Saksoński Most / Sachsenbrück ~ Okiem obiektywu

Saksoński Most / Sachsenbrück

Jestem pewien, że każdy z Was kojarzy serial: Czterej pancerni i pies. To jeden z najbardziej legendarnych polskich seriali telewizyjnych, uważany za polski serial wszechczasów. Na sukces serialu złożyło się kilka elementów. Jednym z najważniejszych było swobodne, przepełnione humorem i pozbawione martyrologii potraktowanie wojny. Silną stroną serialu była również znakomita gra aktorów – nie tylko pierwszoplanowych, ale również grających w rolach epizodycznych. 
W województwie Kujawsko-Pomorskim ekipa filmowa serialu Czterej Pancerni i Pies pojawiła się w kilku lokalizacjach między innymi w Świeciu, Starogrodzie koło Chełmna, Bydgoszczy i w Toruniu. Czy do tej listy należało by dodać jeszcze opuszczoną wieś Sakosoński Most? Są pewne poszlaki, które na to by wskazywały. Spróbuję im się przyjrzeć.
 

Sachsenbrück - Saksoński Most

 
Saksoński Most to miejscowość należąca dawniej do Rzeszy Niemieckiej. Wcześniej nosiła nazwę Sachsenbrück która w wolnym tłumaczeniu oznacza Saksoński Most. Następnie wieś tą przemianowano na Pieczenia. Dziś po wsi nie ma już prawie śladu.

Saksoński Most bez trudu odnaleźć można na starych mapach. Na mapach zaznaczonych jest kilka domostw po których dziś pozostały dziury w ziemi i resztki obmurować. Analizując poniższe zdjęcie wywnioskować można, że miejsce to kiedyś tętniło życiem - dziś niestety już całkowicie zarośnięte.
Sachsenbrück - Saksoński Most - Pieczenia
Kierując się z Torunia, do tego miejsca, trafić można podróżując tzw. Traktem Warszawskim który dziś prowadzi przez Poligon Toruński. Po drodze warto odwiedzić miejsce gdzie kiedyś stała Kapliczka z Otłoczyna

Do Saksońskiego Mostu jednak łatwiej jest się dostać Drogą Wojewódzką 250, łącząca drogę krajową nr 15 w Suchatówce ze Służewem która dale przechodzi w drogę wojewódzką 266 do Aleksandrowa Kujawskiego.
 

Czy w Saksońskim Moście kręcono Czterech Pancernych

 
Wszystkie poszlaki prowadzą właśnie do tego miejsca które rzekomo miało zagrać w serialu Czterej Pancerni i Pies. Dodatkowo, potwierdzeniem tej śmiałej teorii jest fakt, iż w starych wersjach nawigacji Auto Mapa, miejsce to oznaczone jest tzw. punktem POI jako miejsce filmowe. 

W miejscu w którym dziś znaleźć można kładkę na rzeką Tążyną, miała być kręcona jedna scena z 8. odcinka serialu pt. Brzeg Morza. I faktycznie, w 8. odcinku Czterech Pancernych i Psa odnaleźć można jedną krótką scenę w której Rudy 102 staje nad zniszczoną przeprawą. W scenie widać połamane deski, las i wodę. Teren rzeczywiście żywo podobny do tego w Saksońskim Moście, ale to mogło być każde inne miejsce. Prawda czy mit? Nie wiem, ale historia ta dodaje temu miejscu jeszcze większej magii. 

Prawdą jest jednak fakt, iż kilka chwil po wspomnianym ujęciu, w filmie widzimy jak Rudy 102 (fikcyjny czołg T-34), forsuje rzekę która jest z pewnością jest Złota Struga (dopływ Czernej) na terenie nieistniejącej już, niemieckiej wioski Jeschkendorf (dziś poligonu Żagań - Żary). Niedawno wybudowano tam bród i teraz każdy może osobiście zrekonstruować tę scenę własnym samochodem.
Plan zdjęciowy Czterej Pancerni i Pies
Czy ekipa filmowa przenosiłaby się z Żagania nad Tążynę do Saksońskiego Mostu aby sfilmować stary most? Czy może scenę tą nagrano w innym czasie? Tego dziś nie rozstrzygnę.

Mimo wszystko romantyczna wizją, iż w tym miejscu pojawiła się ekipa filmowa tego kultowego serialu, dodaje temu miejscu dodatkowych pretekstów by je odwiedzić. Pretekstów jest jednak znacznie więcej.
 

