Okiem Obiektywu: reportaż
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

19 gru 2025

Sebastian Kawa. Szybowcem nad Himalajami i K2. Gdy latanie jest formą eksploracji

Zazwyczaj góry poznaje się z poziomu ścieżki. Tempo narzuca nachylenie stoku, pogoda i własna kondycja. W szybownictwie perspektywa jest inna. Nie ma silnika, hałasu ani bezpośredniego kontaktu z terenem. Jest wysokość, wiatr i decyzje podejmowane w przestrzeni, w której margines błędu jest minimalny.

Portret pilota szybownika po prelekcji o lotach w górach

Sebastian Kawa, wielokrotny mistrz świata w szybownictwie, od lat lata w rejonach uznawanych za skrajnie trudne: w Himalajach, Karakorum, Andach i na Kaukazie. Jego relacje pokazują, że w takich wyprawach samo latanie bywa najprostszym elementem całego przedsięwzięcia, a walka o start zaczyna się często w gabinetach ministrów lub na spalonych słońcem pustkowiach - podobnie jak w klasycznym himalaizmie, o którym mówił Krzysztof Wielicki.

Szybownictwo jest bardzo odpowiedzialnym sportem. W kabinie nie ma drugiej osoby, która przejmie odpowiedzialność. Wszystko, co robimy - jak sterujemy i gdzie lecimy - definiuje bezpieczeństwo lotu” - podkreśla Sebastian Kawa.

Jak szybowiec utrzymuje się w powietrzu (i dlaczego lata 200 km/h?)

Szybowiec porusza się dzięki energii atmosfery. Każdy metr wysokości jest zapasem czasu i przestrzeni. Kawa tłumaczy to prosto: nowoczesny szybowiec zrzucony z Kasprowego Wierchu mógłby dolecieć w okolice Kielc.

Wysokość to waluta. Im jej masz więcej, tym więcej masz opcji. W górach często decyduje ona o tym, czy w ogóle masz gdzie lądować” - mówi.

W górach piloci wykorzystują trzy główne zjawiska:

  • Termika - ciepłe prądy wznoszące. W silnych warunkach do szybowców dolewa się wodę jako balast, by zwiększyć prędkość przelotową.
  • Noszenie żaglowe - wiatr unoszący się na zboczach. Lot odbywa się bardzo blisko skał, bez marginesu błędu - podobnie jak w ekstremalnych przejściach opisywanych przez Denisa Urubkę.
  • Fala górska - stabilne prądy powstające za pasmami górskimi, sięgające nawet 9-10 tysięcy metrów, pozwalające lecieć ponad chmurami i turbulencją.

Wiatr: wróg paralotniarza, sprzymierzeniec szybownika

Planując wyprawy, Sebastian Kawa często analizuje zdjęcia wykonane przez innych, np. paralotniarzy. Jednak to, co dla nich jest barierą nie do przejścia, dla szybowca jest paliwem. W górach wysokich wiatr często osiąga prędkość 100-200 km/h.

Paralotnia przy takim wietrze po prostu się poskłada, nie poleci pod wiatr. Jeśli pilot rzuci spadochron zapasowy, wyląduje w miejscu, z którego nie ma powrotu” - tłumaczy mistrz.

Szybowiec jest inny. Dzięki swojej aerodynamice i masie (często dociążony wodą) potrafi zamienić ten pęd powietrza w energię. To właśnie ta różnica sprawia, że tam, gdzie kończy się zasięg innych statków powietrznych, zaczyna się królestwo szybowców.

Himalaje: biurokracja trudniejsza niż latanie

Podczas wyprawy w Himalaje w 2013 roku największym wyzwaniem okazały się nie góry, lecz urzędy. Pozwolenia w Nepalu traciły ważność wraz ze zmianą rządu. Całą procedurę trzeba było zaczynać od nowa, biegając z pismami od pokoju do pokoju.

Prelekcja o lotach górskich z prezentacją zdjęć z powietrza na ekranie

W górach czekasz na pogodę, w urzędach na ludzi. Jedno i drugie potrafi trwać tygodniami” - wspomina Kawa.

Kiedy wreszcie udało się wystartować, wilgotne powietrze znad Zatoki Bengalskiej przyklejało chmury do zboczy. Dopiero front chłodny oczyścił niebo i uruchomił falę.

