Okiem Obiektywu: toruń
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toruń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toruń. Pokaż wszystkie posty

18 wrz 2026

Magia światła i koloru w toruńskiej pracowni witraży INTEK-ART

Są takie miejsca na mapie Torunia, w których czas zdaje się zwalniać, a historia miesza się z niezwykłą pasją ludzkich rąk. Kiedy przekracza się próg Pracowni Witraży INTEK-ART przy ulicy Szewskiej, można odnieść wrażenie, że wchodzi się do zupełnie innego świata - takiego, w którym głównymi reżyserami są światło, ołów i tysiące odcieni barwnego szkła. Historia pracowni sięga 1992 roku, a jej działalność od początku nawiązuje do wielowiekowych tradycji toruńskiego witrażownictwa.

Szklany anioł z przezroczystą twarzą i złotymi skrzydłami wykonany techniką witrażową w INTEK-ART.

Spacerując po historycznych ulicach Torunia, zawsze szukam miejsc z prawdziwą duszą. Takich, które nie są tylko kolejnym punktem na turystycznej mapie, lecz kryją historie ludzi, dawnych technik i pasji przekazywanej kolejnym pokoleniom. INTEK-ART zdecydowanie należy do tej kategorii.

Założycielem pracowni jest Sławomir Intek, związany wcześniej między innymi z toruńskimi Pracowniami Konserwacji Zabytków. To właśnie doświadczenie konserwatorskie, fascynacja dawnym rzemiosłem i zamiłowanie do kolorowego szkła stały się fundamentem miejsca, które od ponad trzydziestu lat wpisuje się w artystyczny krajobraz Torunia.

W historii pracowni pojawia się również pan Edmund - określany jako jej nestor i dobry duch - a tradycję poznają także kolejne pokolenia rodziny. Współczesne realizacje powstawały między innymi przy udziale syna Sławomira, Radosława, oraz wnuczki Niny. Dzięki temu słowo „tradycja” nie jest tutaj jedynie efektownym hasłem. Nabiera bardzo konkretnego, rodzinnego znaczenia.

Od średniowiecznych mistrzów do współczesnej pracowni

Historia witrażu w Toruniu sięga znacznie dalej niż XX wiek. Już w XIV stuleciu miasto należało do ważnych ośrodków produkcji witrażowej na ziemiach dzisiejszej Polski. Tutejsze warsztaty wykonywały prace nie tylko na potrzeby miejscowych świątyń - toruńskie witraże trafiały również daleko poza granice miasta, między innymi do Kurlandii.

Witrażysta podczas pracy nad detalami projektu w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Do naszych czasów zachowały się średniowieczne kwatery pochodzące między innymi z toruńskich kościołów. Przypominają one, że sztuka składania obrazów z kolorowego szkła i ołowiu przez stulecia była jednym z elementów artystycznej tożsamości miasta.

INTEK-ART w pewnym sensie dopisuje do tej historii kolejny rozdział. Dawne techniki spotykają się tu ze współczesnymi projektami, konserwacją zabytków, sztuką użytkową i pomysłami, których średniowieczni mistrzowie zapewne nawet by sobie nie wyobrażali.

Witraże, które być może mijaliście setki razy

Być może przechodziliście obok prac INTEK-ART wielokrotnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W dorobku pracowni znajdują się zarówno zupełnie nowe realizacje, jak i prace konserwatorskie wykonywane przy ważnych toruńskich zabytkach.

Jednym z większych przedsięwzięć była konserwacja około 1200 kwater witrażowych Ratusza Staromiejskiego w Toruniu. Pracownia zajmowała się również witrażami Sądu Rejonowego, świetlikiem Dworu Artusa oraz realizacjami związanymi ze znakami cechowymi i kupieckimi pojawiającymi się na toruńskiej Starówce.

Witrażysta podczas precyzyjnej pracy nad kolorowym projektem w warsztacie INTEK-ART w Toruniu.Dekoracyjne witraże i niewielkie obrazy ze szkła prezentowane w toruńskiej pracowni INTEK-ART.

Poza Toruniem powstawały także monumentalne realizacje sakralne. Do najbardziej charakterystycznych należą cykl „Tajemnice Różańca” w Lubiczu Górnym, witraże inspirowane malarstwem El Greca w kościele na toruńskim Podgórzu czy tryptyk „Miłosierdzia Bożego” w Przyłękach.

Skala takich realizacji pokazuje, że witrażysta nie jest wyłącznie rzemieślnikiem składającym kolorowe elementy szkła. Musi być jednocześnie projektantem, malarzem, konstruktorem, konserwatorem i człowiekiem doskonale rozumiejącym architekturę przestrzeni, w której jego dzieło ma się znaleźć.

Rzemiosło wymagające cierpliwości

Praca nad witrażem nie przypomina produkcji na fabrycznej taśmie. Wszystko zaczyna się od projektu. Następnie trzeba dobrać odpowiednie rodzaje szkła, ich kolor, fakturę i stopień przepuszczania światła. Poszczególne fragmenty są precyzyjnie wycinane, obrabiane i dopasowywane do pozostałych elementów kompozycji.

