wieku. Budowę ceglanego zamku, którego pozostałości możemy oglądać współcześnie, rozpoczęto pod koniec trzynastego lub na początku czternastego stulecia.
Nie była to niewielka strażnica na granicy państwa zakonnego. Radzyński zamek należał do ważnych ośrodków administracyjnych i militarnych Krzyżaków. Wzniesiono go jako zamek konwentualny, z regularnym układem zabudowań, wewnętrznym dziedzińcem i rozbudowanym systemem obronnym.
Do dzisiaj zachowały się przede wszystkim charakterystyczne wieże oraz fragmenty murów i pomieszczeń zamkowych, które pozwalają wyobrazić sobie dawną skalę tej budowli.
Kiedy patrzę na zamek z lotu ptaka, szczególnie dobrze widać jego regularny układ. Dopiero z tej perspektywy można dostrzec, jak przemyślaną konstrukcją była średniowieczna warownia. Z kolei spacerując po dziedzińcu, uwagę zwracają wysokie ceglane ściany, pozostałości dawnych pomieszczeń i detale architektoniczne, które przetrwały setki lat.
To właśnie ta różnorodność perspektyw sprawia, że zamek jest dla mnie również bardzo interesującym miejscem fotograficznym.
Za każdym razem można spojrzeć na niego nieco inaczej. Raz skupić się na monumentalnej bryle, innym razem na szczegółach murów, a jeszcze kiedy indziej na wydarzeniach i ludziach, którzy nadają temu miejscu zupełnie inny charakter.
Skarby wielkiego mistrza i historia zapisana w cegłach
Z zamkiem w Radzyniu Chełmińskim wiąże się wiele ciekawych wydarzeń historycznych. Jedno z nich miało miejsce po bitwie pod Grunwaldem.
Po klęsce wojsk zakonu krzyżackiego w tysiąc czterysta dziesiątym roku część zakonnego skarbca, w tym osobiste srebra wielkiego mistrza Ulrycha von Jungingena, zdeponowano właśnie w Radzyniu Chełmińskim.
To bardzo interesujący epizod, zwłaszcza gdy pomyślimy, że dzisiejsze ruiny były niegdyś jedną z ważnych warowni państwa krzyżackiego.
Zamek przechodził później różne koleje losu. Wojny, zmiany właścicieli, zniszczenia i stopniowa rozbiórka sprawiły, że nie dotrwał do naszych czasów w pierwotnej postaci.
Szczególnie dotkliwe były zniszczenia związane z wojnami szwedzkimi w siedemnastym wieku. W późniejszych okresach część zamkowych murów wykorzystywano również jako źródło materiałów budowlanych.
Dzisiaj patrzymy na ceglane ruiny jak na zabytek, który warto chronić. W przeszłości stare mury mogły być jednak traktowane znacznie bardziej praktycznie.
I właśnie dlatego tak ważne jest to, co robi się z takimi miejscami współcześnie.
Dlaczego zamku nie odbudowuje się w całości?
Podczas jednej z ostatnich wizyt rozmawiałem z Patrycją Piłat-Wyrwińską, dzierżawczynią zamku w Radzyniu Chełmińskim i prezeską Bractwa Rycerskiego Zamku Radzyńskiego.
Zapytałem ją między innymi o przyszłość warowni i możliwość jej odbudowy.
To temat, który interesuje mnie od dawna, ponieważ podczas podróży po Europie widywałem różne sposoby postępowania z historycznymi budowlami. Niektóre zamki odbudowuje się niemal w całości, starając się przywrócić im dawny wygląd. Inne pozostawia się jako zabezpieczone ruiny.
W Radzyniu Chełmińskim zdecydowano się na to drugie rozwiązanie.
Jak wyjaśniła moja rozmówczyni, prowadzone tutaj prace mają przede wszystkim zabezpieczać istniejącą substancję zabytkową. Mury są wzmacniane, uzupełniane i konserwowane, ale nie planuje się całkowitej odbudowy zamku.
