Okiem Obiektywu: adam bielecki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adam bielecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adam bielecki. Pokaż wszystkie posty

14 gru 2025

Kończy się bateria. Zginę. Adam Bielecki przerywa milczenie o Nanga Parbat - to nie jest zwykła książka

Są takie wiadomości, których nigdy nie chciałoby się odczytać. I są takie książki, których napisanie kosztowało więcej niż nieprzespane noce. Dziś, dokładnie w dniu premiery "Bez śladu" Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego, trzymam w ręku zapis jednej z najbardziej dramatycznych akcji ratunkowych w historii himalaizmu. To nie jest kolejna opowieść o chwale. To bolesna sekcja zwłok nadziei, biurokracji i ludzkiej wytrzymałości.

Adam Bielecki podczas spotkania autorskiego - autor książki „Bez śladu” o akcji ratunkowej na Nanga Parbat

Myśleliśmy, że o Nanga Parbat wiemy już wszystko. Myliliśmy się. Adam Bielecki przerywa milczenie i ujawnia treść SMS-ów, których nigdy nie mieliśmy zobaczyć. Wiadomości, które mrożą krew w żyłach bardziej niż wiatr w Karakorum.

"Zamarzłam tej nocy" - cisza, która krzyczy

Wyobraźcie sobie ciemność na wysokości ponad 7000 metrów. Jesteście tam sami. Elisabeth Revol była sama. Fragmenty książki, które właśnie ujrzały światło dzienne, pokazują przerażającą samotność francuskiej himalaistki. O godzinie 8:53 rano do bazy dotarła wiadomość, która brzmiała jak wyrok:

"Jeśli możecie, zorganizujcie akcję ratunkową tak szybko, jak to możliwe. Zamarzłam tej nocy. Zamarzło mi pięć palców u lewej stopy."

To był dopiero początek koszmaru. Kilka godzin później, o 17:28, przyszło ostatnie ostrzeżenie. Krótkie, żołnierskie, pozbawione złudzeń:

"Kończy się bateria. Zginę, jeśli pomoc nie przybędzie."

Czytając te słowa w ciepłym pokoju, trudno pojąć grozę tej sytuacji. Adam Bielecki w swojej książce zabiera nas jednak tam - w strefę śmierci, gdzie każda sekunda zwłoki to krok w stronę niebytu.

Przelew ważniejszy od życia?

To chyba najbardziej szokujący fragment "Bez śladu". Kiedy cały świat śledził „kropki” na wirtualnej mapie Nanga Parbat, w bazie pod K2 rozgrywał się inny dramat. Nie górski. Biurokratyczny. Adam Bielecki i Denis Urubko byli gotowi. Sprzęt spakowany. Niebo - co rzadkie w tym rejonie - błękitne. Idealne do lotu. Więc na co czekali?

"- O której będą helikoptery? - zapytałem, wchodząc do mesy.
- Askari wciąż nie dostała kasy na akcję ratunkową - usłyszałem.
(...) Askari Aviation zgodziło się polecieć dopiero, kiedy pojawiła się kasa."

50 000 euro. Tyle kosztował start silników. Przez godziny, które mogły uratować Tomka Mackiewicza, negocjowano przelewy, ubezpieczenia i gwarancje. To brutalna lekcja, o której pisałem już wcześniej, analizując komercjalizację gór - w Himalajach romantyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się faktura.

Zobacz też: Adam Bielecki - styl „na lekko”, etyka wspinaczki i alarm klimatyczny

Mit „Terminatora” a ludzki strach

Pamiętacie memy? Adam i Denis jako maszyny wbiegające pionowo na ścianę. Media stworzyły obraz herosów nieznających bólu ani lęku. W „Bez śladu” Bielecki z rozbrajającą szczerością obala ten mit. To nie był bieg superbohaterów. To była walka o każdy oddech, pełna strachu i improwizacji.

"Wyskoczyłem w locie, pilot nie chciał nawet czekać, aż zamknę drzwi (...). Denis już się wspinał. Widziałem szybko oddalające się plecy mojego partnera.
- Denis, do cholery, poczekaj! - krzyknąłem.
- Nie mamy czasu - burknął."

"Chyba wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, w jakiej sytuacji się znalazłem. Zapada zmrok, nie mamy namiotu, śpiwora ani karimaty" - pisze Bielecki. Nocna wspinaczka drogą Kinshofera, zimą, bez zaplecza biwakowego, była balansowaniem na granicy życia i śmierci.

Czytaj także: Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

"ADAM, MAM JĄ!"

Środek nocy. Ponad tysiąc metrów w pionie pokonane w kilka godzin. I nagle głos Denisa Urubki przebijający ciemność:

"- Elisabeth, miło cię widzieć - powiedział Denis. - ADAM, MAM JĄ!"

Spotkanie z Elisabeth Revol było cudem. Ale informacje, które przekazała, rozwiały wszelkie nadzieje na uratowanie Tomka Mackiewicza. "Miał odmrożoną twarz, ręce i nogi. Z kącika ust ciekła mu krew" - relacjonowała. Decyzja mogła być tylko jedna: ratować tę osobę, którą dało się jeszcze uratować.

