Okiem Obiektywu: himalaizm
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą himalaizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą himalaizm. Pokaż wszystkie posty

16 gru 2025

Dorota Rasińska-Samoćko - Pierwsza po Koronę. 14 × 8000 m

Kiedy Dorota Rasińska-Samoćko wchodzi na scenę, od razu czuć energię człowieka, który zrealizował swoje najbardziej szalone marzenie. Jest prawnikiem, podróżniczką, ale przede wszystkim pierwszą i jedyną Polką, która zdobyła Koronę Himalajów i Karakorum - wszystkie 14 ośmiotysięczników świata.

Dorota Rasińska-Samoćko i Krzysztof Wielicki podczas wydarzenia górskiego.

Dokonała tego w rekordowym czasie trzech lat, stając się piątą kobietą na świecie oraz pierwszą Europejką z Europy Środkowej i Południowej, która zamknęła ten projekt. Co istotne - zrobiła to własnym kosztem, w ogromnej mierze samodzielnie finansując swoje wyprawy. Jest to dowód na to, że niezależność i wiara we własne siły mogą pokonać nawet największe bariery finansowe i logistyczne.

To jednak nie jest historia o rekordach. To opowieść o marzeniach, konsekwencji i długiej drodze, która zaczyna się dużo wcześniej, niż na wysokości ośmiu tysięcy metrów. Z Dorotą miałem okazję rozmawiać podczas Festiwalu Górskiego, którego atmosfera sprzyjała takim głębokim refleksjom w otoczeniu Resortu Nosalowy Dwór w Zakopanem.

Od Giewontu do Czomolungmy - narodziny marzenia

U Doroty wszystko zaczęło się w Tatrach. Jako 10-11-latka pojechała z rodzicami w góry i weszła na Giewont. Choć na grani była jedną z najszybszych, ważniejsze było coś innego - pierwsze spotkanie z granicą i wolnością, jaką daje przebywanie wysoko, wśród skał. To uczucie wolności na szczycie jest tym, co napędzało i wciąż napędza legendy, takie jak chociażby Denis Urubko, poeta gór i niestrudzony odkrywca.

To wtedy narodziło się marzenie, które dla wielu brzmiałoby absurdalnie:

„Wtedy sobie wymarzyłam, że na pewno będę tą Polką, która będzie miała Koronę Himalajów i Karakorum.”

Nałożyły się na to czasy wielkich sukcesów polskiego himalaizmu - historia Kukuczki, Zawady, Wielickiego. Fascynacja górami i fascynacja opowieścią o ludziach, którzy potrafili iść dalej niż inni. Te refleksje doskonale pokrywają się z przemyśleniami Krzysztofa Wielickiego o wytrwałości, walce z ryzykiem i filozofii wspinaczki, z którym rozmawiałem wcześniej.

Marzenia wymagają konsekwencji

Dorota podkreśla, że jej przesłanie jest uniwersalne - nie tylko dla kobiet, nie tylko dla ludzi gór. Dla każdego, kto nosi w sobie „małe, piękne i idealistyczne marzenie”.

„Pierwszy krok to należy sobie je wymarzyć, a drugi - konsekwentnie realizować.”

Droga nie jest łatwa. I właśnie dlatego ma sens. Realizując trudne cele, sprawdzamy siebie - kim jesteśmy, jak reagujemy na porażki, ile potrafimy znieść. To, jak mówi Dorota, upiększa i uczłowiecza. Podobne podejście, stawiające etos nad wygodę, wyznają młodzi alpiniści, tacy jak Oswald Rodrigo Pereira i Bartek Ziemski, którzy na Makalu i Kanczendzondze udowodnili siłę partnerstwa.

„Skacz wyżej” - filozofia mierzenia się z trudnościami

W świecie, który coraz częściej unika wysiłku i promuje szybkie, powierzchowne sukcesy, Dorota mówi wprost: nie bójmy się trudności.

„Im więcej problemów, im więcej przeszkód, to skaczmy wyżej. Bo później ten efekt to jest dokładnie to, co chcieliśmy osiągnąć - i to nas uskrzydla.”

To ważny głos szczególnie dziś - w czasach rozmycia autorytetów i krótkoterminowego myślenia. Dorota zachęca młodych ludzi, by szukali wzorców w osobach prawdziwych, które nie ukrywają, że ich droga była długa, trudna i pełna zakrętów. Oznacza to, że liczy się nie tylko czysta ambicja, ale i etyczna postawa, którą Dorota symbolizuje. To podejście rezonuje z refleksjami legendy Eigeru, Roberta Jaspera, o powrocie na szczyt mimo tragedii i konieczności mierzenia się z własnymi ograniczeniami.

Dorota Rasińska-Samoćko i Cecylia Kukuczka podczas spotkania górskiego.
Dorota Rasińska-Samoćko w otoczeniu uczestników spotkania poświęconego himalaizmowi.

Bo oprócz talentu i pasji liczą się trzy rzeczy, które Dorota nieustannie podkreśla:

  • wytrwałość,
  • systematyczność,
  • wiara w to, że trudności da się pokonać.

Podwójna Korona - kolejny rozdział

Zdobycie Korony Himalajów i Karakorum nie zamyka tej historii. Dorota realizuje już kolejny projekt - Podwójną Koronę, czyli połączenie Korony Himalajów i Karakorum z Koroną Ziemi (najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów). Ten podwójny cel, który zakłada zdobycie łącznie 21 najważniejszych szczytów świata, jest absolutnie unikalny i stawia poprzeczkę na niebotycznym poziomie.

„Wtedy będę pierwszą kobietą na świecie, która będzie miała taką Koronę.”

To naturalna kontynuacja drogi, a nie pogoń za kolejnym rekordem. Kolejne góry dają kolejne doświadczenia i kolejną satysfakcję - spokojną, dojrzałą, wynikającą z procesu, a nie z jednego momentu na szczycie. Projekt ten symbolizuje dążenie do pełnego komplementaryzmu w eksploracji górskiej, łącząc wysokość z techniczną i logistyczną różnorodnością kontynentów.

Zakończenie i zaproszenie

Historia Doroty Rasińskiej-Samoćko pokazuje, że największym osiągnięciem nie jest sam wierzchołek, lecz droga, która do niego prowadzi. Droga pełna pracy, wątpliwości, samotnych decyzji i konsekwencji.

Dorota Rasińska-Samoćko prowadzi prelekcję o Koronie Himalajów i Karakorum.

To opowieść o wolności, odpowiedzialności i odwadze mierzenia się z własnymi granicami. I dowód na to, że marzenia - nawet te najbardziej nierealne - naprawdę można zrealizować.

***

Jeśli organizujesz wydarzenie, na którym padają tak inspirujące słowa i powstają tak motywujące historie, zapraszam do współpracy - uwiecznimy je dla przyszłych pokoleń.

A jeśli Twoje materiały z podróży czekają, aby zamienić się w porywającą opowieść, sprawdź moją ofertę montażu filmów.

Jeśli doceniasz moją pracę i chcesz wspierać powstawanie kolejnych materiałów - możesz postawić mi wirtualną kawę. Dziękuję!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

11 gru 2025

Krzysztof Wielicki: Masz w sobie Everest. O wspinaczce, wierze i dlaczego nie wolno się poddawać

Są ludzie, których słowa mają ciężar najwyższych szczytów. Krzysztof Wielicki - jedna z legend polskiego i światowego himalaizmu - należy do tego grona. Miałem zaszczyt gościć go w miejscu, które również inspiruje do przekraczania granic - Resorcie Nosalowy Dwór w Zakopanem. Tym razem rozmowa nie dotyczyła jednak wyłącznie bicia rekordów. Mówiliśmy o sprawach najważniejszych - wierze, pokorze i o tym, dlaczego warto się zmęczyć.

Krzysztof Wielicki serdecznie obejmuje uczestniczkę podczas spotkania.

Wielicki to człowiek, który kocha ludzi i chętnie się z nimi spotyka. Ale nie po to, by opowiadać o swoich sukcesach - jak sam podkreśla: „Bo to jest wszystko względne, prawda?”. Jego celem jest inspiracja. Chce mówić ludziom, że nie należy się poddawać i że każdy ma w sobie moc, by coś osiągnąć. To dotyczy nie tylko gór, ale całego życia.

Każdy ma swój Everest: o zmęczeniu jako wartości

Wielicki od lat obserwuje pewien trend: młodzi ludzie szybko się poddają. W świecie, który unika wysiłku, przypomina, że zmęczenie jest wartością. Nie czymś negatywnym - przeciwnie, to droga do identyfikacji z własnym osiągnięciem.

„Ja tak se myślę, że według tej filozofii, że każdy ma swój Everest, żeby ludzie chcieli się realizować, coś osiągać, żeby chcieli się identyfikować z sukcesami swoimi drobnymi” - mówi. A ten Everest może mieć wiele form:

  • Wejście na szczyt.
  • Napisanie książki.
  • Zrobienie filmu, namalowanie obrazu.
  • Posadzenie drzewa, pomalowanie płotu.

Ważne, by na końcu móc powiedzieć: „O, moja robota. Ja to zrobiłem”. To właśnie ta satysfakcja, poczucie sprawczości, do którego himalaista zachęca. Jest to niezwykle bliskie temu, o czym rozmawialiśmy podczas mojej poprzedniej rozmowy z Krzysztofem Wielickim o alpinizmie, sportowych rekordach i zmieniającej się etyce.

Step by step - dlaczego cierpliwość ratuje życie

Wielicki ma kluczową radę dla młodego pokolenia wspinaczy i wszystkich, którzy chcą osiągnąć coś wielkiego: cierpliwość. „Take it easy” - mówi. Dziś wiele osób próbuje ominąć etapy i iść na skróty, ale w górach to nie jest bezpieczna droga.

Krzysztof Wielicki podpisuje swoją książkę podczas wydarzenia.Krzysztof Wielicki podpisuje książkę podczas rozmowy z uczestniczką w trakcie wydarzenia.

W górach wysokich największą wartością jest doświadczenie, a to zdobywa się powoli, krok po kroku:

„Step by step, krok po kroku, bo ona jest ta droga na pewno bardziej bezpieczna. Tak jak myśmy szli ze skałek w Tatry, Alpy, dalej wyżej, dalej wyżej - prawda? Na pewno jest droga bezpieczna”.

Łatwo się poddać, gdy inni nie zrobili czegoś przed tobą. Ale Wielicki przypomina o sile wiary. „Ja trzy razy próbowałem Lhotse, nie wszedłem nocy, ale trzy razy próbowałem, bo wierzyłem w to, że wejdziemy.”

Art of suffering i budowanie charakteru

Himalaista wraca również do tematu porażek, które są nieodłącznym elementem drogi. W życiu warto mieć trochę „tak w górkę, z górki, pod górkę, znów z górki” - bo to nas właśnie buduje. Pokonanie trudności daje siłę na kolejne: „Nie takie rzeczy robiłem, następną trudność też zrobię”.

Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestnikiem o charakterystycznych dredach.
Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestniczką spotkania w Zakopanem.

W tym tkwi esencja himalaizmu - w nieustannym sprawdzaniu siebie i przekraczaniu własnych granic. A to, wbrew pozorom, przekłada się na wszystkie aspekty życia.

