Podczas II wojny światowej od 8 września do 30 listopada 1944 r. w okolicach Przełęczy Dukielskiej, na styku Karpat Zachodnich i Wschodnich, rozegrała się wielka bitwa, którą nazwano Operacją Karpacko-Dukielską (inaczej Dukielsko-Preszowską). Najbardziej spektakularnym etapem walk był bitwa pancerna w Dolinie Śmierci niedaleko Dukli, która odbyła się 12-14 września.
Od 11 września 1944 r. toczyły się ciężkie walki o Wzgórze 534 - Wzgórze Franków, wzgórze na północnym skraju Beskidu Niskiego, najwyższego szczyty w grupie wzgórz zwanej Górami Iwelskimi.
Kto miał wzgórze ten kontrolował szosę Dukla-Nowy Żmigród, mógł ostrzeliwać Duklę i okoliczne szosy. Walki o to strategiczne wzniesienie trwały w dzień i w nocy, kilkakrotnie przechodząc z rąk do rąk. Boje te, prowadzone przez 1 Brygadę Czechosłowacką, stały się symbolem walk na Przełęczy Dukielskiej. 9 września wzgórze zostało zdobyte przez oddziały 1 Korpusu Czechosłowackiego. W tym dniu Czechosłowacy zdobyli również Teodorówkę.
Obecnie na wzgórzu 534 w Teodorówce znajduje się pomnik żołnierzy walczących na tym terenie w czasie Operacji Karpacko-Dukielskiej oraz malowniczy punkt widokowy z lunetą i planszami przybliżającymi okoliczne wzniesienia.
Wzgórze 534 przez starszych mieszkańców okolic nazywane jest Krwawym Wzgórzem.
Iwla to niewielka wieś w Beskidzie Niskim. Wspominałem o niej przy okazji opisywania Wam wodospadu w Iwli. Wieś ta nie przypomina typowej polskiej wsi. Wszystkie domy są tu świeżo wybudowane gdyż wojnę przetrwały tutaj tylko trzy domy.
Widok na Dolinę Śmierci ze Wzgórza 534 - Wzgórza Franków
Był ranek 8 września 1944 roku, kiedy Armia Radziecka zaatakowała niemieckie wojska, które broniły przełęczy. Rosjanie chcieli szybko opanować Przełęcz Dukielską. Teraz już wiemy, że planowali przejść przez Karpaty, by wesprzeć słowackie powstanie, które wybuchło tam pod koniec sierpnia. Walki trwały tu do 30 listopada 1944 r.
Do ataku ruszyło dziewięć dywizji piechoty 38. Armii, których wspierały siły 25. Korpusu Pancernego, Armii Gwardii i 1. Czechosłowackiego Korpusu Armijnego.
W sumie na niewielką dolinę Beskidu Niskiego nacierało 180 tysięcy żołnierzy, wyposażonych w 1700 dział, moździerzy i ponad 1000 czołgów. Początkowy plan Rosjan zakładał, że po kilku dniach wkroczą na Słowację. Armia sowiecka nie spodziewała się jednak, że przejęcie terenu kilku wiosek zajmie im kolejne dwa miesiące.
Najbardziej spektakularnym etapem walk była bitwa pancerna w Dolinie Śmierci która odbyła się w dnia 11-14 września 1944 r. właśnie tu w dolinie rzeki Iwielki.
Straty po obu stronach sięgnęły dziesiątek tysięcy zabitych i rannych, a ślady po bitwie widoczne były w terenie jeszcze wiele lat po wojnie. W związku z tym miejscowa ludność nazwała to miejsce Doliną Śmierci. Nazwa ta przyjęła się w kartografii i historiografii.
Kurier Dukla, który ukazywał się co tydzień, poinformował 14 listopada 1944 roku o 210 tysiącach ofiar operacji Dukielsko-Preszowskiej ( nazywanej również Operacją Karpacko-Dukielską ). Uznaje się, że łącznie liczba zabitych przekroczyła 220 tysięcy. Zdaniem historyków, była to najbardziej krwawa bitwa stoczona na ziemiach polskich podczas II wojny światowej.
Miejscowości, przez które przeszedł front takie jak Dukla czy mniejsze wioski jak Teodorówka, Chyrowa czy właśnie Iwla, zostały niemalże zupełnie wyludnione i zniszczone. Zgodnie z ustaleniami historyków, operację pancerną przeżyło maksymalnie kilkadziesiąt ludzi.
Powstanie warszawskie to dla Polaków jeden z najważniejszych symboli II wojny światowej. Jednak nie tylko w naszej historii sierpień 1944 roku odgrywa tak istotną rolę. Podobnie jest u naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Właśnie wtedy wybuchło Słowackie Powstanie Narodowe.
Wybuch powstania planowano skoordynować z nadejściem wojsk radzieckich, tak aby jego uczestnicy występowali w roli gospodarza w relacjach z dowódcami wkraczających jednostek Armii Czerwonej. Czy nie przypomina wam to czegoś? Identycznie rozumowała polska Armia Krajowa. Niestety, z racji na wzmożoną aktywność partyzancką – w dużej mierze kierowaną z Moskwy – sytuacja stawała coraz bardziej niestabilna.
Już 12 sierpnia rząd w Bratysławie ogłosił stan wyjątkowy, a dwa dni później dowództwo Wehrmachtu sklasyfikowało część terenów Słowacji, jako obszar przyfrontowy. W obawie, aby nie powtórzyła się sytuacja z Rumunii, gdzie w krytycznym momencie dotychczasowy sojusznik odwrócił się od Trzeciej Rzeszy, Niemcy naciskali na Tisę, aby ten zgodził się na wkroczenie ich wojsk na teren republiki.