W klasycznej technice kawałki szkła łączy się za pomocą ołowianych profili. Całość jest następnie lutowana i uszczelniana. Jeżeli projekt wymaga malowania detali, specjalne farby zostają utrwalone podczas wypalania szkła w piecu w temperaturze sięgającej kilkuset stopni Celsjusza. Czasami proces malowania i wypalania trzeba powtarzać kilkukrotnie.

Historyczne narzędzia i noże do cięcia szkła prezentowane w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

I właśnie podczas jednego z ostatnich etapów pracy pojawia się określenie, z którego Sławomir Intek potrafi żartować. Witraż trzeba bowiem dokładnie uszczelnić, wciskając odpowiednią masę pomiędzy szkło i ołów. Można więc powiedzieć, że witrażysta zawodowo wciska kit.

W tym przypadku nie ma jednak mowy o żadnym oszustwie. Wręcz przeciwnie - liczy się precyzja liczona w milimetrach, cierpliwość i doświadczenie zdobywane przez lata.

Muzeum Witraży NISZA - zejście do świata dawnych rzemieślników

Jednym z najbardziej niezwykłych elementów tego miejsca są piwnice kamienicy przy ulicy Szewskiej. To właśnie tutaj powstało interaktywne Muzeum Witraży NISZA.

Można poznać w nim historię witrażownictwa, zobaczyć dawne narzędzia, historyczne sposoby obróbki szkła oraz przekonać się, jak bardzo zmieniał się warsztat witrażysty na przestrzeni kolejnych stuleci. Wśród prezentowanych przedmiotów znajdują się między innymi dawne diamenty służące do cięcia szkła, stare narzędzia, historyczne witraże i przykłady szkła wykonywanego według dawnych technologii.

Witrażowe anioły wykonane z kolorowego szkła w Pracowni Witraży INTEK-ART w Toruniu.

Gotyckie piwnice dodają całej opowieści jeszcze więcej klimatu. Kamień, cegła, stare narzędzia i kolorowe szkło tworzą przestrzeń, w której łatwo zapomnieć, że kilka metrów wyżej tętni życiem jedna z najbardziej uczęszczanych ulic toruńskiej Starówki.

Od witrażowych okien do szklanych samolotów

Jeśli wydaje Wam się, że witraż musi oznaczać przede wszystkim kościelne okno, INTEK-ART szybko wyprowadzi Was z błędu.

Prawdziwa niespodzianka czeka wśród przestrzennych realizacji pracowni. Pasja Sławomira Intka do lotnictwa połączyła się tutaj z witrażownictwem, czego efektem są niezwykłe konstrukcje 3D wykonywane ze szkła i metalu.

Powstały między innymi modele historycznych samolotów RWD-2, RWD-6 Żwirki i Wigury czy PZL P.11c, a także sterowiec „Lech” i modele balonów nawiązujących do historii zawodów o Puchar Gordona Bennetta.

I chyba właśnie te obiekty najlepiej pokazują, czym może być współczesne witrażownictwo. Technika, której korzenie sięgają średniowiecza, nie musi ograniczać się do odtwarzania dawnych wzorów. W odpowiednich rękach może stać się punktem wyjścia do zupełnie nowych form.

Światło jest tutaj ostatnim artystą

Wizyta w takich miejscach przypomina mi, dlaczego tak bardzo lubię dokumentować lokalne historie. Za każdą pracownią, zabytkiem czy niepozornymi drzwiami prowadzącymi do starej piwnicy może kryć się opowieść, której nie znajdziemy w typowym przewodniku.

W INTEK-ART szczególną rolę odgrywa światło. Można zaprojektować kompozycję, wybrać szkło, perfekcyjnie je przyciąć, pomalować, wypalić i połączyć ołowiem. Jednak dopiero wtedy, gdy przez kolorowe tafle przejdą pierwsze promienie słońca, witraż naprawdę zaczyna żyć.

Witrażowa dekoracja z motywem znaku zodiaku Bliźnięta prezentowana w pracowni INTEK-ART w Toruniu.

Kolory pojawiają się na ścianach, podłodze i twarzach stojących obok ludzi. Obraz zmienia się wraz z porą dnia, pogodą i kątem padania światła. Ten sam witraż rano może wyglądać zupełnie inaczej niż późnym popołudniem.

I chyba właśnie dlatego sztuka witrażu przetrwała setki lat. Możemy zmieniać technologię, narzędzia i architekturę, ale zachwyt nad światłem przechodzącym przez kolorowe szkło pozostaje dokładnie taki sam.

Jeżeli podczas spaceru po toruńskiej Starówce będziecie szukać miejsc związanych nie tylko z historią miasta, lecz także z nadal pielęgnowanym tradycyjnym rzemiosłem, warto zainteresować się historią pracowni przy ulicy Szewskiej.

Przed planowaną wizytą warto sprawdzić bezpośrednio w pracowni aktualną dostępność Muzeum Witraży NISZA, możliwość zwiedzania oraz godziny prezentacji i warsztatów.

Tworzysz własną historię? Mogę pomóc opowiedzieć ją obrazem

Jeżeli prowadzisz firmę, miejsce z niezwykłą historią, hotel, atrakcję turystyczną albo reprezentujesz miasto czy region i szukasz filmowej opowieści zamiast zwykłego materiału reklamowego, sprawdź również moje pozostałe projekty i możliwości współpracy:

Jeżeli podoba Ci się to, co robię, możesz również postawić mi symboliczną kawę na Buycoffee albo wesprzeć kolejne fotograficzne i filmowe wyprawy poprzez Zrzutkę. Dzięki temu mogę dalej odkrywać i dokumentować miejsca, obok których czasem przechodzimy, nie znając ich niezwykłych historii.