Warto słuchać legend. Opowiadajmy Twoją historię!

Jeśli Twoja organizacja stawia na wartości, wytrwałość i inspirację - dokładnie tak, jak robi to Krzysztof Wielicki - warto to pokazać światu.

Jeśli organizujesz podobne spotkania, prelekcje, szkolenia lub wydarzenia górskie - zapraszam do współpracy. Razem stworzymy relację, która zainspiruje tysiące osób!

A jeśli masz nagrania z wypraw, które czekają na montaż - sprawdź moją ofertę montażu filmów.

Doceniasz inspirację? Możesz postawić mi wirtualną kawę lub ciasto. Dziękuję!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

4 lip 2025

Wanda Rutkiewicz: Ostatnia Wyprawa – Głos, Który Musiał Powstać na BellaTOFIFEST

W świecie himalaizmu, gdzie historie pisane są na wysokościach, a legendy rodzą się w cieniu ośmiotysięczników, postać Wandy Rutkiewicz wciąż budzi podziw, ale i niezliczone pytania. Na 23. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST, w programie którego znalazł się poruszający dokument „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” w reżyserii Elizy Kubarskiej, mieliśmy wyjątkową okazję zagłębić się w tę niezwykłą biografię. Film ten, stanowiący świadectwo życia i tajemnicy, wzbogacają osobiste refleksje takich gigantów gór, jak Reinhold Messner i Krzysztof Wielicki, co nadaje mu dodatkowej, historycznej perspektywy. Po projekcji, w sobotę 28 czerwca 2025 roku, publiczność miała szansę spotkać się z reżyserką Elizą Kubarską oraz Darią Sierocką, współtwórczynią tego poruszającego dokumentu. To nie tylko hołd dla ikony, ale przede wszystkim niezwykła próba zrozumienia kobiety, która na zawsze zmieniła oblicze kobiecego wspinania, a jej historia wciąż rezonuje, inspirując i prowokując do refleksji nad ludzkimi wyborami i ceną marzeń.

Spotkanie z reżyserką Elizą Kubarską i Darią Sierocką po projekcji filmu "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" na festiwalu BellaTOFIFEST.
fot. Julia Marszewska / Tofifest

Narodziny Wizji - Długi Proces Tworzenia Głosu dla Wandy

Eliza Kubarska, z pasją i zaangażowaniem, przyznaje, że myśl o filmie o Wandzie Rutkiewicz kiełkowała w niej od 2013 roku. To było marzenie, które dojrzewało powoli, ale nieustannie. Mimo że powstało już wiele produkcji o tej wybitnej himalaistce - głównie przed rokiem 2000, a także seriale telewizyjne po 2000 roku - Kubarska czuła, że brakuje im „tego czegoś”, co oddałoby Wandzie sprawiedliwość, pozwoliło jej przemówić własnym głosem. „Cały czas czułam, że brakuje mi takiego filmu, który dałby ten głos Wandzie, bo właściwie można powiedzieć, że tego było bardzo niewiele” - mówiła podczas festiwalowej dyskusji. To pragnienie podyktowane było nie tylko zawodowym instynktem filmowca i dokumentalistki, ale także głębokim, osobistym związkiem z postacią Rutkiewicz, która odcisnęła piętno na jej własnej drodze wspinaczkowej.

Reżyserka z humorem wspomina, jak długo zbierała się na odwagę, myśląc, że „kurczę, jaka historia, na pewno ktoś to zrobi”. Ale nikt nie podejmował się tego wyzwania, co ostatecznie popchnęło ją do działania. Cały proces przygotowywania filmu, a co za tym idzie, uwzględniania i kreowania postaci Wandy Rutkiewicz, był złożony i organiczny. Eliza przyznaje, że nie miała z góry ustalonej, kompletnej wizji. Choć posiadała pewną wiedzę o biografii Wandy, to pełny obraz himalaistki rodził się w miarę zapoznawania się z kolejnymi materiałami archiwalnymi - listami, pamiętnikami - i przeprowadzania wywiadów. Każda nowo odkryta informacja, każdy fragment, dodawały kolejne, zaskakujące warstwy do portretu tej niezwykłej kobiety, ukazując ją w zupełnie nowym świetle.

Wanda w Pamięci Pokoleń - Zderzenie Narracji i Osobiste Odkrycia

Dla Elizy, która w chwili zaginięcia Wandy miała zaledwie 14 lat, Rutkiewicz była postacią znaną z domu, symbolem wolności i siły, niemalże ikoną emancypacji. Jej mama podziwiała Wandę jako „silną kobietę, która żyła tak, jak chciała żyć”, co w tamtych trudnych czasach, tuż po komunizmie, było niezwykle odważne i rzadkie. Taki obraz Wandy utrwalił się w świadomości młodej Elizy. Dopiero później, gdy Kubarska sama zaczęła wspinać się i weszła w środowisko górskie, zderzyła się z zupełnie inną narracją o Wandzie - bardziej krytyczną, pełną plotek i często niesprawiedliwych pomówień. To zderzenie skrajnych opowieści - podziwu z jednej strony, a krytyki i umniejszania z drugiej - stało się kluczowym impulsem do głębszego poznania biografii Wandy. „Czułam, że właśnie nie wszystko [o niej] zostało powiedziane, ale nie znałam jeszcze dokładnie wszystkich detali z jej biografii. Po prostu zaczęłam czuć… kurczę, tam coś jest na rzeczy” - wspominała reżyserka, podkreślając, jak te sprzeczne narracje budziły w niej intuicję, że za tym wszystkim kryje się głębsza i bardziej złożona prawda.

Z każdym odkrywanym detalem, biografia Wandy Rutkiewicz stawała się dla Elizy Kubarskiej coraz bardziej poruszająca, a nawet szokująca. „Zaczęłam odkrywać rzeczy, o których nie wiedziałam, które były bardzo, bardzo mocne i które mnie zaczęły po prostu, nie wiem, szokować, ale też budzić we mnie dużo takiego smutku” - opowiadała. Szczególnie bolesne było dla niej, jako kobiety wspinającej się, odkrycie, że pewne zachowania i schematy krzywdzenia kobiet w górach powtarzały się. To, co zaczęło się jako chęć opowiedzenia historii niezwykłej kobiety, szybko przerodziło się w misję. Film skupia się na dwóch ostatnich latach życia Wandy, odsłaniając tajemnice i niedopowiedzenia, o których w środowisku mówiło się niewiele. Osiągnięcia Rutkiewicz są powszechnie dostępne, ale to, co wydarzyło się pod koniec jej życia, wymagało dogłębnego śledztwa, by dotrzeć do prawdy, która często była spychana na margines.

Misja i Tajemnica Ostatnich Lat - Świadectwa Legend

W dokumencie "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" pojawiają się nie tylko wspomnienia bliskich Wandy, ale także głosy najbardziej doświadczonych postaci himalaizmu, którzy znali jej drogę i często dzielili z nią górskie szlaki. Udział Reinholda Messnera i Krzysztofa Wielickiego dodaje filmowi nieocenionej wartości. Ich świadectwa i perspektywy, często poruszane również w wywiadach na łamach Okiem Obiektywu (jak choćby w naszej rozmowie o tym, czy alpinizm jest sportem z Messnerem, czy o górach, rekordach i wartościach z Wielickim), rzucają światło na epokę, w której Wanda działała, oraz na specyfikę środowiska, które ją otaczało. Ich obecność w filmie podkreśla, jak głęboko Wanda Rutkiewicz zapisała się w historii światowego himalaizmu.

Zburzyć Pomnik, Pokazać Człowieka - Prawda o Wandzie

Jednym z największych atutów filmu jest jego bezkompromisowe podejście do postaci Wandy Rutkiewicz. To nie jest laurka, ani próba idealizowania. Reżyserka świadomie unikała budowania nieskazitelnego pomnika, który często powstaje wokół legendarnych postaci. W końcu Wanda „była i taka i taka”, a prawdziwa historia himalaistki jest znacznie bardziej złożona niż legenda. Eliza Kubarska, wraz z Darią Sierocką, która aktywnie wspierała ją w researchu i śledztwie, dzięki dostępowi do prywatnych pamiętników i listów Wandy, mogły poznać ją „może nawet lepiej niż ludzie, którzy ją spotkali”. Ten ekskluzywny dostęp do jej myśli pozwolił im stworzyć portret głęboko ludzki, pełnokrwisty, zmagający się z problemami, radościami i smutkami, daleki od jednowymiarowej ikony.

Film odważnie demaskuje wiele niesprawiedliwych pomówień, które krążyły wokół Wandy, szczególnie ten o „zostawianiu ludzi w górach”, który, jak podkreśla Kubarska, jest absolutnym kłamstwem. Wanda nigdy nikogo nie porzuciła, choć sama wielokrotnie była zostawiana przez towarzyszy. Jej siła i determinacja, które u mężczyzn-liderów byłyby podziwiane i traktowane jako naturalne cechy przywódcze, u niej były często piętnowane jako „trudny charakter”. Film wyraźnie pokazuje, że środowisko górskie potrafiło być okrutne, a sukcesy kobiet bywały umniejszane, co budziło głębokie oburzenie Elizy. Wanda Rutkiewicz, choć sama nie uważała się za feministkę w klasycznym tego słowa znaczeniu, walczyła o siebie i o inne kobiety, jako pierwsza organizując kobiece wyprawy i próbując przebić „kamienny sufit”, który ograniczał ich możliwości w męskim świecie Himalajów.

Wrażliwość ukryta za siłą i Fascynujące Teorie

Wanda Rutkiewicz jawi się w filmie jako kobieta niezwykle silna i zdeterminowana, z jasno określonym celem. Jednak prawdziwym odkryciem dla reżyserki była jej głęboka wrażliwość. „Dla mnie odkryciem było to, że to była naprawdę wrażliwa kobieta… jak wiele w sobie musiała jednak tłumić, jak silna tym bardziej była, że tego wszystkiego nie pokazywała na zewnątrz” - opowiada Eliza. Ten aspekt, tak rzadko poruszany w publicznych narracjach, dodaje postaci Wandy niezwykłej głębi i sprawia, że staje się ona jeszcze bardziej bliska widzowi, ukazując jej wewnętrzne zmagania.

Film odważnie porusza również najbardziej kontrowersyjną teorię dotyczącą zaginięcia Wandy - możliwość, że sfingowała swoją śmierć i zaszyła się w tybetańskim klasztorze. Choć początkowo ta hipoteza spotykała się z niedowierzaniem, a nawet śmiechem ze strony ekipy filmowej, reżyserka podeszła do niej bardzo poważnie, traktując ją jako klucz do zrozumienia całej historii. W filmie pojawiają się świadectwa, w tym wspomnienia przyjaciółki Wandy, Ewy Matuszewskiej, o tajemniczym telefonie od Wandy po jej zaginięciu, a także relacje zakonników, którzy rzekomo rozpoznali ją na zdjęciu w Himalajach. Daria Sierocka potwierdza, że z racjonalnego punktu widzenia „zejście na tybetańską stronę jest fizycznie możliwe”. Film daje do myślenia, że Wanda miała wiele powodów, dla których mogła chcieć zniknąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej samotność, wyczerpanie i zły stan psychiczny w ostatnich latach życia, które skłaniały ją do ucieczki od otaczającej rzeczywistości.