Tama na Tążynie

 
Miejsce to warto odwiedzić także z innych powodów. Tuż obok starej przeprawy na rzeką Tążyna odnaleźć można betonowe pozostałości tamy. Najprawdopodobniej, choć teorii jest jeszcze kilka, jest to pozostałość pochodzenia niemieckiego. Podczas II Wojny Światowej Niemcy planowali zalać dolinę Tążyny. Jednak tempo radzieckiej ofensywy spowodowało ze Niemcy nie zdążyli napełnić przygotowywanego zbiornika wodą a sama rzeka, po latach wydrążyła swój nurt obok tamy. Dziś obok starego przejścia nad Tążyną odnaleźć można betonowe konstrukcje które uwiarygodniają tą tezę.


W tym miejscu, jednemu z detektorystów o którym pisze Jerzy Głuchowski na swoim blogu, w 2015 r. w czasie suszy, na dnie wyschniętej Tążyny odnaleziono tory kolejki wąskotorowej wraz z podkładami i tłuczniem. Biegną one ponad metr pod warstwą koryta rzeki. Czy tory te służyły do transportu materiałów budowlanych do budowanej tamy? Może są to jednak pozostałości po innej linii kolejki wąskotorowej które były na terenach Poligonu Toruńskiego? Póki co zagadki tej nie rozwiąże. 

Poniżej publikuję kilka zdjęć detektorysty prosto z bloga http://jerzy-foto.blogspot.com/ na których widać tory kolejki wąskotorowej.
Kolej Wąskotorowa pod korytem Tążyny
Saksoński Most - Kolej Wąskotorowa
Kolej Wąskotorowa pod korytem Tążyny
 

Wspomnienia wojenne z Sachsenbrück

 
Ciekawych wątków tego miejsca jest jeszcze wiele i z pewnością będą się jeszcze tutaj pojawiać. Dzięki Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo dotrzeć można do wspomnień Władysława Sołtysiaka pt. Warthegau czyli Wielkopolska w których opisuje wojenną historię tego miejsca które obfitują w jeszcze inne tematy historii tego miejsca. Sami sprawdźcie poniżej.

„Einsatz”

Przyszedł sierpień 1944 roku. Front wschodni był już nad Wisłą. Niemcy w ostatniej chwili, w pośpiechu, ale jeszcze nie w panice, postanowili budować umocnienia frontowe na zachód od linii Wisły.

Pamiętnego dla mnie dnia 6 sierpnia 1944 roku deportowali nas z bratem i innymi pracownikami warsztatu, wraz z tysiącami ludzi z naszej części Wielkopolski i Łodzi w okolice Torunia, Aleksandrowa Kujawskiego, Dobrego, Radziejowa, na tak zwany „Einsatz”. Tak nazywaliśmy tę niemiecką akcję kopania okopów.

Kilka dni później wywieziono również naszego ojca, ale w okolice Izbicy Kujawskiej. Mama została sama i w bezdennej rozpaczy.

Zakwaterowali nas w stodołach, młynach itp. niemieszkalnych pomieszczeniach. Z bratem rozdzielono nas. Zostałem sam, ale pocieszałem się, iż pozostał ze mną inny pracownik naszego warsztatu z Witkowa – pan Tadeusz Ł. Mieszkaliśmy w stodole. Póki był sierpień i wrzesień (wtedy wyjątkowo ciepłe), spanie w dziurze wygrzebanej w słomie nie było najbardziej uciążliwe. W październiku już zaczęło być wręcz strasznie, kiedy po ciężkiej pracy wracało się wieczorem na kwaterę do stodoły, często w ubraniu przemoczonym na deszczu. Zakopywanie się w słomę nie dawało niezbędnego do odpoczynku ciepła.

Wstawaliśmy o bardzo chłodnym świcie, wciąż w wilgotnej odzieży. Szliśmy na poły głodni wlokąc się kilka kilometrów na wyznaczony odcinek robót. Marsz do pracy długimi kolumnami ludzi pogrążonych w rozpaczy pogłębiał beznadzieję. A jednak w kobiecych kolumnach Łodzianek słychać było czasem śpiew. Tęskny, cichy śpiew łódzkich robotnic. Śpiew milknął, gdy w pobliżu pojawiał sie nadzorca Schultz. Pamiętam to nazwisko.

O trwającym właśnie Powstaniu Warszawskim nie wiedzieliśmy nic, gdyż byliśmy izolowani od miejscowej, nielicznej zresztą, ludności polskiej. A i ta, nie wiem, czy miała takie informacje. Gestapo dbało o to, aby tego rodzaju wieści nie przenikały z GG do polskiej ludności w Warthegau. Być może dorośli zdawali sobie bardziej sprawę z sytuacji, ale nie jestem też pewien, czy wiedzieli dużo o stojącym nad Wisłą froncie wschodnim. Przez mgłę pamiętam, że o tym rozmawiali. Rozmowy o tych sprawach były niebezpieczne, o czym zawsze należało pamiętać i z czego zawsze należało w czasie okupacji zdawać sobie sprawę, nie mając absolutnej pewności, czy rozmówca jest godny zaufania. Byliśmy zbiorowiskiem ludzi przypadkowych, spędzonych przymusowo. Może dorośli analizowali strzępy wiadomości oficjalnych, niemieckich, gdzieś wyczytanych z Ostdeutscher Beobachter?