Truman Show i „krew na rękach”

"Bez śladu" jest też gorzkim rozliczeniem z nami - obserwatorami. Bielecki opisuje uczucie bycia w „Truman Show”. Gdy oni walczyli o życie na ścianie, internet produkował teorie, oskarżenia i nierealne pomysły ratunkowe.

Najbardziej bolą jednak słowa, które padły później. Zarzuty, że Polacy „mają krew na rękach”, bo nie wrócili po Tomka. Czytając o tym po relacji nocnej wspinaczki, ryzyka i decyzji podejmowanych w strefie śmierci, trudno oprzeć się wrażeniu, jak łatwo ferujemy wyroki z bezpiecznej odległości.

Dlaczego musisz przeczytać tę książkę?

"Bez śladu" nie jest lekturą łatwą ani wygodną. Odbiera himalaizmowi mit bohaterstwa, ale zostawia coś ważniejszego - prawdę o granicach, odpowiedzialności i braterstwie liny. To domknięcie historii, którą wszyscy przeżywaliśmy, ale której tak naprawdę nie znaliśmy.

Jako Okiem Obiektywu zachęcam do sięgnięcia po tę książkę nie dla sensacji, lecz dla zrozumienia, co naprawdę wydarzyło się wtedy na Nanga Parbat.

KUP KSIĄŻKĘ „BEZ ŚLADU” - OFICJALNA STRONA >>

A Wy? Gdzie byliście, gdy docierały informacje o akcji ratunkowej na Nanga Parbat? Dajcie znać w komentarzach.

18 cze 2025

Adam Bielecki w Himalajach – styl „na lekko”, etyka wspinaczki i alarm klimatyczny

Tekst powstał na podstawie wystąpienia himalaisty podczas III Festiwalu Opowieści Podróżniczych „Podróżýj” w Mosinie (czerwiec 2025) oraz szerokiej kwerendy źródłowej, w tym mojego wywiadu z września 2024 r. - Dramatyczne zmiany w górach – Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce

Tam, gdzie kończy się tlen – wielowymiarowy portret Adama Bieleckiego


Adam Bielecki w żółtej koszulce Black Yak, z mikrofonem na scenie festiwalu, uchwycony w półuśmiechu przy jasnym ekranie

Adam Bielecki od blisko dwóch dekad przesuwa granice polskiego – a w wielu aspektach także światowego – himalazimu. Już jako siedemnastolatek samotnie stanął na Chan Tengri, w 2011 r. bez tlenu zdobył Makalu, a w marcu 2012 r. wraz z Januszem Gołąbem dokonał pierwszego zimowego wejścia na Gaszerbrum I; pięć miesięcy później – również bez tlenu – zameldował się na szczycie K2. Lista sukcesów jest długa, ale sam Bielecki podkreśla, że prawdziwa wartość wspinaczki kryje się w decyzjach podejmowanych pomiędzy szczytami: „W górach uczysz się pokory szybciej niż w jakiejkolwiek innej szkole; tam błąd jest wykładowcą o natychmiastowej skuteczności

Pokora i styl fair means

Himalaista powtarza, że pierwszą lekcją była konieczność odwrotu z powodu obrzęku płuc; odtąd każdą ekspedycję poprzedza „mentalnym treningiem przegranej”. W praktyce wygląda to tak: już w bazie wizualizuje scenariusz, w którym traci depozyt sprzętu, miesiące przygotowań i potencjalną premię sponsorską – wszystko po to, by na wysokości, gdzie saturacja tlenu spada o połowę, móc bez wahania odwrócić się plecami do własnej ambicji.

To właśnie pokora popycha go ku stylowi fair means: minimum sprzętu, mały zespół, zero dodatkowego tlenu, pełna autonomia. „Styl alpejski polega na tym, że wszystko, co potrzebujemy, zakładamy na plecy. Idziemy, wspinamy się, śpimy, schodzimy i wracamy do domu” - tłumaczył w Mosinie. Te słowa nabierają wagi, gdy przytoczy się szczegół: w jego krakowskim mieszkaniu stoi namiot hipoksyjny; trzy godziny dziennie pedałuje tam na rowerku w powietrzu z 12 % tlenu, by skrócić aklimatyzację w górach.

Komercjalizacja a etyka

Skrajnie odmienny obraz rysuje się na popularnych ośmiotysięcznikach. W 2022 r. Pakistan wydał 207 pozwoleń na K2; jednego dnia na grani poruszało się równocześnie ok. 150 osób. Dla Bieleckiego to symbol erozji etosu: „K2 w lipcu przypomina metro w Seulu w godzinach szczytu” – mówi z goryczą. Jego własne doświadczenie potwierdza chaos: podczas wejścia na tę górę utknął w korku tlenowych „turystów”, którzy – jak przyznaje – „czekali na swoją kolej jak w supermarkecie”.