Echo Wandy w Teraźniejszości - Osobiste Przeżycia i Misja Filmu

Produkcja filmu była ogromnym wyzwaniem, nie tylko pod względem logistycznym, ale i psychicznym dla Elizy Kubarskiej. Reżyserka, która sama doświadczyła okrucieństwa i pomówień w środowisku górskim, przyznaje, że film zadziałał na nią terapeutycznie. „Dzięki Wandzie dostałam odwagę, że ja się nie boję już o tym mówić” - wyznała, porównując swoje doświadczenia do „syndromu osoby zgwałconej”, gdzie czuła się zawstydzona tym, co ją spotkało. To poruszające świadectwo pokazuje, jak głęboko historia Wandy rezonuje z osobistymi doświadczeniami twórczyni, a film stał się narzędziem do przepracowania własnych traum.

Film nie jest o odegraniu się, ani o osobistej zemście, ale o zwróceniu uwagi na problem dyskryminacji kobiet w himalaizmie, umniejszania ich sukcesów, problemów, które mimo upływu lat wciąż są obecne. Jak zaznacza Daria Sierocka, „minęło to 20-30 lat, a środowisko się nic nie zmieniło. I jest ogromna dyskryminacja kobiet, o tym klimaleizmie, we wspinaczce. Sukcesy kobiet dalej są umniejszane”. Wanda Rutkiewicz „otworzyła nam, kobietom, drogę w Himalaje… walczyła o siebie i walczyła właśnie o te kobiety”, starając się przełamać utarte schematy. Reżyserka ma nadzieję, że film skłoni widzów do refleksji i sprawi, że podobne krzywdy nie będą się już wydarzać. To hołd dla niezwykłej kobiety i przypomnienie, że historię trzeba badać, a wnioski wyciągać z rozwagą i krytycznym myśleniem, zwłaszcza w dobie fake newsów i hejtu, które, jak sama Eliza doświadczyła, mogą zniszczyć ludzkie życie. Historia Wandy Rutkiewicz, opowiedziana z taką wrażliwością i determinacją, jest bezcenną lekcją dla nas wszystkich, zachęcającą do poszukiwania prawdy i stawiania czoła niesprawiedliwości.

18 cze 2025

Adam Bielecki w Himalajach – styl „na lekko”, etyka wspinaczki i alarm klimatyczny

Tekst powstał na podstawie wystąpienia himalaisty podczas III Festiwalu Opowieści Podróżniczych „Podróżýj” w Mosinie (czerwiec 2025) oraz szerokiej kwerendy źródłowej, w tym mojego wywiadu z września 2024 r. - Dramatyczne zmiany w górach – Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce. 

Tam, gdzie kończy się tlen – wielowymiarowy portret Adama Bieleckiego


Adam Bielecki w żółtej koszulce Black Yak, z mikrofonem na scenie festiwalu, uchwycony w półuśmiechu przy jasnym ekranie

Adam Bielecki od blisko dwóch dekad przesuwa granice polskiego – a w wielu aspektach także światowego – himalazimu. Już jako siedemnastolatek samotnie stanął na Chan Tengri, w 2011 r. bez tlenu zdobył Makalu, a w marcu 2012 r. wraz z Januszem Gołąbem dokonał pierwszego zimowego wejścia na Gaszerbrum I; pięć miesięcy później – również bez tlenu – zameldował się na szczycie K2. Lista sukcesów jest długa, ale sam Bielecki podkreśla, że prawdziwa wartość wspinaczki kryje się w decyzjach podejmowanych pomiędzy szczytami: „W górach uczysz się pokory szybciej niż w jakiejkolwiek innej szkole; tam błąd jest wykładowcą o natychmiastowej skuteczności”

Pokora i styl fair means

Himalaista powtarza, że pierwszą lekcją była konieczność odwrotu z powodu obrzęku płuc; odtąd każdą ekspedycję poprzedza „mentalnym treningiem przegranej”. W praktyce wygląda to tak: już w bazie wizualizuje scenariusz, w którym traci depozyt sprzętu, miesiące przygotowań i potencjalną premię sponsorską – wszystko po to, by na wysokości, gdzie saturacja tlenu spada o połowę, móc bez wahania odwrócić się plecami do własnej ambicji.

To właśnie pokora popycha go ku stylowi fair means: minimum sprzętu, mały zespół, zero dodatkowego tlenu, pełna autonomia. „Styl alpejski polega na tym, że wszystko, co potrzebujemy, zakładamy na plecy. Idziemy, wspinamy się, śpimy, schodzimy i wracamy do domu” - tłumaczył w Mosinie. Te słowa nabierają wagi, gdy przytoczy się szczegół: w jego krakowskim mieszkaniu stoi namiot hipoksyjny; trzy godziny dziennie pedałuje tam na rowerku w powietrzu z 12 % tlenu, by skrócić aklimatyzację w górach.

Komercjalizacja a etyka

Skrajnie odmienny obraz rysuje się na popularnych ośmiotysięcznikach. W 2022 r. Pakistan wydał 207 pozwoleń na K2; jednego dnia na grani poruszało się równocześnie ok. 150 osób. Dla Bieleckiego to symbol erozji etosu: „K2 w lipcu przypomina metro w Seulu w godzinach szczytu” – mówi z goryczą. Jego własne doświadczenie potwierdza chaos: podczas wejścia na tę górę utknął w korku tlenowych „turystów”, którzy – jak przyznaje – „czekali na swoją kolej jak w supermarkecie”.

Szeroki kadr: Adam Bielecki stoi przed ekranem z trzema zdjęciami wspinaczek; na pierwszym planie tłum widzów w kinowej sali festiwalu

Kluczowy element tego problemu to uzależnienie sukcesu od butli z tlenem. Wąskie gardła – Bottleneck na K2 czy Kuluar Francuski na Annapurnie – zamieniają się w kolejki, w których słabszy klient spada zwykle na barki lokalsów. „Na K2 pyta się nas Where is your Sherpa? – dla ludzi pracujących tam od lat widok białego wspinacza bez szerpy to abstrakcja”.

Etyczne konsekwencje komercji najdobitniej pokazuje akcja ratunkowa na Nanga Parbat (2018): Bielecki i Denis Urubko przerwali własną wyprawę, by nocą wspiąć się 1200 m w pionie i sprowadzić Élisabeth Revol. Zdarzenie uwiecznione w setkach kamer stało się dla niego definicją priorytetu: „Sponsor liczy lajki, ale wartość wspinaczki mierzy się decyzjami, gdy nikt nie patrzy”.

Himalaje w dobie kryzysu klimatycznego

Zmiany klimatyczne sprawiają, że dawne drogi wspinaczkowe dosłownie topnieją. Naukowcy szacują, że jęzor lodowca Khumbu cofa się dziś w tempie 7–15 m rocznie; od połowy XIX w. skurczył się łącznie o niemal 500 m. Po stronie nepalskiej katastrofa przybrała formę gwałtownego rozrostu jezior morenowych, które w ciągu kilku godzin mogą spustoszyć całe doliny. Bielecki ilustruje to slajdem: jeszcze w 2010 r. twardy lód wyścielał kuluar Lodowego Szerpa; dziś zwisa nad nim płachta kruchego granitu. „Musimy rysować mapy ścian od nowa – seraki odrywają się w miejscach, gdzie kiedyś stały jak skała”.

W odpowiedzi powołał z glacjologami UW projekt Glaciers Watch. W ramach najbliższej wyprawy – trzyosobowego ataku na dziewiczy wschodni filar Kabru North (7363 m) – zamierza zamontować automatyczną stację meteo powyżej 6000 m, zasilaną panelami słonecznymi. „Jeśli chcemy rozmawiać o topnieniu lodowców, potrzebujemy danych in situ, a nie samych wykresów z orbity” – argumentuje.

Eksploracja, nowe drogi i przyszłość

Zamiast powiększać kolekcję czternastu ośmiotysięczników Bielecki wybiera dziewicze ściany. W 2024 r. w pakistańskiej dolinie Shimshal wraz z czterema partnerami wszedł na sześć dziewiczych szczytów; na Gunder Sar stanęli jako pierwsi ludzie w historii, a w oddali migotało K2 z 165-osobową procesją. „Wolę się wspinać po trudnym, gdzie moje życie zależy ode mnie, nie od butli i poręczówek” - deklaruje.

Profilowe ujęcie Adama Bieleckiego gestykulującego lewą ręką, mikrofon na policzku, czarne tło sceny

Podobnie brzmiała motywacja do wspinaczki na kaszalku Mandługiego: dwie godziny wspinaczki w kruchym przewieszeniu, po którym stanęli na wierzchołku jedynego polskiego wariantu na ośmiotysięczniku od ćwierć wieku.

Najbliższa przyszłość? Po Kabru North czeka planowana na zima–wiosna 2026 r. ekspedycja badawczo-sportowa w okolice południowej ściany Annapurny. Tam śmiertelność sięga dziś ~38 % - głównie za sprawą seraków, które odpadają bez ostrzeżenia. Zdaniem Bieleckiego klucz do obniżenia ryzyka to „gwałtowne ograniczenie ruchu turystycznego i przejście na styl lekki – im mniej żelastwa, tym mniej ekspozycji na zagrożenia obiektywne”.

Podsumowanie: lekcja odpowiedzialności dla tych, którzy zostają na dole

Opowieść Bieleckiego daleka jest od heroicznej fanfary. To raczej studium drogi, na której każdy krok waży się między ambicją a odpowiedzialnością, między sukcesem a ratunkiem, między śladem buta a śladem węglowym. Góra jest tu lustrem: jeśli w dolinie nie potrafisz segregować śmieci, zostawisz je także na Everescie. Jeśli w życiu codziennym nie przyjmujesz porażki, w strefie śmierci też jej nie przyjmiesz – a tam konsekwencje liczy się w oddechach.

Dlatego pytania, które himalaista zadawał w Mosinie, pozostają uniwersalne: Gdzie leży Twoja granica? Czy umiesz zawrócić, zanim będzie za późno? I co zrobisz z wiedzą, że świat, w którym żyjemy, topnieje szybciej, niż potrafimy to pojąć? Jeśli odpowiedzi są niewygodne – to dobrze. Góry od zawsze służyły temu, by nie było nam zbyt wygodnie, a Adam Bielecki przypomina, że prawdziwa wspinaczka zaczyna się tam, gdzie kończy się tlen i zaczyna odpowiedzialność. 

24 lis 2024

Zdeněk Hák. Artysta wspinaczki i ambasador gór

W świecie alpinizmu i wspinaczki wysokogórskiej nazwisko Zdeněk Hák budzi podziw i szacunek. Ten czeski wspinacz, znany również jako "Háček", łączy w sobie pasję do gór z głębokim zrozumieniem ich natury. Jego osiągnięcia, filozofia wspinaczki oraz szacunek dla tradycji czynią go postacią wyjątkową w środowisku górskim. Háček, swoją determinacją i umiejętnościami, podbił serca miłośników gór na całym świecie, jednocześnie pozostając wiernym prostocie i pokorze, które wynikają z życia blisko natury.