Nasza praca polegała na kopaniu rowów strzeleckich, rowów przeciwczołgowych, budowie bunkrów, umacnianiu ich faszyną wiązaną drutem. Pół biedy, kiedy ziemia była piaszczysta i lżejsza. Wykonanie tych prac w podmokłym podłożu (nad rzeczkami, których nazw nie znam) było już zadaniem ciężkim. Ja miałem wtedy tylko piętnaście i pół roku.

Pilnował nas personel niemiecki (najbardziej zapamiętałem wspomnianego wyżej Schultza) i biada nam, jeśli praca nasza nie zadowalała nadzoru. Rozpaczliwość położenia pogłębiał fakt, że widzieliśmy wciąż doskonale zorganizowaną machinę: na czas dostarczane drewno budulcowe, drut i faszynę. To jeszcze nie był w gruzy rozsypujący się organizm, o co dbało wszechwładne gestapo. To nie dawało nadziei na rychły koniec.

W drugiej połowie października przydzielono nam na zakwaterowanie opuszczone domostwa w sąsiedniej wsi, bez szyb w oknach, bez drzwi i pieców. To było chyba na byłym poligonie między Toruniem a Aleksandrowem Kujawskim albo na terenach wyludnionych dla celów wojskowych. We własnym zakresie musieliśmy deskami zabić na głucho okna (bez szyb), wykonać jakieś drzwi, w miarę szczelne, aby było cieplej. Robiliśmy wszystko to po normalnych godzinach pracy. Wybudowaliśmy z gliny i cegieł piec do ogrzewania. Zbudowaliśmy również prycze piętrowe. Spaliśmy na nich pokotem w słomie. Nie wszyscy na noc z powodu zimna zdejmowali wierzchnie odzienie, toteż szybko zawszeni byliśmy dokumentnie. Walczyliśmy z wszami gotując wszystko, co było możliwe i niemożliwe do gotowania, w jakimś zdobytym cudem kotle. O ile dobrze pamiętam –skutecznie, gdyż pozbyliśmy się ich. Robiliśmy to po kryjomu, gdyż nie wolno nam było zostawać na kwaterach w godzinach pracy. Nie mieliśmy też niedziel. Na tej kwaterze zostawaliśmy jednak w tym celu  o kolei, nielegalnie. Głowa każdego z nas była w tym, aby nie dać się złapać lotnym kontrolom niemieckiego nadzoru. Ja to przeżyłem kiedyś w ten sposób, że po zauważeniu w porę kręcących się w pobliżu Niemców, skutecznie schowałem się pod pryczę. Paliliśmy odpadkami drewna z budowanych umocnień. Palenie drewnem nie z odpadków było sabotażem.

Dopiero dziś zdaję sobie w pełni sprawę, że wtedy byłem dzieckiem. A przecież musiałem stawić czoło problemom tak, jak dorosły. Płakałem rzadko i to był chyba mój ratunek. Płakałem rzadko chyba dlatego, że nieszczęście było powszechne, że cierpieli wszyscy Polacy, że w nieszczęściu nie ma czasu na zastanawianie się nad sytuacją. A ta była straszna.

Kilka kilometrów od nas przy szosie ze Służewa do Torunia, pod lasem w wąwozie był obóz internowanych włoskich żołnierzy marszałka Badoglio. Tak mówiło się o nich między nami. Pracowali na innych odcinkach niż my, bez kontaktu z nami. Nie wiem, jaki był ich na koniec los. Nigdy po wojnie nie odwiedziłem tych okolic.

Pracowaliśmy do ostatnich dni. Kiedy wreszcie ruszyła ofensywa radziecka 17 stycznia 1945 roku, popędzono nas pospiesznie kolumnami na zachód. W kopnym śniegu, w mróz, bocznymi drogami, nie śpiąc, potwornie zmęczeni brnęliśmy Puszczą Bydgoską. Tam nas „zgubili” konwojujący Niemcy. Oni sami myśleli dopiero teraz o ucieczce.

Był chyba 22 stycznia 1945 roku. Ogarnęły nas nacierające wojska radzieckie, które początkowo nie wiedziały, z kim mają do czynienia. Byliśmy wolni. Skończyła się moja okupacyjna gehenna dziecka.

Zobacz inne miejsca które warto odwiedzić - MAPA