Okiem Obiektywu: relacja
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

26 lis 2025

Dom Dobry - to nie jest film, to terapia narodowa. Relacja ze spotkania z twórcami.

Toruń, 25 listopada 2025 roku. Wieczór w Akademickim Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa", który na długo zostanie w mojej pamięci. Ale zanim opowiem Wam o tym, co działo się na scenie, muszę zacząć od osobistego wyznania. Od czegoś, co sprawiło, że ten wieczór przeżyłem inaczej niż większość widzów na sali.

Twórcy filmu Dom Dobry siedzący na scenie podczas panelu dyskusyjnego w Od Nowie

Nie obejrzałem tego filmu. Wytrzymałem minutę.

Przez 5 lat byłem pracownikiem socjalnym. Pracowałem w jednej z najtrudniejszych dzielnic Torunia. Na co dzień stykałem się z przemocą w rodzinie - tą fizyczną, psychiczną, wymierzoną w kobiety, ale i w te najbardziej bezbronne istoty - w dzieci. Widziałem z bliska alkoholizm, wykluczenie, bezradność i ból, który trudno opisać słowami. I choć człowiek w takich warunkach staje się specjalistą od ludzkich dramatów, to jednocześnie w środku kruszeje kawałek po kawałku.

Choć od tamtego czasu minęły niemal dwie dekady, pewne drzwi w głowie trudno zamknąć na klucz. Moja wrażliwość i empatia pozostały nienaruszone, a może wręcz wyostrzyły się z czasem. Dziś po prostu nie jestem w stanie patrzeć na krzywdę drugiego człowieka - nawet jeśli jest to "tylko" fikcja fabularna na ekranie kinowym. Obrazy z przeszłości wracają zbyt szybko, zbyt intensywnie. I nawet najmocniejszy człowiek może poczuć, że ponownie stoi w drzwiach mieszkania, w którym cisza jest głośniejsza niż krzyk.

Mimo że nie byłem w stanie obejrzeć seansu, wiedziałem, że muszę być na spotkaniu z twórcami. Czułem, że dyskusja o „Domu Dobrym” wykracza daleko poza ramy zwykłego eventu filmowego. Że to będzie nie tylko rozmowa o produkcji, ale i o doświadczeniu tysięcy kobiet oraz dzieci - o historii, która wciąż, niestety, nie jest historią zamkniętą. I nie myliłem się. To była głęboka, bolesna, ale i oczyszczająca rozmowa o tym, co jako społeczeństwo zbyt często zamiatamy pod dywan.

Na scenie pojawili się: reżyser Wojciech Smarzowski, aktorki Agata Turkot i Agata Kulesza, producent Wojciech Gostomczyk oraz przedstawiciele organizacji pomocowych. To, co usłyszeliśmy, rzuca zupełnie nowe światło na proces powstawania filmu i jego społeczną misję. Każdy z gości wniósł do rozmowy własny ton - od twórczej analizy po osobiste świadectwa z pracy w terenie.

Wejście do głowy ofiary - nowa perspektywa Smarzowskiego

Wojciech Smarzowski przyzwyczaił nas do mocnego, naturalistycznego kina, które nie ucieka od brutalnej prawdy. Jednak w „Domu Dobrym” poszedł o krok dalej, decydując się na zabieg formalny, który łamie realizm, by oddać prawdę emocjonalną. Jak sam przyznał podczas spotkania, kluczem było „wejście do głowy głównej bohaterki”. Nie pokazanie przemocy z zewnątrz, ale jej odczucie od środka.

Reżyser filmu Dom Dobry trzyma mikrofon i odpowiada na pytania podczas spotkania w ACKiS Od Nowa

Reżyser zdradził, że inspirował się rozmową z osobą, która powiedziała mu wprost: „Ty tego nie zrozumiesz, ale musisz spróbować, jeśli chcesz zrobić ten film”. To zdanie stało się dla niego punktem zwrotnym. Stąd nieliniowa narracja, zakrzywienia czasu i dwie alternatywne ścieżki fabularne - ta mroczna i ta jaśniejsza. To jakby oglądać emocje rozpisane na dwóch równoległych mapach. Co ciekawe, Smarzowski zauważył, że osoby, które w swoim życiu zamknęły temat przemocy, interpretują zakończenie filmu jako happy end. To dowód na to, jak potężnie ten obraz rezonuje z osobistymi doświadczeniami widzów i jak różnie można przeżywać te same bodźce.