Zdeněk Hák. Artysta wspinaczki i ambasador gór

Początki i Miłość do Gór

„Nazywam się Zdeněk Hák. Jestem z Republiki Czeskiej, i jestem wspinaczem, wspinaczem na piaskowce, alpinistą wysokogórskim i przewodnikiem górskim.” Te słowa wprowadzają nas w świat człowieka, który od najmłodszych lat był związany z górami. Mieszkając w malowniczym Czeskim Raju oraz w Karkonoszach, Hák rozwijał swoją pasję do wspinaczki na piaskowcach, co stało się fundamentem jego kariery alpinistycznej.

Dorastając w otoczeniu skał i natury, Háček stopniowo odkrywał, że wspinaczka to nie tylko sport, ale także forma artystycznego wyrazu, gdzie każdy ruch i każda decyzja są jak pociągnięcia pędzla na płótnie górskiego krajobrazu. Jego miłość do gór wzmocniła się z czasem, gdy zaczął eksplorować wyższe i bardziej wymagające tereny, aż w końcu znalazł się wśród najlepszych alpinistów na świecie.

Spektakularne Osiągnięcia

Hák może pochwalić się imponującym dorobkiem. „Na swoim koncie mam około ośmiu pierwszych wejść w Himalajach i niezliczoną ilość pierwszych wejść na naszych skałach piaskowcowych.” Jednak jednym z najważniejszych dokonań Háka jest pierwsze wejście na Muču Kiš (7 453 m n.p.m.) w paśmie Hispar Muztagh, Karakorum. Ten szczyt był uważany za najwyższy niezdobyty wierzchołek na świecie.

„Podróżowaliśmy tam jako trójka przyjaciół z Karkonoszy: ja, Radoslav Groh i Jaroslav Bánský. I w końcu udało nam się zdobyć go.” Ekspedycja była ogromnym wyzwaniem zarówno pod względem technicznym, jak i logistycznym. Sukces tego przedsięwzięcia dowodzi nie tylko niezwykłej determinacji zespołu, ale także ich umiejętności współpracy w trudnych, surowych warunkach.

Nie można jednak pominąć codziennych wyzwań związanych z dokumentowaniem takich wypraw. „Miał cztery kamery. Cztery kamery. Jedna kamera, druga kamera, jeden dron, drugi dron. Pierwszy dron – nie działa. Drugi dron latał tylko 100 metrów w górę i 100 w dół. Pierwsza kamera – nie działała, druga kamera – nie działała, a Camera Man pali papierosa.” Ten anegdotyczny ton Háka pokazuje, że nawet w obliczu przeciwności, wspinacz potrafi zachować dystans i humor.

Zmieniający się Krajobraz Górski

„Wspinam się w górach jakieś 20 lat, 15-20 lat, a w Alpach te zmiany widać gołym okiem.” Háček, jako świadek zmian klimatycznych, zauważa dramatyczne cofanie się lodowców w Alpach. „Trochę mnie smuci, że swoim dzieciom nie będę mógł pokazać tych gór w kondycji, w jakiej je jeszcze widziałem ja.”

Jego refleksje na temat wpływu człowieka na środowisko górskie to ważne przesłanie dla przyszłych pokoleń. Wspomina, że niektóre trasy wspinaczkowe stają się coraz trudniejsze, a zmieniający się krajobraz wpływa na bezpieczeństwo alpinistów. W tych słowach wybrzmiewa nie tylko troska o przyszłość gór, ale także głęboka pokora wobec ich potęgi.

Inspiracje i Wzory

Hák zawsze podkreślał, jak ważni byli dla niego inni wspinacze, szczególnie Polacy. „Oprócz czeskich wspinaczy, moimi największymi wzorami byli zawsze Kurtyka, Kukuczka i Wielicki.” Hák czerpał inspirację od polskich himalaistów, szczególnie podziwiając ich osiągnięcia w zimowych wejściach. „Uważam, że polski himalaizm jest znany przede wszystkim z pierwszych wejść i zimowych wspinaczek w Himalajach, i to mnie zawsze imponowało.”

W jego domu do dziś znajdują się książki o Kurtyce, Kukuczce i Wielickim, które czytał jako dziecko. Te lektury miały ogromny wpływ na jego podejście do wspinaczki, a także na jego zrozumienie wartości współpracy i pokory w górach.

Filozofia Wspinaczki

Dla Háka wspinaczka to nie tylko sport, ale przede wszystkim sposób na życie i odkrywanie siebie. Jego podejście łączy techniczną doskonałość z duchowym doświadczeniem. „Każdy szczyt to historia, którą trzeba opowiedzieć.”

Háček wierzy, że prawdziwą esencją wspinaczki jest umiejętność dostosowania się do natury i odkrywanie nowych dróg, zarówno w sensie fizycznym, jak i metaforycznym. Jego filozofia wspinaczki przyciąga młodych alpinistów, dla których staje się nie tylko mentorem, ale również wzorem do naśladowania.

Podsumowanie

Zdeněk Hák to postać, która łączy w sobie pasję, profesjonalizm i głębokie zrozumienie gór. Jego osiągnięcia inspirują, a refleksje nad zmieniającym się krajobrazem górskim skłaniają do przemyśleń nad przyszłością alpinizmu. Jego historia to dowód na to, że prawdziwa miłość do gór wymaga nie tylko odwagi, ale także pokory i szacunku dla natury.

Háček jest nie tylko alpinistą, ale również ambasadorem gór, który swoimi działaniami i słowami przypomina, jak ważna jest ochrona tego pięknego, ale kruchego świata. Jego życie to opowieść o przekraczaniu granic i dążeniu do ideałów, które inspirują kolejne pokolenia miłośników gór.

Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

Denis Urubko to postać, która na trwałe wpisała się w historię światowego himalaizmu. Wyjątkowy wspinacz, filozof i człowiek, który żyje zgodnie z zasadą, że wolność jest nieodłącznym elementem odpowiedzialności. W rozmowie, której zapis stał się podstawą tego tekstu, Denis dzielił się refleksjami o górach, marzeniach i wyjątkowej drodze, jaką przebył, by osiągnąć to, co wydawało się niemożliwe.

Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

Wolność w górach i w życiu

Jak sam mówi, góry są symbolem wolności - przestrzenią, w której człowiek mierzy się z samym sobą. Denis podkreśla jednak, że wolność bez odpowiedzialności jest niczym więcej niż anarchią. Dlatego tak ważne jest dla niego, aby każda wyprawa była dokładnie przygotowana i przeprowadzona w poszanowaniu dla ludzi oraz przyrody. „Powinniśmy zawsze wrócić do tych, którzy na nas czekają - rodzin, przyjaciół”, podkreśla w rozmowie.

Wspomniane idee idealnie wpisują się w klimat i misję Resortu Nosalowy Dwór w Zakopanem, miejsca, które sprzyja refleksji. Te idee można odnaleźć także w szerszym kontekście zmian zachodzących w górach, o których na Twoim blogu mówił Adam Bielecki. W artykule „Dramatyczne zmiany w górach: Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce” poruszane są kwestie zmian klimatycznych, etyki wspinaczkowej i odpowiedzialności za ślad, jaki zostawiamy w przyrodzie. To wartości, które zarówno dla Denisa, jak i Adama, są fundamentem ich działalności. Bielecki przypomina, że troska o środowisko i przestrzeganie zasad etyki górskiej to nie tylko moralny obowiązek, ale także wyzwanie, które wspinacze muszą podejmować każdego dnia.

Filozofia wspinaczki

Urubko wielokrotnie powtarza, że w górach szuka czegoś więcej niż rekordów. To miejsce, w którym można odnaleźć równowagę, harmonię i zrozumienie siebie. Inspiracje czerpie od takich legend jak Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, którzy wyznaczyli standardy zimowego himalaizmu. Dla Denisa każda nowa droga czy wyzwanie to nie tylko sportowy wyczyn, ale również wkład w historię, którą inni będą kontynuować.

Jednocześnie Denis, podobnie jak Adam Bielecki, dostrzega niepokojące zmiany w środowisku górskim. Śmieci, zniszczenia krajobrazu czy komercjalizacja wypraw to problemy, które wpływają na ich wspólną przestrzeń pasji. Dlatego obaj apelują o odpowiedzialność i zachowanie etycznych standardów w działaniach na dużych wysokościach.

Niezwykła relacja z Polską

Choć Urubko pochodzi z Kazachstanu, ma wyjątkowy związek z Polską. To tutaj znalazł wspólnotę wśród alpinistów i wsparcie w realizacji swoich marzeń. Polski Klub Alpejski, jak mówi, jest dla niego miejscem, które łączy odpowiedzialność z wolnością i pięknem eksploracji. „Bogusław Magrel daje prawdziwą dyrekcję naszej przygody”, zaznacza, dziękując za współpracę i inspirację.

Marzenia na przyszłość

Mimo że Denis jest świadomy ograniczeń swojego ciała, które zmienia się z wiekiem, nie porzuca marzeń. W jego planach wciąż są nowe drogi w Himalajach i powrót do zimowych wspinaczek, które od dawna są jego specjalnością. Jak sam mówi: „Marzenia są w głowie, a energia wciąż mnie napędza”.

Podsumowanie

Denis Urubko to nie tylko wspinacz, ale także myśliciel i artysta w świecie gór. Jego historia inspiruje do odważnego podążania za marzeniami, jednocześnie przypominając o odpowiedzialności za każdy krok. Jego życie to dowód na to, że w górach - podobnie jak w życiu - liczy się nie tylko szczyt, ale przede wszystkim droga, która do niego prowadzi.

Zachęcam Cię także do przeczytania artykułu „Dramatyczne zmiany w górach: Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce”, który rzuca światło na współczesne wyzwania, przed jakimi stoją wspinacze. Jest to ważny głos w dyskusji o przyszłości gór i naszej odpowiedzialności za ich los.

Zapraszam Was do śledzenia historii takich jak ta i odkrywania świata oczami tych, którzy przesuwają granice możliwego.

18 lis 2024

Cecylia Kukuczka. Życie u boku legendy

Jerzy Kukuczka – nazwisko, które budzi respekt w środowisku himalaistycznym i daleko poza nim. Człowiek, który wspiął się na szczyty, dosłownie i w przenośni, stając się jedną z największych legend światowego alpinizmu. Jednak za każdym wielkim himalaistą stoi rodzina, która często w cieniu wielkich wypraw dzieliła codzienne troski i lęki o bezpieczeństwo swoich bliskich. W rozmowie z Cecylią Kukuczką poznajemy nie tylko Jerzego jako wspinacza, ale przede wszystkim jako człowieka – męża, ojca i partnera.

Cecylia Kukuczka. Życie u boku legendy

Listy, które łączą światy

„Kiedy zaczęłam pisać książkę, nie wiedziałam, czy jestem gotowa” – mówi Cecylia Kukuczka. „To moi synowie namówili mnie, aby pozostawić ślad, wspomnienia o mnie i o ich ojcu”. Publikacja, o której opowiada, jest swego rodzaju intymnym świadectwem ich życia razem. Kluczowym elementem książki są listy Jerzego, pełne emocji i uczuć, które pozwalają zajrzeć w głąb relacji Cecylii i Jerzego. Pisane często z odległych zakątków świata, listy te są nie tylko dokumentacją ich wspólnego życia, ale także przypomnieniem, jak trudne było życie rodziny himalaisty.