Szeroki kadr: Adam Bielecki stoi przed ekranem z trzema zdjęciami wspinaczek; na pierwszym planie tłum widzów w kinowej sali festiwalu

Kluczowy element tego problemu to uzależnienie sukcesu od butli z tlenem. Wąskie gardła – Bottleneck na K2 czy Kuluar Francuski na Annapurnie – zamieniają się w kolejki, w których słabszy klient spada zwykle na barki lokalsów. „Na K2 pyta się nas Where is your Sherpa? – dla ludzi pracujących tam od lat widok białego wspinacza bez szerpy to abstrakcja”.

Etyczne konsekwencje komercji najdobitniej pokazuje akcja ratunkowa na Nanga Parbat (2018): Bielecki i Denis Urubko przerwali własną wyprawę, by nocą wspiąć się 1200 m w pionie i sprowadzić Élisabeth Revol. Zdarzenie uwiecznione w setkach kamer stało się dla niego definicją priorytetu: „Sponsor liczy lajki, ale wartość wspinaczki mierzy się decyzjami, gdy nikt nie patrzy”.

Himalaje w dobie kryzysu klimatycznego

Zmiany klimatyczne sprawiają, że dawne drogi wspinaczkowe dosłownie topnieją. Naukowcy szacują, że jęzor lodowca Khumbu cofa się dziś w tempie 7–15 m rocznie; od połowy XIX w. skurczył się łącznie o niemal 500 m. Po stronie nepalskiej katastrofa przybrała formę gwałtownego rozrostu jezior morenowych, które w ciągu kilku godzin mogą spustoszyć całe doliny. Bielecki ilustruje to slajdem: jeszcze w 2010 r. twardy lód wyścielał kuluar Lodowego Szerpa; dziś zwisa nad nim płachta kruchego granitu. „Musimy rysować mapy ścian od nowa – seraki odrywają się w miejscach, gdzie kiedyś stały jak skała”.

W odpowiedzi powołał z glacjologami UW projekt Glaciers Watch. W ramach najbliższej wyprawy – trzyosobowego ataku na dziewiczy wschodni filar Kabru North (7363 m) – zamierza zamontować automatyczną stację meteo powyżej 6000 m, zasilaną panelami słonecznymi. „Jeśli chcemy rozmawiać o topnieniu lodowców, potrzebujemy danych in situ, a nie samych wykresów z orbity” – argumentuje.

Eksploracja, nowe drogi i przyszłość

Zamiast powiększać kolekcję czternastu ośmiotysięczników Bielecki wybiera dziewicze ściany. W 2024 r. w pakistańskiej dolinie Shimshal wraz z czterema partnerami wszedł na sześć dziewiczych szczytów; na Gunder Sar stanęli jako pierwsi ludzie w historii, a w oddali migotało K2 z 165-osobową procesją. „Wolę się wspinać po trudnym, gdzie moje życie zależy ode mnie, nie od butli i poręczówek” - deklaruje.

Profilowe ujęcie Adama Bieleckiego gestykulującego lewą ręką, mikrofon na policzku, czarne tło sceny

Podobnie brzmiała motywacja do wspinaczki na kaszalku Mandługiego: dwie godziny wspinaczki w kruchym przewieszeniu, po którym stanęli na wierzchołku jedynego polskiego wariantu na ośmiotysięczniku od ćwierć wieku.

Najbliższa przyszłość? Po Kabru North czeka planowana na zima–wiosna 2026 r. ekspedycja badawczo-sportowa w okolice południowej ściany Annapurny. Tam śmiertelność sięga dziś ~38 % - głównie za sprawą seraków, które odpadają bez ostrzeżenia. Zdaniem Bieleckiego klucz do obniżenia ryzyka to „gwałtowne ograniczenie ruchu turystycznego i przejście na styl lekki – im mniej żelastwa, tym mniej ekspozycji na zagrożenia obiektywne”.

Podsumowanie: lekcja odpowiedzialności dla tych, którzy zostają na dole

Opowieść Bieleckiego daleka jest od heroicznej fanfary. To raczej studium drogi, na której każdy krok waży się między ambicją a odpowiedzialnością, między sukcesem a ratunkiem, między śladem buta a śladem węglowym. Góra jest tu lustrem: jeśli w dolinie nie potrafisz segregować śmieci, zostawisz je także na Everescie. Jeśli w życiu codziennym nie przyjmujesz porażki, w strefie śmierci też jej nie przyjmiesz – a tam konsekwencje liczy się w oddechach.

Dlatego pytania, które himalaista zadawał w Mosinie, pozostają uniwersalne: Gdzie leży Twoja granica? Czy umiesz zawrócić, zanim będzie za późno? I co zrobisz z wiedzą, że świat, w którym żyjemy, topnieje szybciej, niż potrafimy to pojąć? Jeśli odpowiedzi są niewygodne – to dobrze. Góry od zawsze służyły temu, by nie było nam zbyt wygodnie, a Adam Bielecki przypomina, że prawdziwa wspinaczka zaczyna się tam, gdzie kończy się tlen i zaczyna odpowiedzialność. 

24 lis 2024

Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

Denis Urubko to postać, która na trwałe wpisała się w historię światowego himalaizmu. Wyjątkowy wspinacz, filozof i człowiek, który żyje zgodnie z zasadą, że wolność jest nieodłącznym elementem odpowiedzialności. W rozmowie, której zapis stał się podstawą tego tekstu, Denis dzielił się refleksjami o górach, marzeniach i wyjątkowej drodze, jaką przebył, by osiągnąć to, co wydawało się niemożliwe.

Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

Wolność w górach i w życiu

Jak sam mówi, góry są symbolem wolności - przestrzenią, w której człowiek mierzy się z samym sobą. Denis podkreśla jednak, że wolność bez odpowiedzialności jest niczym więcej niż anarchią. Dlatego tak ważne jest dla niego, aby każda wyprawa była dokładnie przygotowana i przeprowadzona w poszanowaniu dla ludzi oraz przyrody. „Powinniśmy zawsze wrócić do tych, którzy na nas czekają - rodzin, przyjaciół”, podkreśla w rozmowie.

Wspomniane idee idealnie wpisują się w klimat i misję Resortu Nosalowy Dwór w Zakopanem, miejsca, które sprzyja refleksji. Te idee można odnaleźć także w szerszym kontekście zmian zachodzących w górach, o których na Twoim blogu mówił Adam Bielecki. W artykule „Dramatyczne zmiany w górach: Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce” poruszane są kwestie zmian klimatycznych, etyki wspinaczkowej i odpowiedzialności za ślad, jaki zostawiamy w przyrodzie. To wartości, które zarówno dla Denisa, jak i Adama, są fundamentem ich działalności. Bielecki przypomina, że troska o środowisko i przestrzeganie zasad etyki górskiej to nie tylko moralny obowiązek, ale także wyzwanie, które wspinacze muszą podejmować każdego dnia.

Filozofia wspinaczki

Urubko wielokrotnie powtarza, że w górach szuka czegoś więcej niż rekordów. To miejsce, w którym można odnaleźć równowagę, harmonię i zrozumienie siebie. Inspiracje czerpie od takich legend jak Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, którzy wyznaczyli standardy zimowego himalaizmu. Dla Denisa każda nowa droga czy wyzwanie to nie tylko sportowy wyczyn, ale również wkład w historię, którą inni będą kontynuować.

Jednocześnie Denis, podobnie jak Adam Bielecki, dostrzega niepokojące zmiany w środowisku górskim. Śmieci, zniszczenia krajobrazu czy komercjalizacja wypraw to problemy, które wpływają na ich wspólną przestrzeń pasji. Dlatego obaj apelują o odpowiedzialność i zachowanie etycznych standardów w działaniach na dużych wysokościach.

Niezwykła relacja z Polską

Choć Urubko pochodzi z Kazachstanu, ma wyjątkowy związek z Polską. To tutaj znalazł wspólnotę wśród alpinistów i wsparcie w realizacji swoich marzeń. Polski Klub Alpejski, jak mówi, jest dla niego miejscem, które łączy odpowiedzialność z wolnością i pięknem eksploracji. „Bogusław Magrel daje prawdziwą dyrekcję naszej przygody”, zaznacza, dziękując za współpracę i inspirację.

Marzenia na przyszłość

Mimo że Denis jest świadomy ograniczeń swojego ciała, które zmienia się z wiekiem, nie porzuca marzeń. W jego planach wciąż są nowe drogi w Himalajach i powrót do zimowych wspinaczek, które od dawna są jego specjalnością. Jak sam mówi: „Marzenia są w głowie, a energia wciąż mnie napędza”.

Podsumowanie

Denis Urubko to nie tylko wspinacz, ale także myśliciel i artysta w świecie gór. Jego historia inspiruje do odważnego podążania za marzeniami, jednocześnie przypominając o odpowiedzialności za każdy krok. Jego życie to dowód na to, że w górach - podobnie jak w życiu - liczy się nie tylko szczyt, ale przede wszystkim droga, która do niego prowadzi.

Zachęcam Cię także do przeczytania artykułu „Dramatyczne zmiany w górach: Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce”, który rzuca światło na współczesne wyzwania, przed jakimi stoją wspinacze. Jest to ważny głos w dyskusji o przyszłości gór i naszej odpowiedzialności za ich los.

Zapraszam Was do śledzenia historii takich jak ta i odkrywania świata oczami tych, którzy przesuwają granice możliwego.

12 wrz 2024

Dramatyczne zmiany w górach – Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce

Podczas tegorocznego, 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju, miałem przyjemność porozmawiać z jednym z najbardziej znanych polskich himalaistów – Adamem Bieleckim. Jest on człowiekiem, który nie tylko zdobywa najwyższe szczyty świata, ale także nieustannie inspiruje swoimi osiągnięciami i podejściem do gór. Nasza rozmowa koncentrowała się na zmianach klimatycznych, które Bielecki obserwuje od blisko 25 lat swojej kariery wspinaczkowej, a także na wyzwaniach, jakie niesie za sobą współczesny himalaizm, zarówno w kontekście ekologicznym, jak i sportowym. Zapraszam do lektury wywiadu, w którym Adam Bielecki dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat przyszłości gór i wspinaczki.