Na planie kluczowe było poczucie bezpieczeństwa. Reżyser wyznał, że osobą, przy której czuje się najbezpieczniej w pracy, jest operator Tomek Szuchart. Ta chemia między twórcami przekłada się na ekran, gdzie każda klatka krzyczy emocjami, ale jednocześnie jest niesiona z ogromną wrażliwością w oku kamery.

Agata Turkot i cena prawdy

Rola Gośki to wyzwanie, które mogłoby przytłoczyć niejednego doświadczonego aktora. Agata Turkot opowiadała w Toruniu o gigantycznym zmęczeniu - fizycznym i psychicznym - jakie towarzyszyło jej podczas zdjęć. Jej słowa brzmiały jak wyznanie kogoś, kto naprawdę wszedł w czyjąś traumę, ale jednocześnie zrobił to z największą ostrożnością.

Agata Turkot siedzi na scenie w trakcie panelu o filmie Dom Dobry

- Nie wiedziałam, że mogę być tak zmęczona. Najpierw musiałam odpocząć, choroba, potem leżenie i nicnierobienie - mówiła aktorka. W jej głosie było słychać nie tylko zmęczenie, ale i pewien rodzaj ulgi, że udało się wyjść z tej roli w jednym kawałku.

Kluczowa w jej pracy była „higiena” zawodu. Współpracując z coacherką aktorską, Anią Skrupą, uczyła się metody „chowania się za postacią”, stawiania wyraźnej granicy między sobą a graną bohaterką. To fascynujące spojrzenie na warsztat aktorski, gdzie sztuka nie polega na zniszczeniu siebie, ale na bezpiecznym „pożyczeniu” emocji. Turkot podkreślała, że dla niej to właśnie ta jaśniejsza ścieżka fabularna była wiodąca, co pozwoliło jej przetrwać mrok tej historii i dało jej psychiczny oddech między kolejnymi ujęciami.

Agata Kulesza: Zrozumieć, nie usprawiedliwiać

Niezwykle poruszający był wątek Matki, w którą wcieliła się Agata Kulesza. Aktorka, znana z genialnych analiz psychologicznych swoich postaci, postawiła sprawę jasno: jej celem nie jest obrona postaci, ale zrozumienie jej motywacji. I z tej perspektywy jej rola nabiera jeszcze większej głębi.

- Obrona i zrozumienie to dwie różne rzeczy - punktowała Kulesza, a sala niemal automatycznie ucichła. W tym zdaniu było coś więcej niż analiza postaci - była to prawda o wielu relacjach rodzinnych.

Agata Kulesza słucha pytania ze sceny podczas spotkania o filmie Dom Dobry w Od Nowie

Matka w „Domu Dobrym” to pejzaż, tło, które pozwala zrozumieć, dlaczego główna bohaterka była podatna na przemoc, dlaczego nie zauważyła pierwszych „czerwonych flag”. Kulesza zwróciła uwagę na przemoc, która nie zostawia siniaków, ale dewastuje psychikę: wieczne niezadowolenie, słowa „nic ci nie wyszło”, szantaże emocjonalne, migreny używane jako narzędzie kontroli, drobne, ale powtarzające się gesty obwiniania.

- To też jest przemoc - mówiła aktorka, zmuszając nas wszystkich do refleksji. Ilu z nas, wychodząc z kina, pomyśli: „ja też tak robię”? To siła tego filmu - pozwala przejrzeć się w nim nawet tym, u których w domu nikt nikogo nie bije. To lustro niewygodne, ale konieczne.

Koniec ze stereotypem „patologii

Wojciech Smarzowski i Wojciech Gostomczyk (producent) mocno podkreślali chęć zerwania ze stereotypem przemocy domowej kojarzonej z alkoholem i biedą. Chcieli pokazać, że zło nie ma jednego adresu.

Reżyser filmu Dom Dobry trzyma mikrofon i udziela odpowiedzi podczas panelu w ACKiS Od Nowa

- Zrobiłem „Dom zły”, gdzie Dziabas uderzył Dziabasową (...) ale nikt nie zwrócił uwagi, że była tam przemoc, bo co? Po pijaku poniosło - wspominał Smarzowski. Ten cytat wybrzmiał jak diagnoza całego społeczeństwa, które zbyt często usprawiedliwia zło, jeśli wpisuje się w znany schemat.

W „Domu Dobrym” sprawca jest trzeźwy. Dom jest „normalny”, standardowy, poprawny. To właśnie jest najbardziej przerażające - zło, które czai się za fasadą elegancji, inteligencji i sukcesu. To film o przemocy w białych rękawiczkach, która może dotyczyć każdego z nas, naszych sąsiadów, przyjaciół, ludzi, którzy „nie wyglądają” na sprawców ani ofiary.