„Długo zastanawiałam się, czy mogę te listy pokazać ludziom, bo były bardzo osobiste” – dodaje Cecylia. „Jednak ostatecznie uznałam, że to część naszej wspólnej historii, którą warto opowiedzieć.”

Himalaje widziane z bazy

Cecylia wspomina, że kiedy poznała Jerzego, nie miała pojęcia o wspinaczce górskiej. Dopiero ich wspólne życie wprowadziło ją w ten świat. „Nie namawiał mnie, abym towarzyszyła mu w wyprawach. Kiedy jednak bardzo chciałam zobaczyć Himalaje, prosiłam, by choć raz zabrał mnie do bazy, aby zobaczyć ich życie na żywo. Ale Jerzy zawsze powtarzał, że w górach rozpraszałoby go moje towarzystwo.”

Po śmierci Jerzego w 1989 roku Cecylia udała się pod południową ścianę Lhotse, by uczcić jego pamięć. „Chciałam pokazać góry naszym dzieciom. Myślę, że w ten sposób mój młodszy syn mógł lepiej zrozumieć, dlaczego ojciec wracał w góry, mimo ryzyka.”

Góry jako przestrzeń duchowa

J>erzy Kukuczka jest bohaterem na równi z Reinholdem Messnerem, którego filozofia wspinaczki – alpinizm jako sztuka, a nie sport – była bliska również Jerzemu. W rozmowie dla bloga „Okiem Obiektywu” Messner podkreślał, że góry to przestrzeń duchowa, a nie arena rywalizacji (przeczytaj wywiad). Cecylia Kukuczka dostrzegała podobne podejście w działaniach swojego męża, który z wielkim szacunkiem podchodził do natury gór i traktował je jako miejsce kontemplacji.

Z kolei Piotr Pustelnik, który kontynuuje tradycję polskiego himalaizmu, w rozmowie na blogu podkreślał, że Jerzy Kukuczka to postać, która na zawsze wpłynęła na polski styl wspinaczki (zobacz wywiad). To właśnie jego wytrwałość, innowacyjne podejście i odwaga inspirowały kolejne pokolenia wspinaczy.

Dziedzictwo Jerzego Kukuczki

Historia Jerzego i Cecylii Kukuczków to opowieść o miłości, pasji i oddaniu – zarówno górom, jak i rodzinie. Cecylia Kukuczka, otwierając się na świat i opowiadając swoją historię, przybliża nam człowieka, który był czymś więcej niż tylko himalaistą. Dzięki niej poznajemy Jerzego jako ojca i męża, dla którego życie w cieniu najwyższych szczytów było zarówno wyzwaniem, jak i sensem istnienia.

Cecylia Kukuczka: Listy z pionowego świata

Kiedy słyszymy imię Jerzy Kukuczka, niemal automatycznie myślimy o jednym z najwybitniejszych himalaistów w historii. Cecylia Kukuczka, żona Jerzego, rzuca nowe światło na postać, którą znamy głównie z wypraw na ośmiotysięczniki. Jej opowieść to historia o sile, miłości i wyzwaniach życia w cieniu wielkich gór.

Cecylia Kukuczka Listy z pionowego świataCecylia Kukuczka Listy z pionowego świata

Codzienność w czasach PRL

Lata działalności Jerzego przypadły na trudny okres PRL, kiedy brakowało wszystkiego – od sprzętu alpinistycznego po podstawowe produkty. Cecylia wspomina, jak kobiety wspierające wspinaczy robiły na drutach skarpety i czapki, które później były używane podczas wypraw. „Mężczyźni tamtych czasów byli jak herosi, którzy potrafili zorganizować wszystko z niczego” – mówi Cecylia.

Niełatwe realia tamtych czasów przypominają, jak różne było podejście do alpinizmu i życia górskiego w Polsce i na Zachodzie. Reinhold Messner, pierwszy człowiek, który zdobył Koronę Himalajów, w rozmowie na Twoim blogu podkreślał, że alpinizm nie jest sportem, lecz sztuką odkrywania samego siebie i przyrody (przeczytaj wywiad z Messnerem).

Relacja z Reinholdem Messnerem

Współpraca Jerzego z Reinholdem Messnerem to znany epizod w historii alpinizmu. Messner, tworząc muzeum poświęcone wspinaczce, poprosił Jerzego o przekazanie sprzętu z jego wypraw. Kukuczka dostarczył między innymi wełniane spodenki i skórzane buty, które wywołały zdziwienie zachodnich alpinistów przyzwyczajonych do nowoczesnych materiałów. To pokazuje, jak skromne środki mieli do dyspozycji polscy wspinacze.

Podobne historie związane z polskim himalaizmem opisujesz także w wywiadzie z Piotrem Pustelnikiem, który zdobył Koronę Himalajów i wskazywał na unikalny styl polskich wspinaczy, inspirowany m.in. przez Jerzego Kukuczkę (zobacz wywiad z Piotrem Pustelnikiem).

Jerzy Kukuczka oczami bliskich

Jerzy był nie tylko wybitnym wspinaczem, ale również człowiekiem o wyjątkowym poczuciu humoru. Cecylia wspomina anegdotę, jak pewnego dnia, w zepsutej windzie, żartował z synem, że wspinają się „przez obóz pierwszy do obozu drugiego”. Te drobne momenty pokazują, jak Jerzy wnosił ducha alpinizmu do codzienności.

Jego siła fizyczna była imponująca, ale to psychika odgrywała kluczową rolę podczas wypraw. Cecylia podkreśla, że Jerzy był człowiekiem niezwykle zdeterminowanym, co pozwalało mu pokonywać największe trudności zarówno w górach, jak i w życiu.

Wspominając największe wyzwania w historii wspinaczki, trudno nie odnieść się do początków zdobywania najwyższych szczytów świata, takich jak pierwsze wejście na Mount Everest, które szczegółowo omawiasz na swoim blogu (zobacz artykuł o zdobyciu Everestu).

Muzyka, która wzrusza

Nieoczekiwanym hołdem dla Jerzego była piosenka Julii Pietruchy, o której Cecylia dowiedziała się od swojego syna. „Nie mogłam powstrzymać łez” – przyznaje, opowiadając, jak bardzo wzruszył ją ten utwór, który w piękny sposób oddał emocje związane z życiem Jerzego i jego dziedzictwem.

Historia Jerzego Kukuczki to nie tylko pasmo sukcesów wspinaczkowych, ale także codzienne wyzwania i niezwykłe wsparcie rodziny. Cecylia Kukuczka przypomina nam, że za każdym wielkim człowiekiem stoi równie wielka opowieść, która nie kończy się na szczytach gór, ale żyje w sercach bliskich i wszystkich, którzy czerpią inspirację z jego życia.

20 wrz 2024

Alpinizm nie jest sportem – Rozmowa z Reinholdem Messnerem

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju mieliśmy zaszczyt gościć Reinholda Messnera, legendę alpinizmu. W wywiadzie z nim poruszyliśmy kwestie, które nie tylko definiują tę dyscyplinę, ale także wywołują pasjonujące refleksje na temat zmieniającego się oblicza wspinaczki. Messner, który od lat inspiruje kolejne pokolenia alpinistów, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat tradycyjnego alpinizmu, rywalizacji oraz ewolucji wspinaczki w dzisiejszych czasach. To rozmowa, która z pewnością skłoni do głębszej refleksji nad istotą alpinizmu jako sztuki, a nie tylko sportu.

Reinhold Messner podczas wywiadu na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju

Wspomniał Pan, że alpinizm nie jest sportem, mimo że wspinaczka sportowa została włączona do dyscyplin olimpijskich. Czy mógłby Pan dokładniej wyjaśnić, dlaczego uważa Pan, że alpinizm nie powinien być traktowany jako sport?

Sport w zasadzie nie należy do alpinizmu, chociaż przez wspinaczkę sportową stał się on olimpijski i w hali stał się sportem. Ale to tylko część. Generalnie jest tak, że Anglicy, którzy wynaleźli alpinizm, wyraźnie odrzucili wszystko, co jest mierzalne. Alpinizm nie jest mierzalny, a więc nie jest sportem. I uważam też, że alpinizm nie jest sportem, natomiast staje się on tylko bardziej sportem na przykład przez to, że wspinaczka sportowa została zakwalifikowana jako dyscyplina olimpijska. Jednak zgodnie z definicją Brytyjczyków, którzy alpinizm wynaleźli, nie jest to sport, ponieważ według nich nie jest to coś, co jest mierzalne.

Chciałbym zapytać, czy porównując czasy swoich wypraw do dzisiejszego himalaizmu, jest coś, czego Pan zazdrości dzisiejszym wspinaczom?

Ogólnie rzecz biorąc, wspinaczka górska całkowicie zmieniła się w ciągu ostatnich 30 lat. Już wcześniej były zmiany, ale teraz są one radykalne. Obecnie 90% wspinaczy na świecie wspina się w halach na sztucznych ścianach. To bardzo piękny sport, ale nie ma nic wspólnego z alpinizmem. Tradycyjni wspinacze górscy wciąż istnieją, ale jest ich coraz mniej. Z kolei turyści, którzy rezerwują wyprawy na szczyty, takie jak Mount Everest w wersji "all-inclusive", stają się coraz bardziej popularni. Ceny takich wypraw wahają się od 30 tysięcy do 6 milionów złotych. To turystyka. Wspinaczka w standardzie pięciogwiazdkowym kosztuje bardzo dużo, ale jest możliwa. Sztuką teraz będzie opowiedzenie i wyjaśnienie tradycyjnego alpinizmu, tak aby go nie zapomnieć. W Polsce tradycyjny alpinizm ma jeszcze wielkie znaczenie. Kukuczka, Wielicki, Kurtyka – to nazwiska, które mają swoją aurę. Jeśli nie będziemy w stanie utrzymać narracji tradycyjnego alpinizmu przeciwko turystyce i sportowi, to alpinizm zniknie. W Polsce tradycyjny alpinizm wciąż cieszy się wielką famą, ale jeśli teraz nie podejmiemy tej narracji, wyjaśniającej, czym jest tradycyjny alpinizm, i jeśli zostanie on zastąpiony turystyką i sportem, to zostanie zapomniany.

Biorąc pod uwagę codzienne doniesienia medialne o tym, że ktoś szybciej zdobywa szczyty alpejskie czy Koronę Himalajów, chciałbym zapytać, jak Pan podchodzi do tych rekordów szybkości i co dla Pana jest najważniejsze w alpinizmie?

Nie interesuje mnie, czy ktoś szybciej czy wolniej wspina się na szczyty. Interesuje mnie tylko, jakie cele ktoś sobie stawia i czy wraca z tej wyprawy żywy. Czy Kukuczka potrzebował na K2 pięciu dni, żeby przejść południową ścianę, czy dziesięciu dni, to nie jest istotne. Definiuję teraz swój tradycyjny alpinizm. W tradycyjnym alpinizmie idziemy tam, gdzie moglibyśmy umrzeć, ale naszym celem jest nie umierać. I to właśnie nieumarcie, niezginięcie jest sztuką. Jest to sztuka tylko dlatego, że naprawdę istnieje możliwość stracenia życia. Jeśli ktoś mi zarzuca, że to filozofia szaleństwa, odpowiadam: wtedy nie zrozumieliście góry. Bo góra jest niebezpieczna. Jest bezcelowa, ale bardzo, bardzo niebezpieczna.