Dramatyczne zmiany w górach – Adam Bielecki o klimacie, śmieciach i etyce

Panie Ademie, od blisko 25 lat jest Pan aktywnym wspinaczem. Jakie zmiany klimatyczne zauważył Pan w górach na przestrzeni tego czasu?

Adem Bielecki: Zmiany są drastyczne i wyraźnie widoczne. Weźmy na przykład Kilimandżaro. Kiedy zdobywałem szczyt po raz pierwszy, szedłem po lodowcu. Przy drugiej wizycie, kilka lat później, lodowiec był już tylko w oddali, a szlak prowadził przez śnieg. Ostatni raz byłem tam pięć lat temu i lodowca już nie było – tylko jego szczątki. Specjaliści przewidują, że za dziesięć lat na Kilimandżaro nie będzie już lodowca w ogóle.

Podobne zmiany zachodzą w Alpach. Lodowce cofają się o kilka kilometrów, co jest ogromną zmianą w skali, biorąc pod uwagę, że kiedyś to było tylko kilka dziesiątek metrów. Ostatnia zima w Alpach pokazała, że wiele legendarnych dróg alpejskich, które kiedyś były dostępne latem, teraz można przejść jedynie zimą, o ile w ogóle są dostępne. Często brakuje lodu, co uniemożliwia wspinanie się po tych drogach.

Czy mógłby Pan podać inne przykłady zmian, które Pan zaobserwował?

Na przykład, moja zeszłoroczna próba wspinaczki na północno-zachodnią ścianę Anapurny musiała zostać przerwana z powodu zbyt wysokich temperatur i wytapiających się kamieni. W Karakorum w lipcu deszcz padał na wysokości 6200 metrów, co jest absolutną anomalią – izoterma zerowa powinna znajdować się na poziomie 3000 metrów. Podczas wyprawy na Gaszerbrum II w Pakistanie, działaliśmy nocą, ponieważ w ciągu dnia było zbyt niebezpiecznie z powodu wysokich temperatur i zagrożenia lawinowego.

Jak te zmiany wpływają na Pana plany wspinaczkowe?

Zmiany mają ogromny wpływ na nasze plany. Kiedyś sezon lodowy w Alpach trwał trzy miesiące. Teraz trwa tylko 2-3 tygodnie, co sprawia, że musimy planować wyjazdy do takich krajów jak Kanada czy Norwegia, gdzie warunki lodowe są bardziej stabilne. Tradycyjne miejsca wspinaczkowe, które kiedyś były pewne, teraz są znacznie mniej przewidywalne.

Jakie są Pana przemyślenia na temat wpływu turystyki wysokogórskiej na góry?

Masowa turystyka ma ogromny wpływ na środowisko górskie. W biednych krajach takich jak Nepal czy Pakistan, świadomość ekologiczna jest niska, a gospodarka odpadami praktycznie nie istnieje. Kiedyś, jako młody wspinacz, byłem oburzony tym, jak po wyprawach śmieci były spalane w bazach. Teraz, jako kierownik wypraw, starałem się tego unikać, ale często spotykam się z rzeczywistością, gdzie lokalne społeczności spalają śmieci, mimo moich starań, aby tego uniknąć. Problem polega na tym, że w tych krajach nie ma odpowiednich systemów zarządzania odpadami.

Co można zrobić, aby poprawić sytuację w kontekście zarządzania odpadami w górach?

Kluczowe jest budowanie świadomości i edukowanie lokalnych społeczności oraz turystów. Turyści powinni wymagać od lokalnych władz lepszego zarządzania odpadami. Na przykład, na Everest można by wprowadzić opłatę klimatyczną i organizować regularne ekspedycje sprzątające, ale takie rozwiązania mają ograniczoną skuteczność, jeśli brakuje systemów na poziomie krajowym. Ważne jest także, aby wspinacze i turyści przestrzegali zasad minimalizowania śladu ekologicznego i promowali zrównoważoną turystykę.

Czy są jakieś inne pomysły, które mogłyby poprawić sytuację?

Myślę, że budowanie świadomości ekologicznej i promowanie odpowiedzialnego turystyki to kluczowe kierunki. Turystyka górska musi dostosować się do nowych warunków klimatycznych, a także dążyć do minimalizacji wpływu na środowisko. Ważne jest, aby wspinacze i turyści mieli wpływ na lokalne społeczności i wymuszali zmiany w zarządzaniu odpadami. To globalny problem, który wymaga współpracy na wielu poziomach.

Zapytam Cię jeszcze o sport i o styl alpejski. Rozbuduję pytanie, które wcześniej zadawaliśmy Messnerowi, Pustelnikowi, Wilickiemu. Czy wspinanie się w najwyższych górach jest sportem? I co według Ciebie oznacza samodzielne wejście?

Uważam, że himalaizm jest sportem, ale to coś więcej niż tylko sport. Tak, spełnia definicyjne kryteria sportu – mamy wyniki, wyzwania fizyczne i mentalne, rywalizację. Natomiast himalaizm nie jest porównywalny z tradycyjnymi dyscyplinami sportu. Rywalizacja istnieje, ale nie przybiera tak jawnej formy jak w innych sportach, chociaż wspinacze doskonale wiedzą, że "dokopać" koledze lepszym wynikiem daje satysfakcję. Mimo że nie ma formalnych zawodów, nieustannie porównujemy się między sobą: kto wspiął się szybciej, w lepszym stylu – to jest esencja sportu.