Z jednej strony można odczuwać pewien niedosyt. Nietrudno przecież wyobrazić sobie, jak imponująca byłaby ta warownia, gdyby udało się przywrócić jej dawny wygląd.
xxx
Z drugiej strony właśnie zachowane ruiny są autentycznym świadectwem historii tego miejsca. Pokazują nie tylko potęgę średniowiecznej budowli, ale także wszystko to, co wydarzyło się w kolejnych stuleciach.
Odbudowany zamek mógłby być bardziej widowiskowy, ale oznaczałoby to również konieczność odtwarzania wielu elementów na podstawie niepełnych informacji.
Nie rozstrzygam, które podejście jest lepsze w każdej sytuacji. W przypadku Radzynia Chełmińskiego rozumiem jednak argumenty przemawiające za zachowaniem charakteru trwałej ruiny.
Najważniejsze, żeby zamek nie niszczał dalej i pozostawał dostępny dla kolejnych pokoleń.
Pan Samochodzik, templariusze i moje pierwsze poszukiwania
Jeżeli śledzicie Okiem Obiektywu od dłuższego czasu, być może pamiętacie, że już wcześniej zabierałem Was na zamek w Radzyniu Chełmińskim.
Wtedy interesowało mnie przede wszystkim jego filmowe oblicze.
To tutaj realizowano sceny do serialu „Pan Samochodzik i Templariusze” z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku, ze Stanisławem Mikulskim w roli głównej.
Dla wielu osób zamek do dzisiaj jest nierozerwalnie związany z przygodami bohatera stworzonego przez Zbigniewa Nienackiego.
Podczas tamtej wizyty postanowiłem odszukać tajemnicze znaki pozostawione na zamkowych murach na potrzeby produkcji filmowej.
Nie były to przypadkowe ślady. Stanowiły element filmowej zagadki i do dzisiaj przypominają o obecności ekipy realizującej serial.
To właśnie takie szczegóły najbardziej lubię odkrywać podczas podróży. Niekoniecznie najbardziej znane zabytki czy najpopularniejsze atrakcje, ale miejsca i przedmioty, za którymi kryje się dodatkowa historia.
Co ciekawe, jak dowiedziałem się podczas rozmowy z Patrycją Piłat-Wyrwińską, wielu turystów nadal przyjeżdża do Radzynia Chełmińskiego właśnie ze względu na stary serial.
Szukają znaków wyrytych w murach, pytają o filmowy skarb i próbują odnaleźć miejsca zapamiętane z ekranu.
To chyba najlepszy dowód na to, że dobra opowieść potrafi przez dziesięciolecia wpływać na popularność konkretnego miejsca.
Wcześniejszą relację znajdziecie w moim artykule Zamek w Radzyniu Chełmińskim - miejsce ekranizacji „Pana Samochodzika i Templariuszy”.
Przygotowałem również film, w którym pokazuję zamek, jego historię i poszukiwania filmowych znaków.
Tym razem jednak chciałbym opowiedzieć o nieco innym obliczu tej warowni.
Historia, którą można zobaczyć z bliska
W wielu muzeach obowiązuje zasada, której sens jest oczywisty: eksponatów nie wolno dotykać. Zabytki trzeba chronić, a ich stan często nie pozwala na bezpośredni kontakt ze zwiedzającymi.
Jednak poznawanie przeszłości może wyglądać również inaczej.
W Radzyniu Chełmińskim organizowane są wydarzenia, podczas których można zobaczyć historyczne stroje, elementy uzbrojenia, pokazy walk rycerskich czy prezentacje dawnych rzemiosł.
To zupełnie inny sposób opowiadania o historii.
Oczywiście współczesna rekonstrukcja nie jest podróżą w czasie. Nawet najlepiej przygotowany strój, broń czy obozowisko pozostają próbą odtworzenia rzeczywistości, której nie możemy już bezpośrednio zobaczyć.
Ale dla wielu osób taki kontakt z historią jest znacznie bardziej interesujący niż samo zapoznawanie się z datami i opisami wydarzeń.
Wystarczy przyjrzeć się rycerzom przygotowującym się do pokazu walki. Zobaczyć, jak wygląda uzbrojenie, jak ogranicza swobodę ruchów, ile wysiłku wymaga posługiwanie się bronią.
Nagle średniowieczny wojownik przestaje być wyłącznie postacią z ilustracji w podręczniku.