Reinhold Messner w zamyśleniu podczas rozmowy

Jakie postacie ze świata alpinizmu wywarły na Pana największy wpływ i jak postrzega Pan rolę alpinizmu w kulturze oraz jego ewolucję na przestrzeni lat?

Mój ulubiony film o górach to film Wernera Herzoga, który zawsze mam w pamięci. Mój ulubiony wspinacz to dziś Paul Preuss, który niestety zginął w 1913 roku, ale mimo to jest dla mnie wzorem. Podziwiam również innych wielkich wspinaczy, takich jak Bonatti, Hermann Puhl, Kurtyka, Kukuczka, a także Krzysztof Wielicki, który na szczęście żyje i nadal realizuje swoje wyzwania. Tradycyjny alpinizm, jak go rozumiem, to suma działania i opowiadania o tym. Nie ma innej aktywności sportowej, która wytworzyła tak wiele kultury, literatury, malarstwa czy muzyki jak alpinizm. Przypomnijmy choćby symfonię alpejską Straussa, która była inspirowana właśnie przez alpinizm.

Alpinizm to coś więcej niż sport. Sportowcy, którzy zdobywali medale olimpijskie w latach 20., dziś już praktycznie nie istnieją, podczas gdy alpinizm trwa. Każdy, kto stoi na górze, w naturze, jest alpinistą. Wspinaczka w klimatyzowanej sali to czysty sport, ale prawdziwy alpinizm to coś więcej. Turystyka, sport i alpinizm przenikają się nawzajem, ale nie są tym samym. Ci, którzy zdobywają Everest na wytyczonych trasach, nie rozumieją, że nie robią tego samego co Hillary. W rzeczywistości znajdują się w zupełnie innej rzeczywistości.

Tradycyjny alpinizm polega na samodzielności i odpowiedzialności za siebie. Wszystko zaczyna się od pomysłu, który rodzi się w głowie. Potem realizujemy ten pomysł, zdobywamy doświadczenia i opowiadamy o nich. To jest tradycja, która trwa już od 200 lat. Wcześniej ludzie nie byli tak głupi, żeby wspinać się na góry i umierać. Tradycyjny alpinizm to jednak zjawisko dekadenckie ostatnich 200 lat. Teraz dekadencja zaczyna się nie tylko w alpinizmie, ale w całej Europie i Ameryce. Zobaczymy, dokąd to nas zaprowadzi. To jest moje polityczne stwierdzenie.

Często wspomina się o rzekomym konflikcie z Jerzym Kukuczką w kontekście wyścigu o zdobycie 14 szczytów. Jak Pan postrzega ten temat i jakie są Pana uczucia wobec tego "wyścigu", zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Polacy mocno kibicowali swojemu rodakowi?

Przede wszystkim nigdy nie mówiłem o rywalizacji czy konflikcie. Ta postawa mogła pojawić się w Polsce, ale nie u mnie. Wyścig Kukuczka-Messner był wydarzeniem medialnym. Nie mogło być żadnego wyścigu, ponieważ Jerzy Kukuczka zaczął wspinaczkę po mnie, a ja byłem na Gasherbrumie, gdy on był na K2. Kiedy ja byłem na K2, on był na Gasherbrumie, a warunki były zupełnie inne. To nie jest porównywalne. Miałem ogromny szacunek dla Kukuczki. Spotkałem go po raz pierwszy w 1972 roku podczas pierwszej polskiej ekspedycji w Afganistanie i od tego czasu często się spotykaliśmy, bo w Himalajach było tylko kilku ludzi. W Katmandu spotkałem Polaków i Amerykanów, a ja, jako Tyrolczyk, miałem swoje cele, więc nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. To były wspaniałe czasy i wiele z nich wyniosłem. Gdy usłyszałem, że Jerzy Kukuczka zginął, bardzo mnie to poruszyło. Kto był pierwszy, a kto drugi, nie ma znaczenia. Liczy się tylko doświadczenie. Kto czytał o tragedii Kukuczki, ten wie, że to były doświadczenia na absolutnej granicy przetrwania. To jest to, co opowiadam z empatią.

Jakie innowacje sprzętowe miały największy wpływ na wspinaczkę w czasach, gdy Pan zaczynał, i jak ocenia Pan różnice w przygotowaniach do wspinaczki w górach wysokich oraz w Antarktydzie?

W moim czasie kluczowym wynalazkiem była biolétration. W latach 1877-1878 pojawiła się nowa lodowa siekiera, która nie była już tylko tradycyjnym czekanem, lecz nowym urządzeniem, co znacząco poprawiło wspinanie w lodzie – ułatwiło je o 300%. Jeśli chodzi o żywienie, to nie mogę przyjąć hipotezy, że ma ono decydujące znaczenie w kontekście wspinaczki. W Antarktydzie jedzenie odgrywa znacznie większą rolę niż w górach wysokich. Na przykład mogę zdobyć ośmiotysięcznik z zaledwie kilogramem jedzenia, jeśli jestem dobrze aklimatyzowany. Natomiast w Antarktydzie muszę przetrwać 90 dni, korzystając z jedzenia, które zapakowałem do swojego wózka. Tam muszę dokładnie planować, czy zapasy wystarczą. W górach, takich jak Dolomity, wspinaliśmy się przez trzy dni bez jedzenia, ponieważ miałem w organizmie zgromadzony glikogen, co wystarczało na ten czas. Uważam, że w przypadku sprzętu poprawiły się trochę śruby lodowe, a także jakość jedzenia, ale to jedzenie nie odgrywa tak dużej roli, jak w przypadku wypraw na Antarktydę.

Jeśli chodzi o najpiękniejsze góry, to dla mnie najpiękniejsze są te w Dolomitach. Oczywiście, Machapuchare w Himalajach czy Yirishanka w Andach również są piękne, a Laserdore w Patagonii to również wyjątkowy szczyt. Jest wiele pojedynczych pięknych gór, ale jako grupa, Dolomity są bez porównania. Może nie są one wysokie, ale są naprawdę unikalne.

Skoro już jesteśmy lokalnie w Dolomitach, to jakie dziedzictwo Reinhold Messner pozostawia w swoich ukochanych górach?

Dziedzictwo, które tutaj zostawiam, to przede wszystkim muzeum, które powstało. Wiemy, że jest to dziedzictwo, a szczególnie dziedzictwo duchowe, które chcę przekazać następnemu pokoleniu. Robię to w domu, który jest miejscem spotkań w Dolomitach, gdzie młodzi ludzie mogą się spotykać, ze mną lub bez mnie, aby rozmawiać o tradycyjnym alpinizmie, który jeszcze pamiętam, ale który powoli zanika w Dolomitach. Zauważyłem, że ten tradycyjny alpinizm rzeczywiście zanika, dlatego założyłem mały start-up o nazwie Messner Heritage. W ramach tego start-upu chcę promować podejście do gór. Zbudowałem dom, który jest jeszcze w trakcie budowy, jako miejsce spotkań dla młodych ludzi, gdzie będą mogli rozmawiać o tradycyjnym alpinizmie.

Reinhold Messner na scenie Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju

Jest Pan uważany za legendę gór. Jakie to uczucie być tak postrzeganym? Jak ocenia Pan bilans swojego życia?

Bycie legendą to nie jest coś, co przynosi mi szczególną przyjemność. Nie mogę się temu sprzeciwić, ale więcej legendy oznacza więcej zamętu wokół mnie. Na koniec dnia, jest to w porządku. Mam za sobą wiele wypraw i równie wiele podróży. Spędzałem bardzo mało czasu w domu, a to teraz zaczyna się na mnie mścić. Obecnie żyję z młodą kobietą, co daje mi poczucie bezpieczeństwa, ale nadal pragnę zachować wolność, by wyruszać, dokąd tylko chcę. To moje życiowe motto: wolność, aby wyruszać, gdzie tylko chcę.

Musiałem wiele poświęcić, ale prowadziłem wspaniałe życie. Wziąłem udział w ponad 100 podróżach. Żyłem intensywnie, ale w moim domu jest bardzo mało rzeczy, które przypominałyby o tych podróżach. Często podróżowałem po świecie, a rzadko bywałem w domu. Dzięki tej młodej kobiecie czuję się zadbany, ale bez niej pozostałbym samotnym starcem. Wybrałem tę drogę świadomie, ponieważ zawsze pragnąłem wolności, aby w każdej chwili móc wyjechać, dokądkolwiek zapragnę. To kosztowało mnie wiele, ale z drugiej strony, miałem wspaniałe życie.

Jakie jest Pańskie podejście do współczesnych dyskusji i analiz dotyczących alpinizmu, zwłaszcza w kontekście zmian, które zaszły w tym sporcie na przestrzeni lat?

Dyskusje wokół ośmiotysięczników i różne polemiki, które narosły wokół tych tematów, nie mają dla mnie większego znaczenia. Nie angażowałem się w to. W pierwszej fazie alpinizmu chodziło głównie o zdobywanie szczytów. Kiedy wszystkie zostały już zdobyte, w drugiej połowie XX wieku zaczęto szukać nowych dróg na szczyty. Wtedy chodziło już nie tylko o sam szczyt, ale o drogę jako cel. Nazwałem to „alpinizmem trudności”, w którym również się rozwijałem. Później skupiłem się na propagowaniu tego, co nazywam „alpinizmem rezygnacji”.

W moim czasie celem było zdobycie szczytu najtrudniejszą możliwą drogą, przy użyciu jak najmniejszej ilości sprzętu. Wspinałem się razem z Hansem Kammerlanderem przez niemal 4000-metrową, pionową ścianę. Gdy dotarliśmy do grani szczytowej, po drugiej stronie szczyt nie wyglądał tak, jak się spodziewaliśmy; miał co najmniej 60 metrów długości i ciągnął się na tej samej wysokości. Jestem pewien, że minęliśmy miejsce, gdzie Herzog i Lachenal dotarli na szczyt w 1950 roku. Było wtedy burzowo i mgliście. Jak mogliśmy stwierdzić, czy ten punkt jest właściwy, czy inny?

Czy po przejściu 4000 metrów miałem nie zrobić kolejnych 5? Ta grań zmienia się co roku – jedne jej części się kruszą, inne rosną. Jeśli ktoś, zwłaszcza naukowiec, wygłasza opinie na temat tych miejsc, to ewidentnie nie ma pojęcia o górach. Dlaczego miałbym się tym przejmować? Dlaczego miałbym się wypowiadać? Niech mówią, co chcą. Góry zmieniają się nieustannie, i to jest część ich natury.

Jeśli podejdziemy do tego z naukowego punktu widzenia, nie ma to związku z prawdziwym alpinizmem. Pozwólmy ludziom gadać, co chcą. Kiedy pierwszy raz byłem w Tokio, oglądałem telewizję, ale nawet wtedy nie interesowałem się wspinaczką, która była pokazywana. Uważam za niedopuszczalne, że wysyła się osoby niepełnosprawne na ściany wspinaczkowe. To jest moja odpowiedź – po prostu nie jestem tym zainteresowany.