Film małych miast i wielkich zmian

Najbardziej budującym aspektem spotkania była rozmowa o społecznym odbiorze filmu. Początkowe obawy dystrybutorów („nikt nie będzie chciał oglądać, jak facet leje babę przez pół filmu”) okazały się bezpodstawne. Film obejrzało już około 2 milionów widzów! To ogromna liczba jak na temat tak trudny i wymagający.

Marcin, rzecznik, użył określenia „film małych miast”. To właśnie w mniejszych ośrodkach, gdzie anonimowość jest mniejsza, a wstyd większy, ludzie masowo ruszyli do kin. Film stał się katalizatorem zmian. Powstała mapa pomocy stworzona przez Fundację Czas Kobiet - narzędzie, które realnie ratuje życie, wskazując najbliższe punkty wsparcia. I choć to „tylko film”, jego skutki są jak fale na wodzie - idą dalej, niż moglibyśmy przypuszczać.

- Kiedyś sztuka była po coś. Ten film znowu jest po coś - podsumowano ze sceny. I trudno się z tym nie zgodzić. Takie dzieła przypominają nam, że kino to nie tylko rozrywka, ale także narzędzie zmiany społecznej.

Magia miejsca

Nie bez znaczenia jest miejsce, w którym odbyła się ta dyskusja. Toruńska „Od Nowa” to legenda. To tutaj kultura spotyka się z zaangażowaniem społecznym, a studencki klimat miesza się z powagą najważniejszych tematów współczesności. Organizacja wydarzenia stała na najwyższym poziomie, tworząc bezpieczną przestrzeń do tak trudnej rozmowy. Atmosfera była niezwykła - jednocześnie intymna i pełna uważności.

Twórcy filmu Dom Dobry odbierają kwiaty podczas zakończenia spotkania w Od Nowie

Jeżeli jesteście w Toruniu, koniecznie sprawdzajcie repertuar tego miejsca. To serce kulturalne uniwersytetu i miasta, gdzie dzieją się rzeczy ważne. Więcej o ich działalności dowiecie się bezpośrednio na ich stronie: ACKiS Od Nowa.

Podsumowanie

Dom Dobry” to nie jest łatwy seans. To film, który boli. Ale jest to ból, który leczy, bo wyciąga na światło dzienne to, co ukryte - nie tylko w domach, ale i w nas samych. Dziękuję twórcom za odwagę, a organizatorom za możliwość uczestniczenia w tym spotkaniu. Ten wieczór nie był prosty, ale był potrzebny.

Jeśli czujecie, że ten temat Was dotyczy, pamiętajcie - nie jesteście sami. Są ludzie i organizacje gotowe pomóc. A jeśli po prostu szukacie dobrego, mądrego kina - idźcie na ten film. To lekcja empatii, której wszyscy potrzebujemy, niezależnie od tego, czy temat przemocy dotknął nas bezpośrednio.


Partner filmu: Samorząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego
Wsparcie: Fundusz Filmowy Kujawy Pomorze
Projekt realizowany w ramach: „Kujawy+Pomorze - promocja potencjału gospodarczego regionu - edycja III”

Podoba Ci się to, co robię? Tworzenie takich relacji wymaga czasu i energii. Jeśli chcesz wesprzeć moje działania i rozwój bloga, możesz postawić mi wirtualną kawę: buycoffee.to/okiemobiektywu

Organizujesz wydarzenie kulturalne i zależy Ci na patronacie medialnym? Sprawdź moją ofertę: Patronat Medialny Okiem Obiektywu

23 lis 2025

Pieprzny finisz w sercu Weinviertel. Kulisy i smak wieczoru w Heuriger Seidl w Hollabrunn

Kiedy podróżuję z aparatem i dyktafonem, najciekawsze historie rzadko rodzą się na stronach wypolerowanych broszur turystycznych. Zazwyczaj odnajduję je przy ciężkich, drewnianych stołach, w narastającym gwarze rozmów, w rytmicznym stukocie kieliszków i w głosach ludzi, którzy nie tylko produkują wino, ale żyją nim od pokoleń. Taki właśnie był mój wieczór w austriackim Hollabrunn, w miejscu o nazwie Weinviertler Heuriger & Hofladen Seidl. Obiekt, który na mapie wygląda jak kolejny rodzinny lokal, w rzeczywistości okazał się fascynującą, żywą opowieścią o biznesowym hazardzie, szacunku do ziemi i smaku, który Austriacy z dumą nazywają „Pfefferl”.