Podobnie jest z dawnym rzemiosłem czy przygotowywaniem potraw. Kiedy możemy obejrzeć wykorzystywane narzędzia, poznać sposób ich działania i porozmawiać z rekonstruktorem, łatwiej zrozumieć realia życia w przeszłości.
Nie zawsze potrzeba do tego wielkich widowisk i rozbudowanych inscenizacji.
Czasami wystarcza człowiek, który naprawdę interesuje się danym tematem i potrafi o nim opowiadać.
Ludzie, dzięki którym ruiny nie są tylko ruinami
Podczas rozmowy z Patrycją Piłat-Wyrwińską szczególnie zainteresowało mnie to, jak funkcjonuje dzisiaj zamek.
Z jednej strony mamy przecież cenny zabytek, wymagający stałej opieki i prac konserwatorskich. Z drugiej miejsce, które powinno być dostępne dla turystów, zainteresować zwiedzających i zachęcać do powrotów.
To zadanie znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.
Trzeba pogodzić ochronę historycznej substancji z organizowaniem wydarzeń, przygotowywaniem ekspozycji i codziennym funkcjonowaniem obiektu.
Ważną rolę odgrywa tutaj Bractwo Rycerskie Zamku Radzyńskiego, które od wielu lat prowadzi działalność związaną z rekonstrukcją historyczną.
Podczas naszej rozmowy Patrycja wspominała o ćwierćwieczu działalności bractwa. To już całkiem długa historia współczesnego zainteresowania dawną historią tego miejsca.
I właśnie takie inicjatywy wydają mi się szczególnie wartościowe.
Można przecież pięknie odrestaurować zabytek, przygotować tablice informacyjne i otworzyć go dla zwiedzających. Ale jeżeli poza tym nic się nie dzieje, po pewnym czasie miejsce staje się dla wielu turystów jedynie kolejnym punktem na mapie.
Tymczasem warsztaty, pokazy, spotkania i rekonstrukcje dają powód, żeby odwiedzić je ponownie.
Sam jestem tego przykładem.
Od średniowiecznych rycerzy do słowiańskich obrzędów
Jednym z wydarzeń, podczas których miałem okazję ponownie odwiedzić Radzyń Chełmiński, były Dziady Jesienne.
To interesujące połączenie - średniowieczny zamek krzyżacki i obrzęd nawiązujący do znacznie starszych tradycji słowiańskich.
Na pierwszy rzut oka można zastanawiać się, co jedno ma wspólnego z drugim.
Trzeba jednak pamiętać, że historia naszych ziem nie zaczęła się wraz z pojawieniem się Zakonu Krzyżackiego. Na długo przed wzniesieniem murowanych warowni ludzie żyjący na tych terenach mieli własne wierzenia, zwyczaje i sposoby rozumienia otaczającego świata.
Dziady były związane z pamięcią o zmarłych i dawnymi wyobrażeniami dotyczącymi kontaktu świata żywych ze światem przodków.
Wierzono, że w określonych momentach roku dusze zmarłych mogą odwiedzać żyjących. Przygotowywano dla nich symboliczny poczęstunek, rozpalano ogień i odprawiano obrzędy, których znaczenie zmieniało się wraz z upływem czasu.
W Radzyniu Chełmińskim współczesna inscenizacja odwoływała się do tych dawnych zwyczajów.
Był korowód z pochodniami, symboliczne światła na rozstajach dróg, obrzędowe ognisko i wspominanie przodków.
Nie traktuję takich wydarzeń jako dokładnego odtworzenia praktyk sprzed tysiąca lat. Nasza wiedza o dawnych wierzeniach jest fragmentaryczna, a wiele elementów współczesnych ceremonii stanowi interpretację zachowanych przekazów.
Uważam jednak, że warto poznawać te tradycje, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć sposób myślenia ludzi żyjących przed nami.
Temat ten opisałem szerzej we wcześniejszym artykule Dziady - starosłowiańska tradycja.
Z kolei w filmie Dziady Jesienne na Zamku w Radzyniu Chełmińskim możecie zobaczyć fragmenty współczesnego obrzędu oraz posłuchać mojej opowieści o dawnych wierzeniach.