Reinhold Messner opowiada o tradycyjnym alpinizmie

Wspomina Pan o swojej miłości do gór oraz o tym, jak góry odpowiedziały na Pana potrzeby i wyzwania. Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak to się zaczęło i jakie emocje towarzyszą Panu w tej podróży przez życie?

Miłość do gór zrodziła się we mnie bardzo wcześnie, głównie za sprawą moich rodziców, którzy zabierali mnie na wędrówki. Już jako młody człowiek odkryłem ogromną fascynację górami, ponieważ odpowiadały one na braki, które odczuwałem. Mieszkałem w ciemnej, wąskiej dolinie, gdzie zimą słońce nie docierało do naszego domu, a z obu stron otaczały nas zalesione zbocza. Ten brak światła wywołał we mnie ogromny głód światła, który pozostał we mnie na całe życie. Chciałem wspiąć się wyżej, aby zobaczyć, co jest dalej. To zrodziło we mnie tę nieskończoną potrzebę odkrywania horyzontów, pragnienie, by iść dalej, by zobaczyć, co kryje się za kolejnym wzgórzem.

Wciąż jestem w drodze, próbując odkryć ostatni horyzont. Dziś ten ostatni horyzont zbliża się do mnie - to śmierć. Staram się żyć w zgodzie zarówno z życiem, które mi pozostało, jak i z nieuchronnym nadejściem śmierci. Przyjmuję oba te elementy, ponieważ obydwa są częścią życia. Nie czuję żadnej regresji, jak to się mówi po angielsku, lecz akceptuję to wszystko. To cały cykl życia, który zaczyna się i kończy. Bez żalu idę w kierunku tego końca. Nie mam czego żałować, ponieważ miałem wszystko, czego kiedykolwiek chciałem. Kocham moje żony, ale nigdy nie kochałem gór w taki sam sposób.

18 wrz 2024

Przeszłość i przyszłość polskiego himalaizmu: Rozmowa z Piotrem Pustelnikiem

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju miałem ogromną przyjemność przeprowadzić rozmowę z Piotrem Pustelnikiem, jednym z najwybitniejszych polskich himalaistów. Piotr Pustelnik jako trzeci Polak – po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim – zdobył wszystkie 14 ośmiotysięczników, zakończywszy swoją Koronę Himalajów i Karakorum wejściem na Annapurnę 27 kwietnia 2010 roku. Jego osiągnięcia w dziedzinie alpinizmu są uznawane na całym świecie, a jego wkład w rozwój Polskiego Związku Alpinizmu jest nieoceniony. W naszej rozmowie poruszymy nie tylko zmiany w strukturze i finansowaniu PZA, ale także wyzwania współczesnego alpinizmu oraz przyszłość tradycyjnej wspinaczki wysokogórskiej. To rozmowa o spotkaniu przeszłości z teraźniejszością i wizji Piotra Pustelnika na przyszłość polskiego alpinizmu w kontekście globalnych trendów.

Przeszłość i przyszłość polskiego himalaizmu Rozmowa z Piotrem Pustelnikiem

Zbliża się jubileusz Polskiego Związku Alpinizmu. Jakie są Pana refleksje na temat tego, co wydarzyło się przez ostatnie 50 lat? Co mogło potoczyć się lepiej? Jak Pan widzi rozwój związku, biorąc pod uwagę swoje zaangażowanie w jego działalność?

Zacznę od tego, że kiedy w 1974 roku wstąpiłem do klubu, byłem już dwa lata taternikiem, więc moje zaangażowanie w sprawy organizacyjne było praktycznie zerowe. Wiedziałem jednak, co się dzieje, bo kiedy dołączyłem do klubu, funkcjonował jeszcze jako Klub Wysokogórski, a dwa lata później z tego klubu wyodrębniła się niezależna jednostka. W tamtych czasach PZA finansował działalność alpinistyczną głównie z dotacji państwowych, a związek skupiał się na sportowym aspekcie wspinaczki.

Pamiętam rozmowy z Andrzejem Paczkowskim, pierwszym prezesem PZA, który podkreślał, że początkowe zmiany miały charakter czysto formalny. Wszystko jednak ewoluowało w stronę sportowego wyczynu. Na przykład w latach 90. za wyczyn sportowy uważano przejście Świetlistej Ściany na Gaszerbrum IV przez Wojtka Kurtykę i Roberta Schauera. Były to osiągnięcia trudne do zdefiniowania w kontekście współczesnych kryteriów sportowych, co nadal stanowi wyzwanie dla tych, którzy decydują o finansowaniu wspinaczki.

Przełomowy moment nastąpił w 2016 roku, kiedy Międzynarodowy Komitet Olimpijski włączył wspinaczkę sportową do programu Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Od tego czasu w PZA zaszły ogromne zmiany. Wspinaczka sportowa, która wcześniej była pewnym dodatkiem do wspinaczki lodowej, stała się równorzędną częścią związku, zarówno pod względem finansowania, jak i zainteresowania, zarówno ze strony PZA, jak i Ministerstwa Sportu. Wtedy też zostałem prezesem związku i zdałem sobie sprawę, że te zmiany są nieodwracalne. Musieliśmy połączyć coś, co wcześniej było bardziej pasją, z czymś, co teraz stało się pełnoprawnym sportem olimpijskim.

Na horyzoncie pojawiły się także inne dyscypliny, które mogły wejść do programu olimpijskiego, jak wspinaczka lodowa i narciarstwo wysokogórskie. Te trzy dyscypliny: wspinaczka sportowa, wspinaczka lodowa i narciarstwo wysokogórskie, są teraz dużą częścią Polskiego Związku Alpinizmu. Większość zasobów finansowych jest skierowana właśnie na te sporty. Obecnie około 1,5 z 5 jednostek budżetowych idzie na sporty outdoorowe, a reszta na wspinaczkę sportową.

Jednak mimo tego wszystkiego, za zmianami nie nadążyła jeszcze rozbudowa infrastruktury sportowej. Każdy związek sportowy o ambicjach olimpijskich ma swoją infrastrukturę – my tego wciąż nie mamy. Potrzebujemy odpowiednich obiektów, aby móc rozwijać przyszłych mistrzów, szczególnie w wspinaczce na trudność, gdzie mamy dobrych zawodników, ale nie wybitnych. Niestety, brak odpowiednich miejsc do treningu sprawia, że zawodnicy muszą wyjeżdżać za granicę, co jest czasochłonne i kosztowne.

Co prawda mamy w Polsce wiele komercyjnych ścianek wspinaczkowych, ale to nie jest to samo. Podobnie jak w kolarstwie – ktoś może trenować na asfaltowych ścieżkach, ale jeśli chce być zawodowym kolarzem torowym, musi trenować na odpowiednim torze. To samo dotyczy wspinaczki – potrzebujemy profesjonalnej infrastruktury, aby nasi zawodnicy mogli rywalizować na najwyższym poziomie, zwłaszcza w Pucharze Europy.

Zawody w dyscyplinie wspinaczki na czas, która pojawiła się na Igrzyskach Olimpijskich, trwają zaledwie 5-6 sekund. To wymaga, abyśmy dostosowali się do twardych reguł igrzysk, które kładą duży nacisk na atrakcyjność konkurencji. Musimy znaleźć sposób, by ta dyscyplina pozostała atrakcyjna.

Z drugiej strony, w Polsce brakuje odpowiednich obiektów wspinaczkowych – jak 30-metrowa ściana, której jedynym przykładem może być „High Fly” we Wrocławiu. Ten problem dotyczy nie tylko nas, ale całego świata wspinaczki. Dlatego musimy dążyć do utrzymania naszych osiągnięć w wspinaczce na czas oraz rozpocząć długą drogę do zbudowania mistrzów w wspinaczce na trudność, na bazie tego, co już mamy.

Dla porównania, w niewielkiej Słowenii, która liczy zaledwie 2 miliony mieszkańców, mamy mnóstwo wybitnych wspinaczy. Przykładem jest siedemnastoletnia zawodniczka Janja Garnbret, która osiąga fenomenalne wyniki. Kiedy na to patrzę, zaczynam żałować, że nie jestem Słoweńcem.

Polski Związek Alpinizmu narodził się z idei himalaizmu i alpinizmu. Wspomniał Pan o tym, jak „wajcha” została przesunięta w kierunku wspinaczki sportowej, szczególnie wspinaczki na czas. Co w takim razie stanie się z tradycyjną wspinaczką wysokogórską, alpinistyczną, czy himalajską w strukturach Związku? Jak wygląda finansowanie tych dyscyplin i czy istnieje obawa, że zanikną one na rzecz bardziej medialnych form wspinaczki?

Muszę przyznać, że sam stoję trochę w rozkroku, bo przez lata wspinałem się w dużych górach, a moje dzieci zaangażowały się w wspinaczkę sportową. W naszym domu toczyły się więc zażarte dyskusje przy niedzielnym obiedzie – ja twierdziłem, że chodzę po górach, a oni, że się wspinają. Więc jestem w stanie odnaleźć się w obu tych formach wspinaczki i nie sprawia mi to większego problemu.

Jeśli chodzi o przyszłość alpinizmu, zwłaszcza polskiego himalaizmu, to nie martwię się o jego przyszłość. Może nie powinniśmy już wracać do złotej ery polskiego himalaizmu, bo ona była oparta na zupełnie innych priorytetach, ale wierzę, że Polacy nadal będą jednymi z najlepszych alpinistów na świecie. Do tego przyczynił się nasz zimowy himalaizm, który, gdy do zdobycia pozostała już tylko K2, zainspirował naszą wspinaczkową społeczność. Wówczas, na fali polskiego patriotyzmu i w duchu Andrzeja Zawady, dostaliśmy od władz spore fundusze, by dokończyć ten projekt. Niestety, zanim udało nam się zorganizować kolejną wyprawę, K2 zimą zdobyła grupa Nepalczyków, którzy osiągnęli szczyt z pieśnią na ustach.

Wtedy przestawiliśmy „wajchę” z wysokości i trudnych warunków pogodowych na trudność techniczną. Stworzyliśmy nowy program, nazwany Polskim Himalajzmem Sportowym, który polega na rozwijaniu wybitnych wspinaczy w formacie, jaki zdobywa Złote Czekany – czyli skupiający się na wielkich ścianach i trudnych technicznie drogach w górach 6-7 tys. metrów. Chodzi tu o eksplorację trudnych rejonów świata. Aby jednak wykształcić takich wspinaczy, potrzeba lat pracy, ale ten program działa od kilku lat i już przynosi efekty.

Przykładem jest pierwsze przejście na miarę Złotego Czekana, dokonane w ubiegłym roku przez Władysława Bońkowskiego i Maćka Kimela w Himalajach na 6000-metrowej górze, gdzie wytyczyli fantastyczną drogę „Just Brief”. To droga w pełni odpowiadająca standardom oczekiwanym od współczesnych alpinistów. Dodatkowo, polski zespół Tomasz Klimczak i Maciej Bedrejczuk zdobył w tym roku najważniejsze wspinaczkowe wyróżnienie świata, Złoty Czekan, za swoje wyczyny w Karakorum.