Lot na wysokości 9600 metrów w rejonie Annapurny był nagrodą za cierpliwość. Everest znalazł się w zasięgu, ale bez jednoznacznej zgody przelot nad nim nie wchodził w grę - podobnie jak w długich projektach zdobywania Korony Himalajów, o których opowiadała Dorota Rasińska-Samoćko.

Karakorum: Bal Lotnika i droga do Skardu

Karakorum to „zimna pustynia”, oddzielona doliną Indusu od wilgoci Himalajów. To właśnie w tym rejonie historia eksploracji zapisała się najmocniej - także w opowieściach o Jerzym i Cecylii Kukuczkach (czytaj więcej).

Prelekcja o lotach nad górami oglądana przez publiczność w sali wykładowej

Droga do Skardu prowadziła przez Turcję, Iran i Pakistan. Na granicy irańskiej dokumenty uznano za sfałszowane. Dopiero sieć osobistych kontaktów - uruchomiona telefonicznie przez znajomych z Polski - pozwoliła kontynuować podróż.

W Beludżystanie temperatura sięgała 52 stopni Celsjusza. Przejazdy odbywały się w asyście uzbrojonych konwojów. Inspiracją do wyprawy było jedno zdjęcie - wykonane przez paralotniarzy Red Bulla - pokazujące chmury z bardzo wysokimi podstawami.

Kaukaz: 6 sekund od katastrofy

Podczas lotów nad Kaukazem doszło do jednej z najgroźniejszych sytuacji w karierze Sebastiana Kawy. W dwuosobowym szybowcu, podczas ucieczki przed pogarszającą się pogodą, pasażer przez pomyłkę wyłączył główne zasilanie zamiast przełączyć baterię.

Maszyna wpadła w chmurę przy prędkości około 200 km/h bez działających przyrządów. „Bez widoczności pilot traci orientację po kilku sekundach. To nie teoria, to praktyka” - mówi.

Przez około minutę lecieli bez pełnej kontroli nad maszyną nad górzystym terenem. Dopiero doświadczenie i opanowanie pozwoliły odzyskać zasilanie, orientację i bezpiecznie opuścić chmurę.

Antarktyda: Ostatnia granica

Choć Himalaje i K2 brzmią jak szczyt marzeń, dla Sebastiana Kawy mapa wyzwań wciąż ma białe plamy. Jedną z nich jest Antarktyda. Logistyka takiej wyprawy to jednak koszmar, przy którym biurokracja w Nepalu wydaje się prosta.

Musimy być po stronie argentyńskiej, gdzie jest baza Marambio. Nie ma tam jednak portu morskiego, więc szybowiec musiałby polecieć samolotem Hercules” - wyjaśnia Kawa.

Rozmowy z uczestnikami po prelekcji o lotach górskichWspólne zdjęcie uczestników spotkania po prelekcji podróżniczej

Transport szybowca w luku bagażowym samolotu wojskowego to skomplikowana operacja. Skrzydła i kadłub muszą być idealnie zabezpieczone i ułożone tak, by zmieściły się obok walizek i innego ładunku. Do tego dochodzą ogromne koszty i konieczność uzyskania zgód wojskowych, które często są cofane w ostatniej chwili. Mimo to, wizja lotu nad lodowcami Antarktydy, wykorzystując tamtejsze fale atmosferyczne, pozostaje jednym z najbardziej ambitnych celów w świecie lotnictwa bezsilnikowego.

Szybownictwo to eksploracja

Dla Sebastiana Kawy szybownictwo jest formą eksploracji świata i samego siebie. Wymaga wiedzy, pokory i zdolności rezygnacji, gdy warunki lub procedury na to nie pozwalają.

W świecie pełnym wirtualnych bodźców warto wejść w coś bardzo prawdziwego. Latanie w górach takie właśnie jest” - podsumowuje.

Chcesz zobaczyć te góry na własne oczy?

Nie musisz być pilotem szybowca, by poczuć ten klimat. Jeśli ten wpis Cię zainspirował, zajrzyj na nasz kanał YouTube, gdzie znajdziesz więcej wizualnych opowieści z wypraw.

🎥 Subskrybuj Okiem Obiektywu na YouTube

Tworzenie takich materiałów to moja pasja, ale też ogrom pracy. Jeśli doceniasz merytoryczne przygotowanie tego tekstu i czas poświęcony na rozmowy oraz research, możesz postawić mi wirtualną kawę.

Postaw kawę tutaj

Do zobaczenia na szlaku (lub w powietrzu).