Degustacja w Weinviertler Heuriger Seidl w Hollabrunn

Od drewnianego ganku do sali na sto dwadzieścia osób

Historia tego miejsca, którą podczas wizyty przytoczył Roman Sejbos, to gotowy scenariusz na wykład o adaptacji i przedsiębiorczości. Wszystko zaczęło się niepozornie, wręcz ascetycznie, od niewielkiego ganku pełniącego funkcję techniczną i magazynową na drewno. Jednak lokalna społeczność potrzebowała czegoś więcej niż tylko przestrzeni roboczej, potrzebowała miejsca do spotkań, a natura nie znosi próżni. Prawdziwy przełom nastąpił w roku 2010, kiedy to właściciele podjęli kluczową decyzję o zarejestrowaniu pełnej działalności gastronomicznej. Jak tłumaczył gospodarz, region cierpiał na deficyt miejsc, w których można by zorganizować większą uroczystość czy rodzinną biesiadę. Reakcja mogła być tylko jedna i była nią rozbudowa, a zdolności operacyjne lokalu szybko wzrosły do poziomu sześćdziesięciu pięciu, a momentami siedemdziesięciu gości, czyniąc z Seidla naturalne centrum lokalnych wydarzeń.

Z biegiem lat apetyt, a właściwie pragnienie, rósł, więc zaczęły pojawiać się zorganizowane grupy, autokary turystów i wycieczki podążające szlakami winiarskimi całego regionu Weinviertel. Kuchnia, która do tej pory wystarczała, zaczęła pękać w szwach. Z transkrypcji naszej wizyty wyłania się niemal filmowa scena, w której pięciu kucharzy stłoczonych na małej powierzchni dosłownie depcze sobie po piętach, próbując wydać kolację dla pełnej sali. W roku 2019 kolejna rozbudowa przestała być wyborem, a stała się koniecznością, dzięki czemu powstały nowe magazyny, spiżarnie, a kuchnię profesjonalnie podzielono na strefy dań zimnych i gorących.

Najbardziej spektakularny i ryzykowny etap nastąpił jednak w roku 2021. Gdy epidemia zamykała restauracje na całym świecie, a wielu przedsiębiorców walczyło o przetrwanie, tutaj zrobiono coś zupełnie odwrotnego, inwestując i rozbudowując obiekt jeszcze bardziej. Decyzja ta brzmiała jak strzał w ciemność, a właściciele sami zadawali sobie wówczas pytanie, czy nie strzelają sobie w kolano, ale dziś odpowiedź jest oczywista. Dzięki tej odwadze obiekt może przyjąć nawet sto dwadzieścia osób, a ja miałem okazję zobaczyć to miejsce w pełnym rozkwicie, gdzie sala tętniła życiem, a zapachy kuchni mieszały się z aromatem schłodzonego wina, udowadniając, że to już dawno przestało być zwykłym heurigerem i stało się lokalną instytucją.

Co kryje kieliszek? O tajemnicy pieprznego finiszu

Jesteśmy w największym regionie winiarskim Austrii, więc architektura jest tylko tłem dla głównego bohatera, jakim jest wino, a niekwestionowaną gwiazdą pozostaje tu szczep Grüner Veltliner, który definiuje krajobraz i smak tego zakątka kraju. Podczas naszej degustacji na stole pojawiła się imponująca reprezentacja tutejszych winnic, w tym klasyczny Alte Engel Grüner Veltliner DAC z rocznika 2023, wyrazisty Denkenberg, orzeźwiający Welschriesling, a także nagrodzone złotymi medalami Frühroter Veltliner oraz czerwony Blauburger Classic z 2018 roku.

Butelka Welschriesling z Weingut Seidl podczas degustacji

Każda z tych butelek niosła inną historię, ale to Veltliner skradł show, bo typowa dla tego regionu moc rzędu trzynastu procent alkoholu to dopiero początek doświadczenia. Kiedy unosi się kieliszek, pierwsze, co trafia do nosa, to aromaty zielonego jabłka, cytrusów i niezwykłej świeżości, jednak najważniejsze dzieje się chwilę później, w tak zwanym finiszu. To wtedy na podniebieniu pojawia się słynna nuta „Pfefferl”, która jest pieprzna, korzenna, lekko pikantna i intrygująca. Jeden z uczestników degustacji trafił w sedno, stwierdzając, że ten finisz najbardziej go zainteresował właśnie przez swoją pieprzność, która sprawia, że wino to nie jest nudne i tak genialnie łączy się z tłustą, austriacką kuchnią, budując napięcie między owocowym otwarciem a wytrawnym zakończeniem.