Mamy zatem młode talenty z niesamowitym potencjałem. Kluczowe jest, aby im pomóc i dawać możliwości rozwoju w ramach tego programu, który funkcjonuje od czterech lat i ma szeroki zasięg. Po raz pierwszy w historii przeprowadziliśmy otwarty nabór do programu, dostępny dla każdego polskiego wspinacza, spełniającego określone kryteria. Z początkowych 50 osób, które weszły do programu, dziś mamy 30, które nadal wymagają szlifów, ale już są na wysokim poziomie.

Jednak to nie jest łatwy program. Oprócz funduszy na wspinaczkę, musimy brać pod uwagę, że uczestnicy programu to normalni ludzie, którzy chcą zakładać rodziny i stabilizować swoje życie. Część z nich rezygnuje z dalszego udziału, wybierając inne priorytety, co jest naturalne. Naszym zadaniem jest jednak sprawić, by program Polskiego Himalajzmu Sportowego był na tyle przyjazny, aby wspinacze nie musieli wybierać między karierą zawodową a wspinaczką w dużych górach.

To duże wyzwanie organizacyjne, zwłaszcza że himalaizm wymyka się klasycznym przepisom ministerialnym. Urzędnicy patrzą na nas z łaskawością, ale musimy dostarczać sukcesów, żeby ta przychylność się utrzymała.

Rozmowa z Piotrem Pustelnikiem

Czy działalność Piotra Krzyżewskiego, choćby jego zdobycie Everestu, nie mogłaby w jakiś sposób wspierać Związku? W końcu to osoba medialna, która mogłaby przyczynić się do popularyzacji alpinizmu.

Może i mogłaby, ale to, co on robi, to nie jest wspinaczka w naszym rozumieniu tego słowa. My stawiamy na prawdziwą wspinaczkę. To, co się teraz dzieje na tych czternastu ośmiotysięcznikach, które są już kompletnie obłożone linami poręczowymi, to inna kategoria wyczynu. Nie twierdzę, że to nie jest wysiłek – doceniam to, bo sam byłem na takich drogach, gdzie korzystałem z lin poręczowych. Na Evereście od lat 90. nie ma praktycznie żadnego prawdziwego wspinania. Tam teraz lawiruje się między licznymi wyprawami, które się nawzajem mijają na tych samych ubezpieczonych trasach.

Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć różnicę między wspinaniem samodzielnym a wchodzeniem na wierzchołki dzięki zabezpieczeniom przygotowanym przez Szerpów. Ci, którzy zdobywają góry w ten sposób, to nie alpiniści w klasycznym sensie. Na potrzeby komunikacji medialnej nazywamy ich himalaistami, bo wspinają się w Himalajach, ale to nie jest to samo. Chcemy jasno rozdzielić te pojęcia, by nie wprowadzać zamieszania. Alpinizm polega na samodzielnym pokonywaniu trudności, a nie na korzystaniu z gotowych zabezpieczeń. Dla nas to bardzo ważna granica.

Jak Pan definiuje samodzielność w górach?

Samodzielność w górach polega na tym, że pokonujesz drogę bez pomocy zewnętrznej. Jeśli idę z partnerem, mamy linę, sprzęt asekuracyjny i razem pokonujemy trasę, a potem schodzimy tą samą drogą lub inną stroną góry, to jest to samodzielne wejście. Natomiast jeśli wchodzisz na trasę, na której już są zainstalowane liny czy inne ułatwienia, to niestety nie jest to samodzielne pokonywanie drogi.

Trzeba też pamiętać, że na wyprawach w latach 50., 60., 70., 80., a nawet jeszcze 90., my sami jako uczestnicy wypraw wieszaliśmy liny poręczowe, aby zapewnić bezpieczeństwo zespołowi atakującemu szczyt. Robiliśmy to sami, a nie ktoś za nas. I to była kluczowa różnica. Pokonywaliśmy trudności i sami instalowaliśmy zabezpieczenia.

To, co teraz się dzieje na tych najbardziej popularnych ośmiotysięcznikach, to coś innego – nazywa się to wspinaczką, ale w rzeczywistości chodzi o coś innego. Mimo że oba rodzaje działalności górskiej wymagają wysiłku i są wartościowe, są po prostu różne i trzeba umieć to rozróżnić.

Wydaje mi się, że nasze społeczeństwo jeszcze potrzebuje czasu, aby dojść do takiego zrozumienia. W krajach Zachodu, które mają dłuższą tradycję alpinizmu, już dokładnie wiedzą, co jest alpinizmem, a co nie.

Na razie staramy się utrzymać ten podział, ale być może w przyszłości dojdziemy do wniosku, że połączymy te dwie formy działalności górskiej. To jednak pytanie do moich następców, ponieważ ja niedługo kończę swoją działalność, i to młodsze pokolenie będzie decydować o kierunku, w którym pójdzie Związek.

A takie pytanie trochę historyczne. Gdyby Pan mógł wybrać wspinacza z historii, z kim chciałby się Pan wspinać? Może z dwoma, trzema osobami? Czy byłby to Messner, czy ktoś inny?

Oczywiście, chciałbym kiedyś wspinać się z Reinholdem Messnerem. Pewnie, że tak! Myślę, że nie musiałby mnie przeciągać przez karabinki (śmiech). Jednak moim absolutnym idolem jest Walter Bonatti. To był człowiek, który szybko rozpoczął swoją karierę i równie szybko ją zakończył, ale dokonał rzeczy, które wyprzedzały swoją epokę i ludzi, z którymi wtedy się wspinał. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji się z nim spotkać i porozmawiać. Był niezwykle interesującą osobą w moich oczach.

Z młodszego pokolenia, to wczoraj miałem okazję zobaczyć na scenie mojego idola – Steve’a House’a. To człowiek, który budzi mój ogromny podziw, nie tylko za to, co osiągnął we wspinaczce, ale także za to, że potrafił w pewnym momencie powiedzieć „stop”. Zdołał wyważyć, co jest dla niego ważne w sporcie, a co w życiu prywatnym, co wcale nie jest takie łatwe. Wiele osób się zapomina i w pogoni za sportowymi sukcesami zaniedbuje rodzinę. Sam jestem tego przykładem – czasem można przeczytać o różnych trudnych momentach w życiu tych, którzy zatracili balans.

A z polskich wspinaczy? Z kim z Polski chciałby się Pan wspinać?

Jeśli chodzi o naszych wspinaczy, to z większością już miałem okazję się wspinać. Być może, przez mój specyficzny charakter, z niektórymi nie do końca bym się dogadał (śmiech). Na przykład z Ryszardem Pawłowskim, popularnym "Kukuczką", mogłoby być trudno – on jest bardzo zdeterminowany i gra na własnych zasadach. Choć pewnie bym się do niego dostosował, jak do każdego partnera, to jednak myślę, że nie byłoby to idealne połączenie.

Natomiast jeśli chodzi o moich kolegów z polskiej sceny wspinaczkowej, to już z wieloma miałem okazję wspinać się, więc nie odczuwam braku takich doświadczeń.

Jednak jest jedna osoba, która moim zdaniem była nieco zapomnianym geniuszem polskiego alpinizmu lat 70. i 80. – to Genek Chrobak. To był człowiek, który potrafił wszystko. Był niezwykle utalentowany, ale miał też inne priorytety. Pragnął trochę spokoju, chciał spędzać czas z rodziną, nie chwalił się zbytnio swoimi osiągnięciami. Kiedy przeczytałem jego tatrzańskie portfolio, naprawdę byłem pod wrażeniem. W swoich najlepszych latach marzyłbym o tym, by mieć takie umiejętności jak on.

A jakieś marzenie wspinaczkowe, które pozostało niespełnione?

Nie mam jakichś wielkich niespełnionych marzeń, ale jedno postanowienie, bardzo konkretne, jednak mam. Przyrzekłem mojej żonie, że nie odejdę, dopóki nie zrobię drogi o trudności 6.4 w skałach. Obecnie jestem na poziomie 6.2, więc mam jeszcze trochę pracy przed sobą (śmiech). Słyszałem, że od tego momentu trudności rosną logarytmicznie, więc będę musiał długo ćwiczyć, żeby to osiągnąć. Ale może nawet nie osiągnę tego poziomu, bo za 50 lat może już nie dam rady (śmiech).

Wywiad z Piotrem Pustelnikiem

Dlaczego napisał Pan tylko jedną książkę, podczas gdy inni wspinacze mają ich znacznie więcej? Czy wynika to z braku potrzeby pisania, czy może czegoś innego?

Mam wrażenie, że lepiej napisać jedną dobrą książkę, niż pięć słabych. Może to właśnie jest rozwiązanie tej zagadki. Zawsze uważałem, że książka to coś więcej niż tylko opis wyprawy. To pewnego rodzaju spowiedź, refleksja nad przeszłością. Dla mnie pisanie książki wymaga głębszego zastanowienia, spojrzenia na swoje doświadczenia z dystansu. A żeby mieć coś wartościowego do powiedzenia, trzeba przeżyć sporo i mieć odpowiedni bagaż doświadczeń.

Pisanie książki po jednej wyprawie, zwłaszcza takiej jak na Mount Everest, i tworzenie na tej podstawie poradnika, wywołuje u mnie raczej uśmiech. Po jednej wyprawie nie ma jeszcze tej głębi refleksji, która pozwala na wartościowy przekaz.

Moi bliscy od lat namawiają mnie do napisania kolejnej książki, ale mam problem z rozpoczęciem. Jak już zacznę, to jakoś pójdzie, ale na razie nie udało mi się przełamać tej pierwszej bariery. Na pewno, jeśli zdecyduję się na kolejną książkę, to chcę, żeby była równie dobra, jak ta pierwsza. A to wymaga czasu i odpowiedniego momentu.

Ale czy coś się kroi? Planuje Pan coś napisać?

W głowie już mam wiele dobrych pomysłów, nawet z kryminałem włącznie. Nie, żebym planował "zabijać" jakiegoś mojego przyjaciela czy siebie, ale w górach dzieje się wiele różnych rzeczy, które mogą być inspiracją.

Na koniec, trochę luźniejsze pytanie: o Łódź. Miałem okazję być oprowadzany po Łodzi kilka lat temu przez Pana Adama Pustelnika (wiceprezydent Łodzi), chyba zbieżność nazwisk. Chciałem zapytać o ulubione miejsce w Łodzi, bo Pan jest związany z tym miastem. Czy lubi Pan bywać w Łodzi? Jak postrzega Pan zmiany, które tam zachodzą?

Oczywiście, że lubię. To moje rodzinne miasto, tam się urodziłem, wychowałem i mieszkałem przez długi czas. To, że życie rzuciło mnie później w różne części Polski, to inna sprawa. Uważam, że Łódź jest bardzo specyficzna i szczególna, szczególnie z historycznego punktu widzenia. Łódź powstała jako miasto robotnicze i to ją kształtowało. To nie jest Kraków, który ma królewską przeszłość, ale Łódź była miastem czterech narodowości i religii. To współistnienie sprawiło, że Łodzianie stali się ludźmi otwartymi, tolerancyjnymi i niekonfliktowymi.

Co do ulubionych miejsc, najbardziej lubię Piotrkowską. To miejsce, gdzie można spotkać ludzi, poczuć atmosferę miasta i jego ducha. Dla mnie bycie Łodzianinem to oznacza bycie osobą koncyliacyjną, otwartą na innych i pokojowo nastawioną.