Prezydent, co prawda z pewnymi oporami, ale przystał na tę propozycję, w wyniku której w nocy z 28 na 29 sierpnia 1944 r. pierwsze niemieckie jednostki zaczęły przekraczać słowacką granicę.
W tej sytuacji, mimo że przygotowania były jeszcze dalekie od ukończenia, podpułkownik Golian wydał rozkaz Začnite s vysťahovaním (pol. Zaczynajcie wypędzanie), co było sygnałem do rozpoczęcia powstania. Tak oto formalnie 29 sierpnia 1944 r. o godzinie 20.00 zaczęła się walka, która miała trwać prawie dwa miesiące.
Początkowo powstańcy odnosili spore sukcesy. Ich siłom liczącym około 18 tysięcy partyzantów i blisko 50 tysięcy żołnierzy regularnej armii udało się zająć znaczną część środkowej Słowacji wraz z Bańską Bystrzycą, która stała się powstańczą stolicą. Niestety Niemcy, którzy skierowali do tłumienia powstania niemal 50 tysięcy ludzi, dowodzonych przez SS-Obergruppenführa Gottloba Bergera, działali równie szybko.
W rejonie Preszowa zdołali z zaskoczenia i właściwie bez walki rozbroić około 35 tysięcy słowackich żołnierzy tworzących tak zwane dywizje wschodniosłowackie, które miały obsadzić Przełęcz Dukielską i otworzyć Armii Czerwonej drogę wgłąb kraju.
Tymczasem w Londynie już 31 sierpnia czechosłowacki minister spraw zagranicznych Jan Masaryk zaapelował do państw Wielkiej Trójki, aby uznały powstańczą armię i partyzantów za siły sprzymierzone Aliantów i udzieliły im pomocy.
Sowieci – zdawać by się mogło – byli jak najbardziej otwarci na tę prośbę. Zgodzili się nawet na wysłanie w rejon walk 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej oraz 1. czechosłowackiego pułku myśliwskiego! Zapewniali również, że robią wszystko, aby przebić się przez Przełęcz Dukielską i połączyć się z powstańcami. Jednocześnie… nie pozwalali alianckim pilotom lądować na swoich lotniskach. A sami dziwnym trafem nie byli w stanie dotrzeć na Słowację.
W czasie, gdy jednostki 38. Armii gen. Kiryła Moskalenki nie potrafiły lub nie chciały sforsować Przełęczy Dukielskiej sytuacja powstańców coraz bardziej się pogarszała. Niemiecka armia systematycznie spychała ich w kierunku Bańskiej Bystrzycy. Rzecz jasna nic na to nie mogło pomóc przybycie z Londynu ósmego października generała Rudolfa Viesta, który przejął dowództwo.
Krach nastąpił dziesięć dni później, kiedy ruszyła potężna niemiecka ofensywa, dowodzona przez SS-Obergruppenführera Hermanna Höffle (19 września zastąpił Bergera). Już po trzech dniach atakujący, wśród których byli świeżo przerzuceni z Warszawy siepacze SS-Oberführera Dirlewangera, przełamali pozycje powstańców.
W tej sytuacji 22 października na spotkaniu w Bańskiej Bystrzycy zadecydowano, że dalsza otwarta walka nie ma sensu i należy schronić się w górach, powracając do partyzantki. Jak ustalono, tak też robiono. Bańska Bystrzyca została opuszczona przez powstańców 27 października i datę tę uważa się za koniec Słowackiego Powstania Narodowego.
W trakcie powstania zginęło około 4200 niemieckich żołnierzy zaś 5000 zostało rannych. Po stronie powstańców straty wyniosły odpowiednio ponad 1700 zabitych i 3600 rannych. Do tego należy doliczyć kilka tysięcy cywilów zamordowanych przez Niemców, jednostki wierne ks. Tisie, ale również i powstańców. Na tym jednak się nie skończyło. Wraz z upadkiem powstania rozszalał się terror.
Niemcy bezlitośnie ścigali tych, którzy sprawili im tyle kłopotów. Już trzeciego listopada zostali schwytani generałowie Golian i Viest, których przetransportowano do obozu koncentracyjnego we Flossenburgu, gdzie najprawdopodobniej obaj zostali rozstrzelani.
Swoje krwawe żniwo zbierały Einsatzkommanda grasujące w poszukiwaniu powstańców i Żydów. Na ich koncie znalazło się kilka tysięcy pomordowanych i kilkadziesiąt spalonych wsi. Samo tylko Kommando ZbV27 z siedzibą w Preszowie miało na sumieniu 36 spalonych wsi i 300 ofiar.
Także ci, którzy trafili do Oflagów, Stalagów i obozów pracy nie mogli być pewni o swoje życie. Z około 30 tysięcy do kraju nigdy nie wróciło ponad 800. Nawet po zakończeniu wojny partyzanci byli narażeni na szykany. Po przejęciu w 1948 r. władzy w Czechosłowacji przez komunistów znaleźli się na celownikach tamtejszej bezpieki, a niektórzy trafili nawet do łagrów.
Obecnie 29 sierpnia jest świętem państwowym na Słowacji, a dyskusje na temat tego, czy powstanie miało w ogóle sens, ciągle nie milkną. Zupełnie jak u nas.