3 lis 2025

Spittelau: Najpiękniejsza spalarnia świata, która ogrzewa Wiedeń. Odkryłem arcydzieło Hundertwassera.

Wiedeń pachnie kawą i pieczonym kasztanem, ale jest w nim też zapach, którego nie czuć. To zapach ognia, który pali się w samym środku miasta - niewidzialny, czysty, ujarzmiony. Gdy wysiadłem przy stacji metra Spittelau, słońce odbijało się od złotej kuli na kominie tak mocno, że przez chwilę pomyślałem, jakby ktoś zawiesił na niebie dodatkowe słońce. W tej samej sekundzie wróciło zdanie, które słyszałem już wcześniej: to najpiękniejsza spalarnia świata.

Wjazd śmieciarek do spalarni Spittelau w Wiedniu, u podnóża kolorowej fasady Hundertwassera.

Ale słowo „spalarnia” nie pasuje do tego miejsca. To coś między rzeźbą a maszyną do ogrzewania marzeń. Między technologią a sztuką. Między światem inżynierów a światem malarzy, którzy nie potrafią rysować prosto.

Hundertwasser: sztuka zamiast komina

Kiedy podchodzisz bliżej, Spittelau wygląda jak coś, co wymknęło się z kart baśni. Falujące ściany, drzewa rosnące z dachów, kolumny w kolorach porzuconych przez logikę i odzyskanych przez intuicję. Nigdzie nie ma linii prostych. Każde okno wygląda jak gest - spontaniczny, emocjonalny, nie do powtórzenia. I nagle przypominasz sobie nazwisko: Hundertwasser. Człowiek, który malował spirale, a potem zamienił je w architekturę.

To on nadał Spittelau tożsamość. W latach osiemdziesiątych, po pożarze, Wiedeń mógł ten budynek zburzyć. Był przecież brzydki, przemysłowy, typowy dla epoki betonu i funkcjonalizmu. Ale burmistrz Helmut Zilk miał wtedy odwagę zaprosić artystę. Hundertwasser nie chciał - powiedział, że nie będzie ozdabiał „brudnego pieca”. Zgodził się dopiero wtedy, gdy miasto przyjęło jego trzy warunki: najlepsze możliwe filtry spalin, rozwój systemu selektywnej zbiórki odpadów i pełną wolność artystyczną.

Nie wziął za projekt ani szylinga.

Wnętrze czystego ognia: jak to działa?

Wchodzimy do środka. Bunkier - ogromna hala, w której powietrze drży od napięcia i ciężaru. Po jednej stronie ściana szkła, po drugiej wielki chwytak, który zanurza się w górze śmieci. W jednej chwili wyciąga sześć ton życia - wszystko, co Wiedeń wyrzucił. To, co było wczoraj obiadem, paczką z dostawy, pamiątką z koncertu, trafia tu, do przemysłowego serca miasta.

Autor na dachu Spittelau z widokiem na Wiedeń i charakterystyczny element instalacji.Autor na dachu spalarni Spittelau w Wiedniu z widokiem na złotą kulę w tle.

Georg, przewodnik, uśmiecha się. „Codziennie przyjeżdża tu dwieście śmieciarek. Rocznie to około 250 tysięcy ton odpadów. Wszystko, czego nie da się już odzyskać, idzie na ruszt. Ale to, co stąd wychodzi, to nie dym, tylko ciepło dla sześćdziesięciu tysięcy mieszkań.”

Patrzę na monitory w sterowni. Kolorowe linie pokazują temperaturę spalania - 850, 900, 1100 stopni. W piecu nie widać płomienia, tylko pulsujący blask. Ściany drżą, jakby w środku grała orkiestra. Każda nuta to kilowat energii, każda przerwa to chwila, gdy węgiel nie istnieje, a ciepło rodzi się ze śmieci.

Widok do wnętrza bunkra spalarni, gdzie gromadzone są odpady przed spaleniem.

Za halą zaczyna się inny świat - techniczny, chłodny, jak wnętrze laboratorium. Filtry, rury, zbiorniki. Georg prowadzi nas wąskimi korytarzami. „To jest filtr tkaninowy, coś jak Gore-Tex w wersji XXL. Spaliny mają tu 180 stopni. Po przejściu przez membrany zostaje głównie para. Pyły i popiół spadają do kontenerów, które jadą na specjalne składowisko w Niemczech. Nie możemy ich tu trzymać - są zbyt toksyczne.”