7 lut 2026

Koza Kujawska w Toruniu - Zapustne szaleństwo i tradycja na ulicach miasta

Słyszycie to? To nie tylko muzyka. To dźwięk bębnów, skrzypiec i okrzyków, które nie chcą być tłem - chcą być początkiem. Tak właśnie budzi się ziemia! Choć jesteśmy w sercu gotyckiego Torunia, tuż obok pomnika Kopernika i w cieniu średniowiecznych kamienic, to dziś miasto przejęła Koza. Duch dawnej kujawskiej wsi przeszedł przez brukowane ulice, a ja miałem zaszczyt i radość iść razem z nim. Zapraszam na reportaż z jednego z najbardziej magicznych obrzędów karnawałowych w Polsce. Dziś chodzimy z Kozą!

Uczestniczki zapustów w Toruniu, ludowe stroje i długie czerwono-niebieskie wstążki podczas chodzenia z kozą

Zapusty - magia ukryta pod maską

„Chodzenie z kozą” nie jest zwykłym karnawałem ani lokalnym festynem. To echo pradawnych rytuałów, zakorzenionych jeszcze przed nadejściem chrześcijaństwa, głęboko związanych z magią płodności, śmierci i odrodzenia. Zapusty - czas od tłustego czwartku do wtorku przed Środą Popielcową - to chwile, gdy świat staje na głowie, a to co stare, musi ustąpić miejsca nowemu. Dawniej wiejskie drogi Kujaw należały do korowodów maszkar. Dziś ten duch odradza się w samym sercu nowoczesnego miasta.

W 2020 roku „chodzenie z kozą” na Kujawach zostało wpisane na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego - i to nie przypadek. To żywa tradycja, która potrafi poruszyć serce i roztańczyć nogi, a jej wpis na listę to dowód na to, jak wielką wagę przywiązujemy do zachowania naszej tożsamości.

Na czele idzie ona - Koza. Jej rytualna „śmierć” i gwałtowne „zmartwychwstanie” to symboliczny koniec zimy i początek nowego cyklu życia. Ale Koza nie jest sama. Towarzyszy jej cała plejada postaci, z których każda niesie ze sobą ładunek dawnych wierzeń:

  • Niedźwiedź - uosobienie siły uśpionej w ziemi, która musi się obudzić. Tarzając się po polach (a dziś po toruńskim bruku), symbolicznie przekazuje naturze swoją moc i witalność.
  • Bocian - zwiastun wiosny i nowego życia. Zgodnie z tradycją, dziobnięcie przez bociana to dla niezamężnych dziewczyn wróżba rychłego zamążpójścia i macierzyństwa.
  • Postacie dwoiste - jak „dziad na babie” czy „żywym na umarłym”. Obrazują one triumf życia nad śmiercią i odwieczny cykl zmian pór roku.

Przystanek pierwszy: Torunianka Cafe i duch bohemy

Wyruszyliśmy spod pomnika Flisaka - symbolicznego opiekuna toruńskich legend. Zgodnie z tradycją, korowód musi odwiedzać domostwa, by zapewnić ich mieszkańcom pomyślność. W miejskiej scenerii tę rolę przejmują miejsca z duszą. Jednym z nich jest Torunianka Cafe.

Skrzypek grający podczas zapustów na toruńskiej starówce, w tle pomnik i miejskie kamieniceUczestniczka zapustów w ludowym stroju, w tle koza - tradycja chodzenia z kozą w Toruniu

To miejsce to prawdziwy wehikuł czasu. Przenosi nas w epokę dwudziestolecia międzywojennego, gdy po kawiarnianych stolikach przesuwały się kartki z poezją, a dyskusje toruńskiej bohemy toczyły się do świtu. Torunianka od lat wspiera inicjatywy regionalne i w tym roku ponownie była gospodarzem zapustnego podkoziołka. Widziałem, jak barwne maszkarony mieszały się z zapachem świeżo mielonej kawy i gwarem rozmów. Autentyczna kultura nie potrzebuje muzealnych gablot - potrzebuje ludzi i miejsc, które chcą się otworzyć na żywioł tradycji i radosny chaos.

Rzemiosło i korzenie: INTEK-ART i Park Etnograficzny

Z kawiarni ruszyliśmy dalej, w stronę świata światła i szkła. Pracownia Witraży INTEK-ART, działająca od 1992 roku, to miejsce, gdzie toruńskie rzemiosło spotyka się z pasją. Nawiązując do tradycji dawnych mistrzów, pracownia ta przybliża sztukę witrażu współczesnym odbiorcom. W gotyckim Toruniu, gdzie światło przenikające przez kolorowe szkło ma szczególne znaczenie, wizyta korowodu była czymś magicznym. Rzemiosło i folklor to dwa światy, które idealnie się tu dopełniły.