Ale Dziady nie były jedynym elementem wydarzenia, który zwrócił moją uwagę.
Kuchnia dawnych Słowian - co jedli nasi przodkowie?
Kiedy myślimy o historii, najczęściej przypominamy sobie wojny, władców, zamki i ważne wydarzenia polityczne.
Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad tym, jak wyglądało zwykłe życie ludzi, którzy nie byli rycerzami, książętami ani królami.
Co jedli? Jak przygotowywali posiłki? W jaki sposób przechowywali żywność? Skąd brali produkty, które trafiały na ich stoły?
Właśnie dlatego szczególnie zainteresowało mnie stoisko przygotowane przez Grupę Odtwórstwa Historycznego Czarna Olsza z Bysławia.
O kuchni dawnych Słowian opowiedziała mi Martyna Bilińska, która podczas wydarzenia prezentowała produkty i potrawy inspirowane historycznymi sposobami przygotowywania jedzenia.
Na stoisku można było spróbować kaszy na słodko, przygotowanej z dodatkiem miodu, jabłek i niewielkiej ilości mleka.
I właśnie od tej pozornie prostej potrawy rozpoczęła się bardzo ciekawa opowieść o codzienności naszych przodków.
Kasza, zboża i produkty, które dawała natura
Podstawą wyżywienia dawnych społeczności zamieszkujących nasze ziemie były między innymi produkty zbożowe.
Ziarno wykorzystywano do przygotowywania różnego rodzaju kasz, a także mąki, z której wypiekano pieczywo i podpłomyki.
Sama produkcja mąki wymagała jednak znacznie więcej pracy niż współcześnie. Zboże rozcierano między innymi na żarnach, a otrzymywany produkt nie przypominał idealnie oczyszczonej, jasnej mąki, do której przyzwyczaiły nas dzisiejsze sklepy.
Podczas rozmowy Martyna zwracała uwagę na znaczenie zbieractwa i produktów dostępnych sezonowo.
Wykorzystywano między innymi owoce, orzechy, grzyby i rośliny rosnące w najbliższym otoczeniu. Ważną rolę odgrywały także produkty pochodzące z uprawy i hodowli.
Wiele zależało oczywiście od regionu, pory roku, zamożności gospodarstwa i konkretnego okresu historycznego.
Nie istniała jedna, niezmienna kuchnia wszystkich Słowian.
Dzisiaj mamy możliwość kupienia niemal dowolnego produktu niezależnie od pory roku. Dawniej dostępność jedzenia była znacznie silniej związana z naturalnym rytmem przyrody.
To oznaczało konieczność odpowiedniego planowania zapasów i wykorzystywania różnych sposobów konserwowania żywności.
Jak przechowywano jedzenie bez lodówek?
To jedno z pytań, które szczególnie mnie interesowało.
Dzisiaj przechowywanie produktów spożywczych wydaje się czymś oczywistym. Wystarczy lodówka, zamrażarka albo szczelne opakowanie.
Dawniej trzeba było korzystać z innych rozwiązań.
Mięso, ryby, owoce i niektóre inne produkty można było suszyć, wędzić lub konserwować solą. Wykorzystywano także chłodne miejsca przechowywania żywności i różnego rodzaju jamy zasobowe.
Martyna opowiadała między innymi o zagłębieniach w ziemi, które mogły służyć do przechowywania zapasów, a także o znaczeniu dymu w dawnych domostwach.
W wielu historycznych konstrukcjach palenisko znajdowało się bezpośrednio w przestrzeni mieszkalnej, a warunki odprowadzania dymu były zupełnie inne niż w naszych współczesnych domach.
Dla ludzi żyjących w takich warunkach dym był elementem codzienności, choć dla nas dzisiaj podobne warunki byłyby zapewne trudne do zaakceptowania.
Warto przy tym unikać idealizowania dawnego życia. Nie wszystko, co naturalne i historyczne, było automatycznie zdrowsze czy wygodniejsze.
Dawni mieszkańcy naszych ziem musieli mierzyć się z problemami, które współcześnie w dużej mierze rozwiązujemy dzięki technologii, medycynie i rozwojowi rolnictwa.