Za zakrętem widać kolejną konstrukcję - stalową wieżę, z której wydobywa się delikatna mgła. „To nasz prysznic” - mówi Georg. „Tyle że dla gazów.” Woda z wapnem rozpyla się w drobne kropelki, które łapią metale ciężkie i kwasy. W efekcie to, co na początku było trującym powietrzem, na końcu staje się czystą parą wodną.

Widok na elewację spalarni Spittelau z charakterystyczną złotą kulą na kominie.Zbliżenie na błękitny komin Spittelau zakończony złotą kulą.

Wychodzimy po schodach na górę. W tle szum - głęboki, rytmiczny, jak ocean w stalowym basenie. To turbina. Z każdego płomienia rodzi się para, z każdej pary prąd.

Wiedeń 2040: manifest neutralności

Na zewnątrz miasto toczy się swoim rytmem. Tramwaj przejeżdża obok, ludzie piją kawę w budkach, dzieci idą do szkoły. Żadne z nich nie wie, że właśnie obok ich stacji metra trwa nieustanna praca, która utrzymuje Wiedeń w cieple. System ciepłowniczy miasta ma już 1200 kilometrów długości - tyle, ile trasa z Wiednia do Paryża. Woda w głównych rurach ma około 130 stopni i ciśnienie 22 bary. Potem przez wymienniki trafia do mieszkań, gdzie oddaje ciepło i wraca do sieci, chłodniejsza, gotowa na kolejny cykl.

Fragment ogrodu na dachu Spittelau z widokiem na rośliny i mozaikową ścianę budynku.

Kiedy Georg opowiada o przyszłości, w jego głosie słychać dumę, ale też odpowiedzialność. „Dzisiaj czterdzieści procent domów w Wiedniu jest podłączonych do sieci ciepłowniczej. W 2040 roku ma być sześćdziesiąt. Wtedy nie będzie już gazu. Ciepło ma pochodzić z czterech źródeł - ćwierć z odpadów, ćwierć z geotermii, ćwierć z pomp ciepła i ćwierć z gazów odnawialnych. Całość ma być neutralna klimatycznie.”

To zdanie brzmi jak manifest.

Przy jednej z hal pokazują nam nową pompę ciepła - ogromne niebieskie urządzenie, które wykorzystuje energię z kondensatu po oczyszczaniu spalin. Temperatura tej wody to pięćdziesiąt stopni - za mało dla sieci. Pompa podbija ją do dziewięćdziesięciu i wprowadza z powrotem w obieg. „Jedna jednostka prądu daje nam cztery jednostki ciepła” - mówi inżynier. „Dzięki temu możemy ogrzać dodatkowych szesnaście tysięcy mieszkań. To energia, która kiedyś po prostu uciekała w powietrze.”

Obok, na ekranie, migają dane. Ciepło, prąd, ciśnienie, para. W liczbach widać życie miasta.

Złota kula po zmroku: symbol odwagi

Wieczorem wracam na zewnątrz, bo chcę zobaczyć to miejsce po zmroku. Niebo granatowe, powietrze gęste od wilgoci, a kula na kominie świeci jak księżyc. Elewacje ożywają w świetle - niebieskie pasy, czerwone łaty, złote płytki, wszystko drga. W górze widać zarysy drzew, które rosną na dachu, a z ich gałęzi spływa w dół delikatny cień.

Kolorowy element architektoniczny w kształcie kopuły na dachu spalarni Spittelau, w barwach czerwieni, błękitu i fioletu.Fragment kolorowej fasady Spittelau z niebieskimi panelami i charakterystyczną złotą kulą komina.

Patrzę na komin i myślę o tym, jak odważne było to wszystko w latach osiemdziesiątych. Zamiast ukryć przemysłowy obiekt, miasto wystawiło go na widok publiczny. Zamiast uciekać od śmieci, uczyniło z nich źródło ciepła i symbol odpowiedzialności. Dziś, kiedy mówimy o zielonej transformacji, Wiedeń pokazuje, że to nie tylko technologia, ale też kultura i estetyka.

Wiedeń jest miastem, które potrafiło pogodzić sztukę z inżynierią. Wystarczy popatrzeć na Spittelau, żeby to zrozumieć. Komin to nie tylko komin. To pomnik miejskiej odwagi, w którym Hundertwasser zostawił swoje spirale, a inżynierowie Wien Energie dopisali ciąg dalszy.