Korowód zapustny i koza przed pracownią witraży w Toruniu, barwne postacie i ludowe stroje

Naszą ostatnią stacją był Park Etnograficzny przy Muzeum Etnograficznym im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej. To naturalny dom dla Kozy. Drewniane chaty kryte strzechą, zapach siana i stukot butów o ziemię sprawiły, że poczułem się jak w środku żywej opowieści sprzed stu lat. To właśnie tutaj „chodzony z kozą” wybrzmiał najmocniej - nie jako inscenizacja, ale jako autentyczny rytuał, który pamięta więcej niż współczesny człowiek.

Ostatki na ludowo - Finał z przytupem

Dzień zakończyliśmy tanecznie podczas „Ostatków na ludowo”. W sali widowiskowej muzeum zagrały kapele: agregandado, Skrzypkowie Dzielni oraz Kujawy Bachorne Nowe z Osięcin. Kujawiaki, mazurki, oberki i wiwaty - muzyka niosła się echem jak dawniej po wiejskich karczmach. Tańczyli wszyscy, od najmłodszych po starszych, zacierając granice wieku i czasu.

Dla mnie ten dzień był ostatecznym dowodem, że tradycja nie rdzewieje, jeśli damy jej przestrzeń. Kujawska koza to nie relikt przeszłości - to czysta energia. Żywa, radosna i nieokiełznana. Taka, która nie tylko łączy pokolenia, ale na chwilę pozwala nam wszystkim stać się częścią czegoś większego.


Chcesz zobaczyć więcej kadrów z tej wyprawy?
Zajrzyj na mój Instagram i koniecznie zobacz pełny reportaż na moim kanale YouTube. Tam poczujesz ten rytm i usłyszysz każdą nutę!

Podoba Ci się to co robię? Wesprzyj moje kolejne wyprawy z aparatem: buycoffee.to/okiemobiektywu
Planujesz wydarzenie lub szukasz fotosisty na plan? Sprawdź moją ofertę współpracy.

29 sty 2026

Barbarka w Toruniu - od cudownego źródełka po tragiczny Pomorski Katyń

Są takie miejsca, które mimo bliskości miasta zdają się istnieć w zupełnie innym wymiarze czasu. Barbarka - leśna enklawa na północnych obrzeżach Torunia - dla wielu jest po prostu celem niedzielnych spacerów czy rodzinnego ogniska. Ale kiedy wejdziesz głębiej w las, a pod butami skrzypi świeży śnieg, Barbarka zaczyna szeptem opowiadać swoją historię. A ta bywa równie fascynująca, co bolesna.

Zabudowania osady lesnej na barbarce w toruniu zimą,drewniane ogrodzenie i snieg

Cud przy źródle i królewskie ślady

Moja wędrówka często zaczyna się przy kaplicy św. Barbary. Mur pruski na tle ośnieżonych drzew wygląda zimą niemal jak z bajki. To serce dawnej osady. Według legendy to właśnie tutaj św. Barbara objawiła się pustelnikowi, a woda z tutejszego źródła miała leczyć, koić i dawać nadzieję - podobno pomagała nawet na dolegliwości oczu.

Magia tego miejsca przyciągała nie tylko okolicznych mieszkańców. W 1521 roku gościł tu sam król Zygmunt Stary z całym dworem. Łatwo puścić wodze wyobraźni: królewski orszak przecinający te same leśne dukty, którymi dziś idziemy z aparatem w ręku. Obecna kaplica pochodzi z 1842 roku i ma w sobie tę skromność, która niemal automatycznie spowalnia kroki.

Warto wiedzieć: Barbarka wzięła swoją nazwę od patronki górników i dobrej śmierci, a jej kult jest tu żywy od czasów średniowiecza.

Echo tragicznej jesieni - "Pomorski Katyń"

Nie da się jednak pisać o Barbarce, pomijając jej najciemniejszą kartę. Ten las był świadkiem ogromnego cierpienia. Jesienią 1939 roku stał się miejscem kaźni toruńskiej inteligencji - nauczycieli, urzędników i społeczników. Barbarka bywa nazywana "pomorskim Katyniem".

Polana na barbarce w toruniu zimą, ławki i plac w sniegu wśród drzew

Spacerując między symbolicznymi mogiłami, czuć ciężar tamtych dni. Pomnik ofiar zbrodni hitlerowskiej przypomina, że ta ziemia jest przesiąknięta historią, o której nie wolno zapomnieć. To bolesny kontrast wobec dzisiejszego spokoju, ale to właśnie on nadaje Barbarce głęboki, niemal sakralny charakter.

Co warto zrobić na Barbarce?

Dziś to miejsce łączy pamięć o przeszłości z aktywnym odpoczynkiem i edukacją, za którą odpowiada Szkoła Leśna na Barbarce. Jeśli masz 1-2 godziny, spokojnie "złapiesz" klimat i zobaczysz najważniejsze punkty.

  • Edukacja i warsztaty: Szkoła Leśna prowadzi zajęcia przyrodnicze i wydarzenia dla rodzin.
  • Stawy i kaskady: pozostałości po dawnym młynie wodnym - fotogeniczne o każdej porze roku.
  • Leśne ścieżki: idealne, by uciec od zgiełku Starówki i po prostu "być" tu i teraz.