A jak rozumiesz samodzielne wejście?

Styl alpejski to konkretna definicja, z którą jestem związany. Nawet napisałem o tym hasło na Wikipedii, które do dzisiaj tam funkcjonuje. Czysty styl alpejski oznacza mały zespół wspinaczy, który działa niezależnie od bazy aż po szczyt. Nie używamy poręczówek, nie korzystamy z cudzej pomocy ani sprzętu. Idealna wersja to zdobycie szczytu za pierwszą próbą w jednym podejściu. Z drugiej strony mamy styl wyprawowy, gdzie duże ekipy wnoszą tony sprzętu i działają w zespołach, często pracując na zmianę. Pomiędzy tymi skrajnościami jest jednak cała przestrzeń, gdzie każdy dobiera styl wspinaczki według własnych potrzeb i ambicji.

Ważne jest, żeby otwarcie komunikować, w jakim stylu zostało dokonane dane wejście. Czy użyłem tlenu, poręczówek? Trzeba to jasno powiedzieć, aby odbiorca mógł ocenić skalę wyzwania. Wejście samodzielne oznacza, że ja i mój zespół wykonaliśmy całą pracę sami, bez pomocy z zewnątrz. Ale rzeczywistość często komplikuje takie czyste definicje. Podczas jednej z moich zimowych wypraw działaliśmy w małym zespole, ale mieliśmy z nami dwóch pakistańczyków, którym płaciliśmy za udział. Nie nosili za nas plecaków, byli równymi partnerami, jedliśmy z tej samej miski. Czy to wciąż jest samodzielne? Według czystej definicji nie, ale ja uważam, że było to uczciwe wejście.

Czy są momenty, w których styl staje się mniej istotny, np. kiedy korzystasz z poręczówek?

Oczywiście, czasem styl musi ustąpić miejsca bezpieczeństwu. Na K2 latem korzystałem z poręczówek tam, gdzie mogłem, bo to zwiększało moje bezpieczeństwo. Czy to ujmuje stylu? Tak, ale w takich warunkach nie używanie tego, co już tam jest, byłoby po prostu nierozsądne. Ważne, żeby być szczerym w tym, co się zrobiło, i przyznać, że styl nie zawsze będzie idealny. Ale wspinaczka to sztuka kompromisów, także etycznych.

A wracając do K2 – po zimowym wejściu Nepalczyków, czy czujesz, że zabrali Wam to spod nosa? Czy jesteś usatysfakcjonowany z tego, co osiągnąłeś?

Absolutnie nie czuję żadnej zawiści. Góry nie są naszą własnością. Nepalczycy zrobili to w świetnym stylu, i w tym jest coś sprawiedliwego – ci, którzy przez lata pracowali w cieniu, wreszcie mieli swoje 5 minut. Znajduję w tym pewną sprawiedliwość dziejową. Chociaż, paradoksalnie, wszystko to miało miejsce w Pakistanie, a Nepalczycy są tam przez lokalnych górali postrzegani jako konkurencja, która zabiera im pracę.

Co do mnie, czuję ulgę. Kiedy usłyszałem, że Nepalczycy zdobyli K2, poczułem, że skończył się ten cyrk presji społecznej, która sprowadzała moje całe istnienie do zdobycia tego szczytu zimą. Teraz mogę skupić się na innych celach, bez ciągłego pytania "A co z K2?". To była dla mnie naprawdę ulga.

Czy mimo wszystko rozważyłbyś powrót na K2 zimą?

Teoretycznie tak, ale praktycznie ciężko mi sobie wyobrazić, aby takie okoliczności zaistniały. Gdyby zadzwonił Denis Urubko i powiedział, że chce poprawić styl i zrobić to lepiej, to może bym się zastanowił. Na razie nie mam takiego planu, ale biorąc pod uwagę moją obsesję na punkcie stylu, widzę sens w powrocie, by poprawić jakość wejścia.

Adam Bielecki podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju

Jakie są Twoje prognozy dotyczące przyszłości stylu alpejskiego?

Myślę, że przyszłość gór wysokich będzie podzielona na dwa nurty. Z jednej strony coraz więcej masowej turystyki, która, mam nadzieję, skupi się tylko w kilku popularnych miejscach, pozostawiając resztę gór w spokoju. Z drugiej strony wciąż będą istnieli zapaleńcy, dla których eksploracja i sztuka odkrywania nowych dróg są kluczowe. Coraz bardziej zaawansowane techniczne wspinaczki będą odbywały się na niższych wysokościach, gdzie można realizować prawdziwą wspinaczkę w trudnych warunkach – bo na ośmiotysięcznikach po prostu nie ma na to sił ani tlenu.

Wielkorotnie w wywiadach wspomniałeś o przygotowaniach kondycyjnych, a także o tym, że nie masz jakiegoś szczególnego przygotowania mentalnego. Jednak ciekawi mnie, czy w obliczu wyzwań, które stawiają przed Tobą góry, nie czujesz potrzeby jakiegoś specyficznego wsparcia psychicznego? Zwłaszcza w obliczu tak ekstremalnych sytuacji.