Dach Spittelau z alejką spacerową, złotymi kulami i widokiem na panoramę Wiednia.

Wchodząc pod złotą kulę, czujesz, że tu naprawdę wszystko ma sens: śmieci, które stają się energią, para, która zamienia się w światło, i sztuka, która nie odgradza się od fabryki, tylko ją ozdabia.

To nie jest opowieść o spalarni. To opowieść o mieście, które postanowiło, że nawet komin może być piękny.

Złota kula nad Wiedniem wciąż świeci. Nie dymem, lecz światłem. I może właśnie dlatego Wiedeń zimą jest tak ciepły.

Okiem Obiektywu w Wiedniu

Takie miejsca jak Spittelau to jest sól moich podróży. To dowód na to, że technologia może iść w parze ze sztuką, a odwaga w myśleniu zmienia całe miasta. To właśnie takie historie chcę Wam przywozić. Jeśli cenisz takie reportaże i chcesz wspierać moją pracę nad "Okiem Obiektywu", możesz postawić mi wirtualną kawę na Zrzutce.

A może sam planujesz wyjazd do Wiednia? Chcesz odkryć nie tylko Schönbrunn, ale też takie perły jak ta? Skorzystaj z moich konsultacji podróżniczych!

Ten reportaż to także doskonały przykład mojej oferty współpracy dla miast i regionów. Potrafię opowiadać o innowacjach, ekologii i technologii w sposób, który inspiruje. Zapraszam do kontaktu!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

23 paź 2025

Dwa rodzaje ciszy. Opowieść z lasu, w którym Polska nasłuchuje kosmosu.

Są takie miejsca, które wydają się istnieć poza czasem. Wjeżdżasz w sosnowy las pod Toruniem, a droga, choć wyboista, prowadzi cię prosto w inny wymiar. Wiatr gwiżdże w konarach, pachnie żywicą i wilgotną ziemią. I nagle, między drzewami, wyłania się ona.

Radioteleskop RT4 w Piwnicach na tle niebieskiego nieba, widziany z dołu.

Biała czasza. Tak ogromna, że przytłacza.

To RT4, największy polski radioteleskop. Katedra. Stalowa katedra myśli inżynieryjnej, wymierzona prosto w niebo. Dla fotografa - to sen. Kontrast bieli instrumentu i zieleni lasu, gra światła na ażurowej konstrukcji, poczucie skali. Człowiek jest tu mały.

Ale przyjechałem tu nie tylko dla obrazów. Przyjechałem posłuchać. I szybko zrozumiałem, że w Piwnicach nasłuchuje się nie tylko kosmosu. Trzeba nasłuchiwać ludzi.

Spotkałem tam pasjonatów. Ludzi, którzy są żywą historią tego miejsca.

Nazywam się Eugeniusz Pazderski, jestem emerytowanym pracownikiem Instytutu Astronomii - przedstawia się mój przewodnik. Jego głos jest spokojny, ale oczy błyszczą, gdy mówi o swoim dziele. Oprowadza mnie też Marcin Gawroński, wicedyrektor. Młodsze pokolenie, ta sama pasja.

W powietrzu, oprócz zapachu lasu, wisi coś jeszcze. Ledwo wyczuwalna woń ozonu i rozgrzanej elektroniki. I napięcie. Prawdziwa burza nie nadciąga z kosmosu. Nadciąga z Warszawy.

Decyzja o wstrzymaniu finansowania. Groźba, że ta potężna antena zamilknie.

A milczenie radioteleskopu to nie jest zwykła, kojąca cisza lasu. To cisza ostateczna. To przerwane pomiary. To koniec historii, która jest tak fascynująca, że brzmi jak scenariusz filmowy.

Dziedzictwo z Wilna, które przetrwało burzę

Zanim jednak stal urosła ponad sosny, była tu romantyczna wizja. Obok kolosa stoją do dziś dwie małe, białe kopuły optyczne. Wyglądają jak domki z bajki. To one są początkiem.

Frontalny widok na ogromną czaszę radioteleskopu RT4 w Piwnicach.

Astronomia toruńska jest absolutnym kontynuatorem Uniwersytetu z Wilna - opowiada Marcin Gawroński. - Całe szefostwo, które przeżyło wojnę i zdecydowało się zostać w Polsce, zbudowało tu astronomię od podstaw.