Kawa z żołędzi i inne dawne napoje
Jednym z ciekawszych tematów naszej rozmowy były napoje.
Na stoisku można było zobaczyć między innymi kwas chlebowy, zioła oraz produkty wykorzystywane do przygotowywania naparów.
Martyna opowiadała również o kawie z żołędzi.
Nie jest to oczywiście kawa w dzisiejszym rozumieniu, przygotowywana z ziaren kawowca. Chodzi o napój powstający z odpowiednio przygotowanych i prażonych żołędzi, znany z późniejszych tradycji kulinarnych.
To jeden z przykładów pokazujących, jak wiele produktów roślinnych można wykorzystać w kuchni.
Trzeba jednak pamiętać, że nie każdy napój obecny we współczesnych rekonstrukcjach możemy z całą pewnością przypisać najdawniejszym Słowianom. Część receptur znamy z późniejszych epok, a ich związki ze średniowieczem wymagają ostrożnej interpretacji.
Podobnie jest z różnymi naparami ziołowymi i napojami fermentowanymi. Wiemy, że podobne produkty były znane dawnym społecznościom, ale nie zawsze potrafimy dokładnie odtworzyć ich skład czy sposób przygotowywania.
I właśnie to jest w rekonstrukcjach historycznych ciekawe: możliwość zestawienia tego, co wiemy ze źródeł, z próbą praktycznego odtworzenia dawnych umiejętności.
Kiedy jedzenie stawało się częścią obrzędu
Podczas rozmowy z Martyną Bilińską pojawił się również temat jedzenia związanego z dawnymi obrzędami.
W przypadku Dziadów przygotowywane potrawy miały znaczenie wykraczające poza zwykły posiłek.
Według dawnych wierzeń żywi mogli symbolicznie dzielić się jedzeniem z duszami zmarłych. Pokarm stawał się darem, wyrazem pamięci i szacunku wobec wcześniejszych pokoleń.
Martyna wspominała między innymi o jajku, któremu w różnych dawnych tradycjach przypisywano szczególne znaczenie symboliczne.
Jajko pojawiało się w zwyczajach związanych z płodnością, odradzaniem się życia, ale także w praktykach związanych z pamięcią o zmarłych.
Warto jednak podkreślić, że szczegóły takich zwyczajów różniły się regionalnie, a część znanych nam opisów pochodzi z okresów znacznie późniejszych niż wczesne średniowiecze.
Nie oznacza to, że wszystkie społeczności słowiańskie postępowały dokładnie w ten sam sposób.
Dla mnie najciekawsze pozostaje jednak samo znaczenie tego rodzaju gestów.
Wspólne przygotowywanie posiłków, spotkanie przy stole i symboliczne dzielenie się jedzeniem to zwyczaje obecne w kulturze człowieka od bardzo dawna.
Zmieniają się potrawy, naczynia i sposób ich przygotowywania, ale potrzeba wspólnego spotkania pozostaje.
Czy można nauczyć się historii, próbując dawnych potraw?
Po rozmowie z Martyną zacząłem zastanawiać się nad tym, jak często podczas podróży pomijamy codzienną historię odwiedzanych miejsc.
Zwracamy uwagę na daty powstania zamku, nazwiska jego właścicieli, wojny i najważniejsze wydarzenia. To oczywiście istotne informacje.
Ale przecież za tym wszystkim kryło się zwykłe życie.
Ktoś musiał codziennie przygotowywać jedzenie, przynosić wodę, ogrzewać pomieszczenia, naprawiać narzędzia czy przechowywać zapasy.
Bez tych czynności nawet najpotężniejszy zamek nie mógłby funkcjonować.
Dlatego pokazy historycznej kuchni uważam za bardzo wartościowe uzupełnienie tradycyjnego zwiedzania.
Nie chodzi tylko o spróbowanie potrawy, której smak może nas zaskoczyć.
Chodzi przede wszystkim o zrozumienie, jak wiele wysiłku wymagały kiedyś czynności, które dzisiaj wykonujemy niemal automatycznie.
Jednocześnie takie spotkania pokazują, jak ważne jest zadawanie pytań.