Barbarka okiem fotografa

Jeśli przyjeżdżasz tu z aparatem (albo telefonem), zimą Barbarka odwdzięcza się szczególnie o poranku. Niskie światło ładnie rysuje faktury śniegu, a nagie gałęzie tworzą naturalne ramy dla kadru. Szukaj kontrastu: ciepłe drewno tablic i ławek, ceglany mur pruski kaplicy, ciemne pnie drzew na tle bieli.

Kaplica sw barbary na barbarce w toruniu zimą,mur pruski i snieg przed wejsciemDrewniana tablica szkola lesna na barbarce w toruniu zimą,śnieg na literach

Prosty patent na mocniejsze zdjęcia: stań niżej i pozwól, żeby ścieżka lub ślady nart "wciągały" wzrok w głąb kadru. W lesie to działa niemal zawsze.

Wskazówka praktyczna

Barbarka jest dostępna przez cały rok i świetnie sprawdza się na krótki wypad "na reset". Zimą warto pamiętać o spokojnym tempie w lesie i szacunku do miejsc pamięci - to przestrzeń, w której cisza ma swoją wagę.

Barbarka uczy pokory do historii i szacunku do natury. Jeśli szukasz miejsca na krótki oddech, a jednocześnie chcesz dotknąć autentycznych losów Torunia - to jest adres, który warto zapamiętać.


Jeśli podobają Ci się moje kadry i historie z drogi, możesz postawić mi wirtualną kawkę lub ciasto - to realnie pomaga w kolejnych reportażach: buycoffee.to/okiemobiektywu

A jeśli planujesz wizytę w Toruniu i lubisz niszowe, autentyczne miejsca (takie jak Barbarka), zapraszam na moje konsultacje podróżnicze - ułożę plan dopasowany do Ciebie, bez "komercyjnych oczywistości".

21 sty 2026

Toruń i jego mieszkańcy wobec powstania styczniowego

Centrum działań toruńskiej tajnej organizacji powstańczej mieściło się w hotelu „Zum Schwarzen Adler" przy Louisens 14 (obecnie „Pod Orłem" ul. Mostowa 17). Tu stacjonowali emisariusze powstańczy, jak określały władze policyjne - podejrzani goście z francuskimi, włoskimi, belgijskimi i innymi paszportami.

Powstanie styczniowe zasadniczo objęło tereny polskie zw. Królestwem Polskim (od 1815 r. - Królestwem Kongresowym, Kongresówką) oraz przyległe tereny Litwy i Białorusi. Miało formę wojny partyzanckiej, w której walczyły dziesiątki niewielkich oddziałów w setkach bitew i potyczek (ok. 1200 starć). Jednakże polskie społeczeństwo znajdujące się pod zaborem austriackim (Galicja) oraz pod zaborem pruskim (Pomorze) nie pozostało obojętne. Szczególną rolę odgrywały tereny położone przy ówczesnej granicy rosyjsko-pruskiej, w tym Prusy Zachodnie z Toruniem i jego okolicami. Zapraszam do wpisu opisującego Toruń i jego nadgraniczne okolice wobec powstania styczniowego.

Toruń i jego mieszkańcy wobec powstania styczniowego

Organizacja oddziałów powstańczych na terenach nadgranicznych w Prusach Zachodnich

Nabór do oddziałów powstańczych na terenie Prus Zachodnich nastąpił już z chwilą wybuchu powstania styczniowego w Królestwie Polskim. Początkowo miał on charakter niezorganizowany. Zgłaszali się ochotnicy, dezerterzy z armii pruskiej, ziemianie, uczniowie gimnazjalni, chłopi, robotnicy rolni i mieszczanie, pojedynczo lub w małych grupkach przedzierając się przez rzekę Drwęcę i okoliczne lasy na teren Królestwa Polskiego i dołączając do tamtejszych oddziałów. Po pewnym czasie akcją werbunkową zaczęli kierować z ramienia Komitetu Powstańczego komisarze powiatowi, a ci z kolei prowadzili dalszą agitację. Młodzi ochotnicy po złożeniu przysięgi, otrzymaniu pieniędzy i odzieży udawali się w grupach na miejsca zbiórek. Po wstępnym przeszkoleniu przewożeni byli do nadgranicznych miejsc, gdzie otrzymywali broń i amunicję.

Pierwsza zorganizowana wyprawa z Prus Zachodnich została przeprowadzona w kwietniu 1863 r. Sformowany własnym kosztem przez Zygmunta Działowskiego - zaledwie dwudziestoletniego ziemianina z Mgowa, miłośnika swego regionu i gorliwego patriotę - oddział złożony z 87 ludzi pod dowództwem mjr. Henryka Ławińskiego-Szermętowskiego przeprawił się w nocy 21/22 kwietnia przez Drwęcę do Królestwa. Jego zadaniem było połączenie się z działającymi na tym terenie oddziałami Zygmunta Padlewskiego. Do połączenia oddziałów jednak nie doszło z powodu poniesionej poprzedniego dnia klęski i śmierci Padlewskiego pod Borzyminem, o czym Szermętowski nie wiedział i w drodze do celu został również zaatakowany i rozbity przez oddział rosyjski pod wsią Nietrzeba w okolicy Rypina. Na skutek dużych strat (dziewięciu zabitych, kilku rannych, wielu wziętych do niewoli) oddział nie był zdolny do dalszej walki, przestał istnieć, a pozostali powstańcy rozproszyli się po okolicznych lasach. Część z nich, podobnie jak inni ochotnicy, pojedynczo lub w małych grupkach przedostawała się do oddziałów partyzanckich w woj. płockim i mazowieckim, m.in. do oddziału Wiktora Jurkowskiego.