Wśród nich była postać-legenda: profesor Wilhelmina Iwanowska.

Ona w zasadzie miała swój pokój, tu spędzała kupę czasu - wtrąca nostalgicznie pan Eugeniusz.

Ironia tej historii uderza mnie z całą mocą. Rok 2025 ogłoszono w Toruniu Rokiem Iwanowskiej. I właśnie teraz, w roku swojej patronki, dzieło jej następców - ten stalowy gigant - walczy o przetrwanie.

Człowiek, który rozumiał stal jak muzykę

Stoję pod samą czaszą i zadzieram głowę. Słońce prześwieca przez kratownicę, tworząc na ziemi koronkową mozaikę cieni. Setki ton stali wiszą nade mną, a ja czuję ich precyzję.

Widok na podstawę i kratownicę radioteleskopu RT4 w Piwnicach pod Toruniem.Radioteleskop RT4 z widocznym ramieniem systemu EVN w Piwnicach.

W każdej rozmowie wraca jedno nazwisko.

Bujakowski. Pan Bujakowski - powtarzają moi rozmówcy. - Inżynier Bujakowski z Katowic. To był człowiek, który rozumiał stal jak inni muzykę.

To on zaprojektował tę konstrukcję. A ta konstrukcja to majstersztyk. Jak poruszyć setkami ton z precyzją, której nie powstydziłby się zegarmistrz? Jak zniwelować luz w przekładni wielkości domu?

To się nazywa anti-backlash - tłumaczy mi jeden z inżynierów. Słucham, i choć nie rozumiem każdego technicznego detalu, rozumiem ideę. - Na każdej nodze są dwa silniki. Jeden ciągnie do przodu, a drugi w tym samym czasie hamuje wstecz. W ten sposób nie ma luzów. Cały czas są wybrane do zera.

Dźwięk silników, gdy antena się porusza, to nie ryk. To cichy, precyzyjny szept.

Zegarek z błędem sekundy na milion lat

Jeśli mechanika to potężne mięśnie, to system pomiaru czasu jest sercem, które bije w niewyobrażalnym rytmie. Bo RT4 nie pracuje sam. Jest częścią globalnej sieci. Razem z teleskopami w Hiszpanii, Szwecji czy Chinach tworzą jeden wirtualny teleskop wielkości Ziemi.


Radioteleskop RT4 w Piwnicach widziany z boku, w pełnej perspektywie z konstrukcją nośną.

Warunek? Muszą być zsynchronizowane co do nanosekundy.

Potrzebujemy zegara o dokładności 2,5 razy 10 do minus 15 sekundy na sekundę - wyjaśnia Marcin Gawroński. Widzi moją minę i przekłada to na ludzki język: - To jest błąd jednej sekundy na około półtora miliona lat.

Ten niewidzialny fundament pozwala im robić coś, co wykracza poza moją wyobraźnię.

Robimy tych pomiarów 4 miliardy. 4 miliardy razy na sekundę mierzymy napięcie. I każde napięcie dokładnie wiemy, o której godzinie było zrobione.

Miliardy próbek na sekundę. Precyzja jednej sekundy na milion lat. A wszystko po to, by usłyszeć szept.

Szept Kosmosu i cisza za 100 tysięcy dolarów

Radioteleskop jest termometrem - mówi prosto pan Eugeniusz. Tłumaczy, że sygnał z kosmosu to szept. Jego temperatura to czasem ledwie 3 Kelwiny - trzy stopnie powyżej zera absolutnego.

Antena radioteleskopu RT4 wśród pól uprawnych w Piwnicach pod Toruniem.

Jak usłyszeć szept w hałaśliwym świecie? Jak usłyszeć coś, co ma 3 Kelwiny, skoro sam odbiornik, szumiąc, generuje temperaturę setek stopni?

Odpowiedź jest zimna. Bardzo zimna.

Musimy schłodzić wstępne stopnie odbiorników do 15 kelwinów. To jest minus 260 stopni Celsjusza. To jest cisza absolutna, w której dopiero można usłyszeć ten najcichszy z szeptów.

I tu pan Eugeniusz uśmiecha się lekko.

Różnica między naszymi odbiornikami a tymi w państwa radiach jest taka: wasz odbiornik kosztuje 100 dolarów, a nasz 100 tysięcy dolarów.

Widok radioteleskopu RT4 z dołu, pod dużym kątem, na tle chmur.