To prawda, że nie mam jakiegoś zorganizowanego, formalnego przygotowania mentalnego. Dla mnie najlepszym treningiem mentalnym są po prostu lata doświadczeń i ciągłe obcowanie z górami. Z każdą kolejną wyprawą uczę się więcej o sobie i o swoich reakcjach na stres, zagrożenie czy wyczerpanie. To doświadczenie buduje pewność siebie i wewnętrzną siłę, które są kluczowe w ekstremalnych warunkach. Poza tym, przez te wszystkie lata nauczyłem się, że najważniejsze w górach jest utrzymanie spokoju i koncentracji, nawet w najbardziej krytycznych momentach. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, które testują moją psychikę, ale myślę, że to doświadczenie i miłość do gór są najlepszymi narzędziami w radzeniu sobie z takimi wyzwaniami.

Ciekawie to ująłeś. Czyli można powiedzieć, że Twoje doświadczenie jest Twoim najważniejszym "psychologiem"? 

Dokładnie tak. Wspomnienia z poprzednich wypraw i świadomość, że przetrwałem już różne trudne momenty, dają mi pewność, że poradzę sobie z kolejnymi wyzwaniami. Oczywiście, każdy nowy szczyt, każda nowa wyprawa to nowe doświadczenie, ale zbudowana wcześniej odporność mentalna pomaga mi podejść do tych wyzwań z większym spokojem. Góry uczą pokory i cierpliwości – to są wartości, które niezwykle pomagają w sytuacjach, kiedy wszystko idzie nie po Twojej myśli. 

W innych wywiadch, mówiłeś też o tym, że planowanie to Twoja słaba strona. Jak więc łączysz spontaniczność z przygotowaniami do tak wymagających wypraw?

To prawda, że planowanie nie jest moją mocną stroną. Wiele rzeczy robię ad hoc, jak ta wyprawa na Mount Kenia. Decyzja zapadła w kilka godzin, a dwa dni później byłem już na miejscu. Ale to właśnie daje mi poczucie wolności. Oczywiście, są projekty, które wymagają dłuższego przygotowania, ale staram się nie zamykać w sztywnych ramach planów. Nie chcę czuć się zbyt przywiązany do jednej listy celów. Wolę mieć otwartą głowę na nowe możliwości, które pojawiają się nagle – jak choćby te nieprzewidywalne warunki pogodowe czy zmiany klimatyczne, które mogą nagle otworzyć szansę na realizację jakiejś drogi wspinaczkowej.

Moja lista rzeczy do zrobienia to bardziej zbiór marzeń niż konkretne plany. To coś, co chcę kiedyś zrealizować, ale nie czuję presji, żeby to zrobić w określonym czasie. Gdy znajdzie się odpowiedni moment, partner do wspinaczki, dobre warunki – wtedy podejmuję decyzję. Ważne jest, żeby czerpać radość z tego, co się robi, a nie gonić za kolejnymi celami jak za odhaczaniem punktów na liście.

Czy w takim razie wśród tych marzeń jest miejsce na dalsze publikacje, filmy, może dokumentację Twoich wypraw?

Z filmami to temat trudny. Ostatnio ten temat mnie osacza, jak to określiłeś, bo coraz więcej ludzi proponuje mi różne projekty filmowe. Jestem jednak trochę wycofany, bo wiem, że mam jeszcze parę lat dobrej formy i chcę ten czas wykorzystać na realizację sportowych celów, a nie na kręcenie filmów. Może kiedyś, kiedy będę starszy, skupię się na takich projektach. Co do książek – powoli rodzi się druga książka, choć idzie to dość opornie. Ale myślę, że prędzej czy później coś z tego wyjdzie.

Ciekawi mnie, jak udaje Ci się łączyć tak wymagające życie wspinacza z rolą ojca i męża? To na pewno wymaga sporej logistyki i poświęcenia.

To prawda, nie jest to łatwe zadanie. Wspinanie, zwłaszcza na poziomie, który wymaga intensywnych przygotowań i częstych wyjazdów, może być bardzo absorbujące. Ale rodzina jest dla mnie priorytetem, dlatego staram się jak najlepiej godzić te dwie sfery życia. Oczywiście, są momenty, kiedy jestem daleko od domu, kiedy wyjeżdżam na długie wyprawy, ale staram się tak organizować czas, żeby kiedy wracam, w pełni poświęcić się rodzinie. To daje mi dużo radości i równowagę w życiu. Poza tym, wspinanie to nie jest wszystko – staram się także uczestniczyć w innych aspektach życia, żeby nie zatracić się w jednym obszarze.

To jest ogromna różnica, kiedy masz dla kogo wracać. Widziałem wiele osób, które poświęciły wszystko dla wspinania, a potem, gdy przyszedł czas, że z różnych powodów nie mogli już się wspinać, zostali w pustce. Góry są piękne, ale wymagają od ciebie ogromnych poświęceń. Dla mnie ważne jest, aby poza wspinaniem było coś więcej – rodzina, przyjaciele, inne pasje. To daje mi poczucie pełni i sensu. 