Drugi pomorski oddział powstańczy, którego mianowanym dowódcą był Piotr Czarliński, ps. Piotr Czarny, został zorganizowany w marcu 1864 r. na użytek wyprawy pod naczelnym dowództwem płk. E. Calliera - Wielkopolanina z pochodzenia, b. oficera pruskiego, następnie francuskiego, w czasie powstania z nominacji Rządu Narodowego naczelnika sił zbrojnych Mazowsza. Od początku 1864 r. sprawował on funkcję wojskowego organizatora woj. pomorskiego i chełmińskiego. Jedną z czterech kompanii w składzie liczącej 1200 ludzi wyprawy (obok kaszubskiej, brodnickiej i lubawskiej) miała być również kompania toruńska pod dowództwem Jasińskiego, składająca się z ochotników z Torunia i powiatu toruńskiego. Miała ona tworzyć prawe skrzydło na zachód od Brodnicy. Po przekroczeniu granicy miała, jak pozostałe, uderzyć na rosyjskie załogi pograniczne, a następnie połączyć się z innymi, tworząc jedną kolumnę. Ta, podzielona przez płk. Calliera na równe oddziały, miała wyprzeć z miast województwa płockiego załogi rosyjskie i w konsekwencji ożywić gasnące na tym terenie powstanie. Pododdział toruński nie przystąpił jednak do tego zadania z powodu wczesnego aresztowania i uwięzienia Jasińskiego oraz kompromitacji jego następcy Bednarskiego (z powodu pijaństwa). Ponieważ nikt z pododdziału nie podjął się przeprowadzenia go przez granicę, zgrupowani ochotnicy po zakopaniu broni rozeszli się. Cała wyprawa w dniach 28 i 29 marca została rozbita w niespodziewanych atakach pod Łapinożem (pow. lipnowski) i Gnojnem (ok. Włocławka) przez wojska rosyjskie uprzedzone o jej zbliżaniu się przez władze pruskie, które również aresztowały płk. Calliera. Były to ostatnie działania zbrojne oddziałów powstańczych z Prus Zachodnich z udziałem ochotników z okolic Torunia.

Kolejną, ostatnią już próbę zorganizowania nowych oddziałów w woj. chełmińskim (z pow. toruńskim) podjęto jeszcze w poł. kwietnia 1864 r., gdy funkcję organizatora sił zbrojnych na całym Pomorzu Gdańskim objął rotmistrz mjr Franciszek Budziszewski (b. oficer armii pruskiej i francuskiej Legii Cudzoziemskiej), który na wieść o powstaniu wrócił do Polski i walczył w kilku bitwach na terenie Królestwa. Zastał on w woj. chełmińskim grupę ponad 200 ochotników z oddziałów wyprawy gen. Calliera, rozbitków z oddziałów Kossakowskiego i Wandla oraz innych mniejszych oddziałów. Z ochotników tych nie udało się niestety skompletować uzbrojonego i wyposażonego oddziału. W czerwcu 1864 r. Budziszewski, jako jeden z naczelników wojewódzkich, otrzymał od Wydziału Wykonawczego Rządu Narodowego w Poznaniu polecenie rozwiązania organizacji wojskowej i pozostawienie tylko opanowanej przez obóz Białych organizacji cywilnej.

Ogólna liczba powstańców z tego terenu, wobec braku dokumentów polskich, nie daje się dokładnie określić. Z Prus Zachodnich pochodziło od 500 do 1000 powstańców z szacowanej liczby ogólnej 3-3,5 tys. z całego zaboru pruskiego.

Wszystkie te większe i mniejsze grupy powstańców z terenów graniczących z Królestwem Polskim organizowały się i działały przy ofiarnym wsparciu ludności cywilnej. Polacy ze wszystkich warstw i zawodów: ziemianie, zarządcy majątków, urzędnicy i służący dworscy, leśnicy, księża, chłopi, rzemieślnicy i robotnicy starali się w miarę swych możliwości sprostać potrzebom powstania. Świadczyli pomoc przy zdobywaniu i transporcie broni, byli łącznikami powstańczymi pomiędzy władzami powstania a miejscowymi organizatorami ruchu, przewodnikami, kurierami i informatorami. Płacili dobrowolnie ofiary na rzecz powstania, ukrywali i leczyli rannych, opiekowali się rodzinami walczących i poległych. Szczególnie ofiarnie zaangażowały się polskie kobiety z Prus Zachodnich, które w tym celu założyły w 1863 r. pod kierunkiem Emilii Sczanieckiej tajne Stowarzyszenie Niewiast Polskich.

Za przykłady najbardziej pomocnych miejscowości z terenów przygranicznych mogą posłużyć: Turzno, Ryńsk, Grabie, Pluskowęsy, Piątkowo oraz najbliższe granicy - Lubicz, Elgiszewo, Golub, gdzie powstańcy znajdowali schronienie, wyżywienie i ułatwienie w przedostawaniu się przez granicę. Pewne oznaki pomocy zauważyć można też ze strony ludności niemieckiej znad granicy prusko-rosyjskiej. Zdarzało się, że właściciele majątków użyczali schronienia powstańcom bądź zatajali fakt, że z ich terenów rekrutują się powstańcy.