Ale to, co następuje potem, jest prawdziwym sercem tej opowieści.

Aparatura, którą budujemy, to jest aparatura naszej konstrukcji. Nigdy nie zamawiamy jej na zewnątrz - podkreśla z dumą, która prostuje plecy.

Po czym opowiada historię-symbol. Historię o polskiej pasji i zaradności.

Byliśmy ekspertami przy odnawianiu teleskopów na Łotwie. Szukali firmy, która zbuduje im odbiornik. Znaleźli w Hiszpanii. Zapłacili jej milion euro. Chwilę później my stwierdziliśmy, że też potrzebujemy takiego odbiornika. Nasza koleżanka zdobyła grant... 100 tysięcy złotych.

Milion euro. Sto tysięcy złotych.

Powstał ten system za te pieniądze u nas. I jeszcze dodatkowo buduję jakby odbiornik zapasowy - kończy pan Eugeniusz.

Stoimy w sterowni, wśród szaf, które cicho szumią. Patrzę na tych ludzi i rozumiem, że to jest właśnie ten "duch miejsca". To nie są tylko genialni inżynierowie. To są twórcy.

Arcydzieło, które nie chce się psuć

Po co to wszystko? Czego szukają?

Poszukuję sygnałów niestacjonarnych - uśmiecha się tajemniczo Marcin Gawroński. - Cokolwiek to oznacza.

Zdjęcie RT4 wykonane z drona, ukazujące kontrast białej konstrukcji anteny i brązowych pól.

Chodzi o FRB - szybkie błyski radiowe. Zjawiska tak ekstremalne, że fizyka ledwo zaczyna je rozumieć.

Jakiś obszar we Wszechświecie emituje energię porównywalną z dziesięcioletnią produkcją energii przez Słońce. Wysyła to w formie impulsu trwającego jedną milisekundę - tłumaczy pan Pazderski.

Jedna tysięczna sekundy. Tyle trwa szept, na który poluje ta stalowa katedra.

Pan Eugeniusz z nostalgią pokazuje mi stare taśmy, na których kiedyś zapisywali dane.

To jest arcydzieło - mówi cicho, patrząc na monitory. - To działa od 1994 roku. Nigdy nie było tu poważnej awarii. Zdarzyła się jedna, w drugim roku eksploatacji. I od tamtej pory... mijają dziesięciolecia i nic się nie chce popsuć. Teleskop działa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Gdy opuszczałem Piwnice, słońce chyliło się ku sosnom. Złote światło kładło się na białej czaszy. W ciszy lasu słyszałem tylko ten ledwo wyczuwalny, precyzyjny szept silników. Antena powoli obracała się w stronę nowego celu na niebie.

Radioteleskop RT4 w Piwnicach pod dramatycznym niebem Kujaw, widziany z lotu ptaka.

Pomyślałem wtedy, że to nie jest pomnik. To jest instrument. Żywy, działający, pulsujący pracą ludzi i danymi z kosmosu.

Naukowcy w Piwnicach szukają ciszy. Tej idealnej, zimnej ciszy minus 260 stopni, by móc usłyszeć szept Wszechświata. Teraz grozi im inna cisza. Cisza ministerialnej decyzji, cisza odciętego zasilania, cisza bezruchu.

Nauka też potrzebuje ciszy. Ale nie takiej.

29 cze 2025

Elżbieta Starostecka uhonorowana Złotym Aniołem TOFIFEST w Toruniu - Relacja z Gali Otwarcia

Miasto Kopernika, znane ze swoich historycznych murów i pierników, stało się wczoraj wieczorem świadkiem wyjątkowego wydarzenia. Podczas uroczystej Gali Otwarcia 23. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Bella TOFIFEST, legendarna polska aktorka, Elżbieta Starostecka, odebrała prestiżowego Złotego Anioła dla Damy Polskiego Kina. To wyróżnienie uhonorowało jej niezaprzeczalny wkład w polską kinematografię na przestrzeni ponad sześciu dekad.

Elżbieta Starostecka odbiera statuetkę Złotego Anioła od Prezydenta Miasta Torunia, Pawła Gulewskiego, podczas Gali Otwarcia 23. MFF Bella TOFIFEST.Elżbieta Starostecka i Prezydent Torunia Paweł Gulewski z wręczoną statuetką Złotego Anioła, symbolizującą uhonorowanie aktorki na festiwalu TOFIFEST.