Mówiłeś też o tym, że już nie wspinasz się tak intensywnie, jak kiedyś, co dla niektórych może oznaczać, że „Bielecki się skończył.” Jak Ty do tego podchodzisz?

Szczerze mówiąc, nie przejmuję się tym. Każdy z nas ma swoje priorytety, a dla mnie wspinanie zawsze było czymś więcej niż tylko wyścigiem o rekordy. Jasne, że kiedyś wspinałem się częściej, bardziej intensywnie, ale teraz moje życie jest bardziej zróżnicowane. Mam rodzinę, prowadzę inne projekty – jak choćby kurs instruktora wspinania czy prace nad kolejną książką. Staram się nadal realizować swoje sportowe cele, ale bez presji, którą czułem na początku kariery. Wspinanie wciąż sprawia mi ogromną frajdę, ale nie chcę poświęcać wszystkiego w imię jednej pasji.

A jak widzisz swoją przyszłość we wspinaniu? Masz jeszcze jakieś nieosiągnięte cele?

Oczywiście, jest jeszcze kilka rzeczy, które chciałbym zrobić. Jak wspominałem wcześniej, nie robię sztywnych planów, ale mam listę marzeń i celów, które gdzieś tam we mnie siedzą. Jak nadarzy się odpowiednia okazja, dobre warunki i partner, to chętnie się za nie zabiorę. Staram się cieszyć tym, co przynosi życie i być elastycznym. Wspinać będę się tak długo, jak będę miał na to siłę i chęci, ale myślę, że najważniejsze to zachować radość z tego, co się robi, bez względu na to, czy jest się na szczycie listy wspinaczy, czy nie.

Ostatnio wspominałeś, że więcej czasu spędzasz w skałkach, a nie w wysokich górach. Jak to teraz wygląda u Ciebie?

Rzeczywiście, ostatnio dużo czasu spędzam w skałkach, szczególnie w Polsce. Wynika to głównie z tego, że jestem na kursie instruktora wspinaczki, więc muszę uzupełniać wykaz przejść i zdobyć odpowiednią liczbę przejść w różnych rejonach. Dlatego często można mnie spotkać w takich miejscach jak Jura Krakowsko-Częstochowska, Sokole Góry czy Lądek-Zdrój.

Jak oceniasz polską scenę wspinaczkową? Mamy talenty, mamy przyszłość?

Myślę, że Polska ma niesamowitą kulturę wspinaczkową, co widać choćby tutaj, w Lądku. To miejsce jest dowodem na to, jak mocno zakorzenione jest u nas wspinanie. Zawsze, gdy moi zagraniczni znajomi przyjeżdżają do Polski, są pod wrażeniem tego, jak wspinacze są u nas rozpoznawani i szanowani. W innych krajach, gdzie wspinaczka jest równie popularna, często spotykam się z tym, że ludzie nie rozpoznają tamtejszych czołowych wspinaczy. U nas jest inaczej, co jest miłe i wyjątkowe.

Masz teraz sporo różnych zajęć i obowiązków. Mówiłeś, że góry to nie wszystko w Twoim życiu. Ale czy zdarza Ci się tęsknić za zimowymi wyprawami, na przykład na K2?

Raczej nie. Oczywiście, czasem wspomnienia wracają, ale nie mam już takiej potrzeby, by wracać na zimowe wyprawy w wysokie góry. Wydaje mi się, że zestarzałem się na tyle, że stałem się bardziej wygodny. Ale kto wie – jeśli pojawi się ciekawy projekt, to może jeszcze raz się zdecyduję. Obecnie jednak bardziej skupiam się na eksploracji i odkrywaniu nowych dróg. Mam wrażenie, że era podążania za śladami innych się skończyła. Teraz czas na tworzenie własnych szlaków, eksplorację miejsc, które jeszcze nie zostały zdobyte przez człowieka.

Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy na temat Twoich przyszłych planów? Mówiłeś, że nie jesteś najlepszy w planowaniu, ale pewnie masz coś w zanadrzu?

No tak, słaby jestem w planowaniu, ale żeby gdzieś pojechać, to jednak trzeba coś zaplanować. Już niedługo, bo 15 września, lecę do Pakistanu, w Karakorum. Z moim partnerem, Louisem Rousseau z Kanady, mamy na oku dwa bardzo ciekawe sześciotysięczniki – jeden o wysokości 6 700 metrów, a drugi około 6 500 metrów. Oba są niezbadane, nienazwane i mamy nadzieję otworzyć na nich techniczne drogi.

Myślę, że na pewno Wam się uda! A co jest dla Ciebie ważniejsze – droga na szczyt czy satysfakcja, gdy już tam jesteś?

Na szczycie raczej nie ma miejsca na radość. Najczęściej czuję ulgę, że nie muszę już iść wyżej. Potem przychodzi stres związany z zejściem, bo to właśnie zejście jest najtrudniejsze. To moment, kiedy najczęściej pojawia się największy stres – czasami większy niż podczas samego wspinania.