Toruń i jego mieszkańcy wobec powstania styczniowego

W wielkiej akcji pomocniczej Polaków z zaboru pruskiego dla powstania styczniowego rolę szczególną odegrało miasto Toruń, na co złożyło się kilka czynników.

Pierwszym z nich były przemiany administracyjne, gospodarcze i społeczne, jakie następowały już w poł. XIX w. w Toruniu. W 1849 r. powstał sąd powiatowy oraz sąd przysięgłych. W 1850 r. wprowadzono nowy samorząd, oparty o wysoki cenzus majątkowy. Powstawały nowe zakłady przemysłowe (browary, tartak, fabryka maszyn) i firmy handlowe. Podniesiono też na wyższy poziom szkolnictwo poprzez jego reorganizację i poprawę warunków lokalowych.

Organizacja oddziałów powstańczych Toruń powstanie styczniowe

Niebagatelne znaczenie miała stosunkowo duża liczba Polaków w stanie ludnościowym miasta i stopniowy wzrost ich wpływu na jego życie. W latach poprzedzających wybuch powstania zaczęła ujawniać się wytrwała i skuteczna rywalizacja polskich kupców i rzemieślników z firmami niemieckimi. Pomimo pruskiej ustawy zakazującej Polakom zawiązywania stowarzyszeń następował rozwój polskiej działalności społecznej i kulturalnej, która w ciągu II połowy XIX w. dzięki napływowi okolicznych elit ruchu narodowego osiągnęła wysoki poziom.

Ten stopniowy proces polonizacji Torunia sprawił, że stał się on ośrodkiem polskości w całych Prusach Zachodnich. Nastąpiło to wbrew intencjom władz pruskich, wg których Toruń miał być miastem podrzędnym w stosunku do Chełmna, ustanowionego jako siedziba województwa.

Czynnikiem decydującym o roli Torunia jako jednego z głównych punktów pomocy dla powstania była jego bliskość od granicy Królestwa Polskiego, jak i położenie nad żeglowną rzeką Wisłą, jednocześnie w pobliżu poprowadzonej już linii kolejowej z Warszawy do nadgranicznego w Królestwie Polskim Aleksandrowa Kujawskiego i linii kolejowej Bydgoszcz - Toruń wraz z wybudowanym na lewym brzegu Wisły toruńskim dworcem kolejowym (w październiku 1861 r.), z którego w grudniu 1862 r. uruchomiono połączenie koleją do Warszawy i Berlina.

Władze pruskie wiedziały, że jako miasto nadgraniczne połączone z zaborem rosyjskim drogą żelazną i wodną, Toruń był miejscem jak najbardziej nadającym się do przemytu ochotników i uzbrojenia, zwłaszcza przy pomocy polskich mieszkańców. Toruń został objęty szczególnie ostrymi restrykcjami jeszcze w okresie przygotowań powstańczych. Zorganizowano przede wszystkim wzmożoną kontrolę wojskową i policyjną (nadgraniczną z zaborem rosyjskim) na rzece Tążyna.

Jesienią 1862 r. pojawiły się doniesienia o licznych aresztowaniach i rewizjach w Warszawie oraz w pobliskich, nadgranicznych powiatach w Królestwie Polskim. W styczniu 1863 r. ukazała się wiadomość o wybuchu powstania w zaborze rosyjskim. Ton tych informacji i komentarzy prasowych na ogół nie zdradzał obawy, że powstanie może przenieść się na teren Prus.

Dla zapobieżenia ruchowi wyzwoleńczemu władze Prus podjęły z Rosją współpracę, nazywając ją koniecznością poprawy stanu bezpieczeństwa w Prusach Zachodnich. Rozpoczęły odtąd walkę z wszelkimi przejawami udziału lub choćby popierania tych działań na terenach przyległych do granicy pomiędzy zaborami.

Pierwszym posunięciem pruskich władz, już z końcem stycznia 1863 r., było skoncentrowanie w swoich prowincjach wschodnich czterech kordonów armii i zamknięcie kilkakrotnym kordonem całej granicy od Kłajpedy po Mysłowice. W Prusach Zachodnich wkroczył 26 stycznia do Brodnicy oddział kawalerii i piechoty; na początku lutego przybyła do Wąbrzeźna kompania piechoty, wkrótce też przybył cały batalion do Chełmna. Miesiąc później sprowadzona została cała dywizja piechoty do powiatów chełmińskiego i toruńskiego i postawiona w stan gotowości bojowej. Wszystkie te siły wojskowe miały ograniczyć ruch przygraniczny, a przede wszystkim zapobiegać przedostawaniu się powstańców i przewożeniu broni. Patrolowano też drogi i szosy w kierunku Królestwa Polskiego.

Rząd pruski zawarł z rządem rosyjskim tajną, tzw. Konwencję Alvenslebena (od nazwiska generała wysłanego przez Bismarcka do prowadzenia układów z Rosją). Nakazywała ona władzom lokalnym aresztowanie osób podejrzanych o udział w powstaniu, przeprowadzanie rewizji domowych, wysyłanie listów gończych za podejrzanymi ochotnikami i emisariuszami z zachodu Europy. Zawierała też zakaz wywozu broni, amunicji i materiałów wybuchowych do Królestwa Polskiego.