Aktorka, z charakterystycznym dla siebie wdziękiem, na ściance prasowej festiwalu podzieliła się swoimi odczuciami: „Toruń to piękne miasto - morze zieleni, w którym bywałam już przy serialowych planach. Dziś wracam tu szczęśliwsza, bo z aniołem u boku.” Słowa te idealnie oddały atmosferę wieczoru, pełnego wzruszeń i artystycznej celebracji.

Statuetka na Wyciągnięcie Skrzydeł - Magia Gali Otwarcia

Wieczór w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki tętnił życiem. Foyer pulsowało migotliwym szmerem fleszy, a oczekiwanie na rozpoczęcie Gali Otwarcia rosło z każdą chwilą. Kiedy na scenie rozległy się pierwsze takty fanfar, symbolicznym gestem prezydent miasta, Paweł Gulewski, uniósł w górę charakterystyczną, pozłacaną figurę Złotego Anioła. Chwilę później przekazał ją Elżbiecie Starosteckiej, dodając wzruszające słowa: „To jest też symbol, jeden z symboli naszego miasta. Anioł już od tej pory czuwa nad panią Elżbietą.

Ten moment stał się kwintesencją wieczoru, spuentowaniem przyznania Złotego Anioła - nagrody honorującej artystki, których wszechstronne działania przyczyniły się do rozwoju polskiej kinematografii i które publiczność zapamiętała z wyjątkowych, różnorodnych ról filmowych i teatralnych. To wyraz uznania dla „wielkiej kobiety z polskiego filmu i prawdziwej kobiety z filmu”.

Sześćdziesiąt Lat w Służbie X Muzy

Filmografia Elżbiety Starosteckiej to podróż przez historię polskiego kina. Jej kreacje to role tak rozpoznawalne, że wystarczy wspomnieć tytuły, by przywołać w pamięci ikoniczne sceny i emocje. Wśród nich należy wymienić te w „Piekle i niebie”, „Lalce”, „Rzeczpospolitej babskiej”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” i „Trędowatej”. Jak podkreślono podczas gali, były to „piękne kreacje, niezapomniane kreacje”.

Elżbieta Starostecka rozmawia na ściance prasowej festiwalu TOFIFEST, z logo Bella TOFIFEST w tle.

Głos z Czerwonego Dywanu

W krótkiej rozmowie na ściance prasowej Elżbieta Starostecka przyznała, że nagroda to „znak, iż lata pracy w kinie zostawiły ślad, który wciąż się wzmaga i wzmaga mimo upływu lat”. Wspomniała również o swoim sentymencie do Torunia: „Zieleń tu jest niezwykła, a miasto… piękne jak wtedy, gdy kręciłam tu serial kilka lat temu”. Jej słowa, pełne autentycznego wzruszenia, podkreślały głęboką więź artystki z miejscami, w których tworzyła.

Znaczenie Wyróżnienia

Przyznanie Złotego Anioła Elżbiecie Starosteckiej ma wielowymiarowe znaczenie:

  • Historyczny Most: Uhonorowanie aktorki łączy pokolenia widzów, od fanów „Trędowatej” po młodych kinomanów, którzy dopiero odkrywają jej bogaty dorobek.

  • Siła Kobiecej Perspektywy: W roku, gdy festiwal TOFIFEST akcentuje wolność i kobiecość, wyróżnienie Damy Polskiego Kina stanowi podkreślenie kluczowego wkładu artystek w rozwój kultury.

  • Promocja Torunia: Miasto Kopernika umacnia swoją pozycję jako centrum filmowych premier i nagród, przyciągając uwagę mediów i miłośników kina z całej Polski. Prezydent Gulewski wyraził podziękowania w imieniu „wszystkich mieszkańców grodu Kopernika za to, co wniosła do polskiego i światowego kina”.

Elżbieta Starostecka uśmiecha się, trzymając bukiet kwiatów i statuetkę Złotego Anioła, obok Prezydenta Torunia Pawła Gulewskiego.

Wieczór zwieńczyły poruszające słowa Elżbiety Starosteckiej, wypowiedziane ze sceny Jordanków: „Anioł już czuwa, a ja - mimo wzruszenia - chcę dalej opowiadać historie. Bo kino nie zna wieku.” Jej przesłanie, pełne pasji i determinacji, pozostawiło niezatarte wrażenie, przypominając, że prawdziwa sztuka jest ponadczasowa.