W tle rozmów o smaku pojawił się jednak i gorzki wątek zmian klimatycznych, gdy dyskutowaliśmy o Eiswein, czyli winach lodowych wymagających temperatur poniżej minus siedmiu stopni Celsjusza w czasie zbioru. Niestety, ocieplający się klimat sprawia, że zimy są coraz łagodniejsze, a słońca jest więcej niż mrozu, co dla mnie jako fotografa jest ciekawostką przyrodniczą, ale dla winiarzy stanowi realne wyzwanie i powolne pożegnanie z tradycją produkcji tego rzadkiego trunku.

Atmosfera heurigera w kadrze i dźwięku

Najbardziej niezwykłe w Weinviertler Heuriger Seidl jest jednak to, czego nie da się w pełni zamknąć w kadrze zdjęcia, ponieważ to miejsce jest jak żywy organizm, wibrujący rozmowami, śmiechem i brzękiem szkła. Przy długich, drewnianych stołach zacierają się granice, gdyż zasiadają tu obok siebie lokalni winiarze, turyści i przypadkowi goście, a w dźwiękowym zapisie tego wieczoru słychać autentyczny, przyjazny chaos. Szczery i prawdziwy nastrój sprzyjał rozmowom, w których pojawiały się niespodziewane, ciepłe wątki łączące Austrię z Polską, gdy wspominaliśmy o lokalnym znawcy wina zakochanym w Toruniu, o pracy w regionie i o tym, jak blisko potrafią splatać się pozornie odległe światy. To właśnie ta atmosfera sprawia, że wizyta u rodziny Seidl to coś więcej niż posiłek, to opowieść podawana razem z karafką wina, historia budowana przez ludzi, którzy nie boją się ryzykować, inwestować i podtrzymywać tradycji, robiąc to w sposób na wskroś współczesny.

Wnętrze Weinviertler Heuriger Seidl z napisem Veltliner

Patrząc na to miejsce z perspektywy mojego obiektywu, widzę biznes, który potrafił rosnąć nawet wtedy, gdy świat się zatrzymywał, widzę tradycję, która nie boi się zmian, a przede wszystkim czuję smak Grüner Veltlinera, który w ostatniej nucie zostawia odrobinę pieprzu, jak przypomnienie, że wino, tak jak dobre życie, najlepiej smakuje z odrobiną charakteru.

Podróżuj i twórz ze mną

Moja podróż nie kończy się jednak przy tym stole, a ten reportaż to tylko wycinek tego, co staram się uchwycić w kadrze i słowie. Jeśli prowadzisz własny biznes, winnicę, butikowy hotel czy restaurację z duszą i czujesz, że Twoja historia zasługuje na podobną, pogłębioną oprawę wizualną oraz narracyjną, zapraszam Cię do bezpośredniej współpracy, gdyż mój obiektyw jest gotowy, by wydobyć to, co w Twoim miejscu najpiękniejsze, a podczas konsultacji chętnie podpowiem, jak przekuć atmosferę Twojego lokalu w przyciągający obraz.

A jeżeli po prostu cenisz rzetelne, autorskie relacje i chcesz, by na tym blogu pojawiało się więcej takich treści, możesz zostać mecenasem kolejnych wypraw, ponieważ każde wsparcie na Zrzutce to dla mnie paliwo do kolejnych wyjazdów i gwarancja, że mogę docierać tam, gdzie inni nie zaglądają, realizując materiały bez kompromisów. Jeśli zaś ten tekst przeniósł Cię choć na chwilę do słonecznej Austrii, możesz mi podziękować, stawiając wirtualną kawę lub w tym przypadku lampkę wina poprzez serwis BuyCoffee, co będzie dla mnie najlepszym sygnałem, że warto dalej ruszać w drogę.

26 wrz 2013

11 kwi 2013

DogTrekking TV #1

Prezentujemy Wam, pierwszy odcinek DogTrekking TV. Zobaczycie w nim relację z zeszłego roku. W drugiej części pokażemy jak wyglądał DogTrekking w Toruniu jak i same przygotowania do niego.

Na pewno odcinek nie jest idealny i wiele musimy jeszcze dopracować, ale jak to mówią:  pierwsze koty za płoty. A biorąc pod uwagę, że to Wy jesteście odbiorcami tego dzieła, bardzo prosimy Was o szczere opinie i pomysły na następne odcinki lub poszczególne elementy, które mogłyby się w nich znaleźć, czy to w komentarzach pod wpisem, czy na maila:poczta [malpa] dogtrekking.org.pl

Będziemy bardzo wdzięczni nawet za gorzkie słowa krytyki i nawet za najbardziej błahe uwagi. Zapnijcie pasy i ruszamy: