Inne powstanie w 1944 roku ~ Okiem obiektywu

Inne powstanie w 1944 roku

Powstanie warszawskie to dla Polaków jeden z najważniejszych symboli II wojny światowej. Jednak nie tylko w naszej historii sierpień 1944 roku odgrywa tak istotną rolę. Podobnie jest u naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Właśnie wtedy wybuchło Słowackie Powstanie Narodowe.


Wybuch powstania planowano skoordynować z nadejściem wojsk radzieckich, tak aby jego uczestnicy występowali w roli gospodarza w relacjach z dowódcami wkraczających jednostek Armii Czerwonej. Czy nie przypomina wam to czegoś? Identycznie rozumowała polska Armia Krajowa. Niestety, z racji na wzmożoną aktywność partyzancką – w dużej mierze kierowaną z Moskwy – sytuacja stawała coraz bardziej niestabilna.

Już 12 sierpnia rząd w Bratysławie ogłosił stan wyjątkowy, a dwa dni później dowództwo Wehrmachtu sklasyfikowało część terenów Słowacji, jako obszar przyfrontowy. W obawie, aby nie powtórzyła się sytuacja z Rumunii, gdzie w krytycznym momencie dotychczasowy sojusznik odwrócił się od Trzeciej Rzeszy, Niemcy naciskali na Tisę, aby ten zgodził się na wkroczenie ich wojsk na teren republiki.

Prezydent, co prawda z pewnymi oporami, ale przystał na tę propozycję, w wyniku której w nocy z 28 na 29 sierpnia 1944 r. pierwsze niemieckie jednostki zaczęły przekraczać słowacką granicę.

W tej sytuacji, mimo że przygotowania były jeszcze dalekie od ukończenia, podpułkownik Golian wydał rozkaz Začnite s vysťahovaním (pol. Zaczynajcie wypędzanie), co było sygnałem do rozpoczęcia powstania. Tak oto formalnie 29 sierpnia 1944 r. o godzinie 20.00 zaczęła się walka, która miała trwać prawie dwa miesiąc.

Początkowo powstańcy odnosili spore sukcesy. Ich siłom liczącym około 18 tysięcy partyzantów i blisko 50 tysięcy żołnierzy regularnej armii udało się zająć znaczną część środkowej Słowacji wraz z Bańską Bystrzycą, która stała się powstańczą stolicą. Niestety Niemcy, którzy skierowali do tłumienia powstania niemal 50 tysięcy ludzi, dowodzonych przez SS-Obergruppenführa Gottloba Bergera, działali równie szybko.

W rejonie Preszowa zdołali z zaskoczenia i właściwie bez walki rozbroić około 35 tysięcy słowackich żołnierzy tworzących tak zwane dywizje wschodniosłowackie, które miały obsadzić Przełęcz Dukielską i otworzyć Armii Czerwonej drogę wgłąb kraju.

Tymczasem w Londynie już 31 sierpnia czechosłowacki minister spraw zagranicznych Jan Masaryk zaapelował do państw Wielkiej Trójki, aby uznały powstańczą armię i partyzantów za siły sprzymierzone Aliantów i udzieliły im pomocy.

Sowieci – zdawać by się mogło – byli jak najbardziej otwarci na tę prośbę. Zgodzili się nawet na wysłanie w rejon walk 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej oraz 1. czechosłowackiego pułku myśliwskiego! Zapewniali również, że robią wszystko, aby przebić się przez Przełęcz Dukielską i połączyć się z powstańcami. Jednocześnie… nie pozwalali alianckim pilotom lądować na swoich lotniskach. A sami dziwnym trafem nie byli w stanie dotrzeć na Słowację.

W czasie, gdy jednostki 38. Armii gen. Kiryła Moskalenki nie potrafiły lub nie chciały sforsować Przełęczy Dukielskiej sytuacja powstańców coraz bardziej się pogarszała. Niemiecka armia systematycznie spychała ich w kierunku Bańskiej Bystrzycy. Rzecz jasna nic na to nie mogło pomóc przybycie z Londynu ósmego października generała Rudolfa Viesta, który przejął dowództwo.

Krach nastąpił dziesięć dni później, kiedy ruszyła potężna niemiecka ofensywa, dowodzona przez SS-Obergruppenführera Hermanna Höffle (19 września zastąpił Bergera). Już po trzech dniach atakujący, wśród których byli świeżo przerzuceni z Warszawy siepacze SS-Oberführera Dirlewangera, przełamali pozycje powstańców.

W tej sytuacji 22 października na spotkaniu w Bańskiej Bystrzycy zadecydowano, że dalsza otwarta walka nie ma sensu i należy schronić się w górach, powracając do partyzantki. Jak ustalono, tak też robiono. Bańska Bystrzyca została opuszczona przez powstańców 27 października i datę tę uważa się za koniec Słowackiego Powstania Narodowego.

W trakcie powstania zginęło około 4200 niemieckich żołnierzy zaś 5000 zostało rannych. Po stronie powstańców straty wyniosły odpowiednio ponad 1700 zabitych i 3600 rannych. Do tego należy doliczyć kilka tysięcy cywilów zamordowanych przez Niemców, jednostki wierne ks. Tisie, ale również i powstańców. Na tym jednak się nie skończyło. Wraz z upadkiem powstania rozszalał się terror.

Niemcy bezlitośnie ścigali tych którzy sprawili im tyle kłopotów. Już trzeciego listopada zostali schwytani generałowie Golian i Viest, których przetransportowano do obozu koncentracyjnego we Flossenburgu, gdzie najprawdopodobniej obaj zostali rozstrzelani.

Swoje krwawe żniwo zbierały Einsatzkommanda grasujące w poszukiwaniu powstańców i Żydów. Na ich koncie znalazło się kilka tysięcy pomordowanych i kilkadziesiąt spalonych wsi. Samo tylko Kommando ZbV27 z siedzibą w Preszowie miało na sumieniu 36 spalonych wsi i 300 ofiar.

Także ci, którzy trafili do Oflagów, Stalagów i obozów pracy nie mogli być pewni o swoje życie. Z około 30 tysięcy do kraju nigdy nie wróciło ponad 800. Nawet po zakończeniu wojny partyzanci byli narażeni na szykany. Po przejęciu w 1948 r. władzy w Czechosłowacji przez komunistów znaleźli się na celowników tamtejszej bezpieki, a niektórzy trafili nawet do łagrów.

Obecnie 29 sierpnia jest świętem państwowym na Słowacji, a dyskusje na temat tego czy powstanie miało w ogóle sens ciągle nie milkną. Zupełnie jak u nas.