Skąd wiadomo, że ludzie jedli właśnie takie produkty? Na jakiej podstawie odtwarza się dawne receptury? Czy korzystamy z odkryć archeologicznych, przekazów pisanych, czy może z późniejszych zwyczajów ludowych?
W przypadku rekonstrukcji historycznej odpowiedzi na te pytania bywają równie ciekawe jak sama przygotowywana potrawa.
Zamek w Radzyniu Chełmińskim - miejsce, do którego warto wrócić
W ciągu ostatnich lat odwiedziłem wiele zamków, ruin i historycznych obiektów. Niektóre zachwycały rozmiarem, inne położeniem, jeszcze inne ciekawą historią.
Ale zauważyłem, że często najlepiej zapamiętuję te miejsca, w których miałem okazję spotkać interesujących ludzi.
Przewodników, pasjonatów, rekonstruktorów i osoby, które naprawdę potrafią zainteresować historią.
Zamek w Radzyniu Chełmińskim należy właśnie do takich miejsc.
Można przyjechać tutaj wyłącznie po to, żeby obejrzeć ruiny średniowiecznej warowni. To już samo w sobie jest dobrym powodem do odwiedzenia miasta.
Można także podążyć śladami „Pana Samochodzika i Templariuszy” i odnaleźć miejsca znane ze starego serialu.
Ale warto również sprawdzić, jakie wydarzenia organizowane są na zamku.
Pokazy rycerskie, rekonstrukcje historyczne, warsztaty, spotkania poświęcone dawnym zwyczajom czy prezentacje historycznej kuchni pozwalają poznać to miejsce z zupełnie innej perspektywy.
Co ważne, nie wszystkie te wydarzenia odbywają się jednocześnie. Warto więc wcześniej sprawdzić program i zaplanować wizytę zgodnie z własnymi zainteresowaniami.
Historia potrzebuje ludzi
Przygotowując materiał filmowy z Radzynia Chełmińskiego, wróciłem myślami do swoich wcześniejszych wizyt.
Najpierw interesowała mnie przede wszystkim historia zamku i związane z nim filmowe ciekawostki. Później poznawałem dawne wierzenia i obrzędy. Wreszcie miałem okazję porozmawiać z osobami, które swoją działalnością sprawiają, że przeszłość staje się bliższa współczesnym odbiorcom.
I chyba właśnie ten ostatni element okazał się dla mnie najciekawszy.
Bo choć zamek jest zabytkiem liczącym setki lat, jego dzisiejsza historia wciąż się tworzy.
Tworzą ją ludzie organizujący wydarzenia, opiekujący się obiektem, przygotowujący warsztaty i dzielący się swoją wiedzą.
Nie wszystkie rekonstrukcje muszą być doskonałe. Nie każdy dawny zwyczaj uda się odtworzyć z pełną dokładnością. Ważne jednak, żeby towarzyszyły temu ciekawość, szacunek do źródeł i chęć poznawania przeszłości.
Zamek w Radzyniu Chełmińskim pokazuje, że nawet ruiny mogą pozostawać ważną częścią współczesnego życia.
Nie trzeba odbudowywać wszystkich murów, żeby przywrócić miejscu zainteresowanie i znaczenie.
Czasem wystarczy otworzyć je dla ludzi, pozwolić im poznawać historię na różne sposoby i stworzyć przestrzeń do spotkań.
Dla mnie jest to również przypomnienie, że podczas podróży warto czasami poświęcić mniej czasu na fotografowanie kolejnego zabytku, a więcej na rozmowę z człowiekiem, który ma o nim coś ciekawego do opowiedzenia.
Bo zdjęcie pozwala zachować obraz miejsca, ale dopiero opowieść pomaga zrozumieć, dlaczego jest ono wyjątkowe.
I właśnie dlatego wiem, że do Radzynia Chełmińskiego jeszcze wrócę. Nie po to, żeby ponownie zobaczyć te same mury, ale żeby dowiedzieć się, jaką kolejną historię będą miały mi do opowiedzenia.
Więcej moich materiałów z Radzynia Chełmińskiego i o dawnych tradycjach:
