Piotr Wróblewski - grób powstańca

W Toruniu bezpośrednio po wybuchu powstania władze wojskowe znacznie powiększyły stan liczebny miejscowego garnizonu i sprowadziły dodatkowe kontyngenty wojsk (sztab dywizji z ok. 1000 żołnierzy), które rozlokowano nawet w prywatnych mieszkaniach. Następnie, już 13 lutego 1863 r. komendant twierdzy toruńskiej generał-major von Stuckradt wydał rozkaz wzmożonej czujności wojska na przejściach granicznych w Lubiczu - na moście na Drwęcy, zbudowanym wspólnym kosztem w ramach prusko-rosyjskiej umowy oraz w Otłoczynie, gdzie było przejście na stacji kolejowej. Wzmocnił też nocne straże w mieście, uzasadniając:

Ponieważ pogorszenie stanu bezpieczeństwa w okolicy i w samym mieście poważnie się wzmaga, a najbliższe noce przenieść mogą nawet zamieszki, wzmocniłem posterunek i poleciłem zaostrzone nocne strażowanie. Bramy zewnętrzne będą zamykane o godz. 6., wewnętrzne zaś o 9. wieczorem. Od 6. do 9. posterunki posiadają klucze do barier i otwierają niepodejrzanym osobom, jeśli te przybywają w liczbie nieprzekraczającej 5-6 osób. Od 9. wieczorem do 6. rano wejście do miasta i wyjście odbywać się może tylko przez Bramę Mostową.

Rozkaz ten wprowadzał więc w mieście stan wyjątkowy, który decydował o całkowitej jego izolacji od jakichkolwiek kontaktów z polskim powstaniem. Za Bramą Mostową nie było bowiem wtedy żadnego mostu, a w nocy nie funkcjonował przewóz przez Wisłę ani inna komunikacja z dworcem kolejowym. Mimo to, jak podawały sprawozdania policyjne, polska ludność Torunia sprzyjała powstaniu, a młodzi ludzie próbowali się przedostać przez granicę do Królestwa. We wrześniu 1863 r. ten sam komendant von Stuckradt rozpoczął śledzenie przybyszów z terenów powstańczych, gromadzących się w różnych miejscach w Toruniu podejrzewając, iż chcą oni tworzyć jakąś organizację wojskową.

Podejrzenia gen.-majora von Stuckradta, wspierane przez śledcze działania policyjne oraz przez usługi niektórych niemieckich mieszkańców Torunia, faktycznie nie były bezpodstawne. W tym mieście działała już tajna organizacja powstańcza na tyle aktywnie, że stało się ono jednym z głównych tajnych punktów pomocy dla powstania. Przez Toruń dokonywano przerzutów broni i innego wyposażenia zakupowanego przez władze powstańcze w krajach zachodnioeuropejskich, w nim też kupowano i gromadzono broń i amunicję, aby przekazać je następnie na użytek rodaków walczących w pobliskim Królestwie Polskim.

Centrum działań toruńskiej tajnej organizacji powstańczej mieściło się w hotelu „Zum Schwarzen Adler" przy Louisens 14 (obecnie „Pod Orłem" ul. Mostowa 17). Tu stacjonowali emisariusze powstańczy, jak określały władze policyjne - podejrzani goście z francuskimi, włoskimi, belgijskimi i innymi paszportami, którzy kontaktowali się z uciekinierami z Królestwa, a przede wszystkim z polskimi mieszkańcami Torunia, werbując ich do czynnego udziału w powstaniu oraz do przerzutów ochotników i transportów broni. Na początku września 1863 r. udało się komisarzowi policji Rosczechowskiemu wyśledzić, że ten hotel jest miejscem zebrań polskich agentów oraz wysnuć podejrzenia, że chcą oni tworzyć organizację wojskową. Dwaj Niemcy - właściciel ziemski i kupiec - donosili też, że hotel powinien być wysadzony w powietrze, bo gromadzą się w nim wszyscy szpiedzy i jest on płaszczem dla rozmaitych Polaków.

Rolę kierowniczą spośród działaczy miejscowych pełnili w Toruniu ściśle współpracujący ze sobą Antoni Kolbe pseudonim „Rudolf" i Ludwik Janiszewski. Obaj otrzymywali przesyłki broni na adres „Franz Marquart - Schwarzer Adler" i dokonywali zakupów od producentów toruńskich, organizując następnie transporty za granicę zaboru.

Działalność polskiej Centrali powstańczej w niemieckim hotelu możliwa była dzięki temu, że jego właścicielem był Niemiec Franz Marquart - demokrata sympatyzujący z Polakami, znający język polski, katolik, pochodzący z rodziny o propolskim nastawieniu (spokrewniony z Karlem Marquartem, dziennikarzem i pisarzem, również polonofilem i tłumaczem niektórych wierszy Adama Mickiewicza na język niemiecki).

Mniejszymi ośrodkami polskiej konspiracji w Toruniu były hotele „Deutsche Haus" i „Coppernicus" (przy Annestr., Copernicusstr.).

Agentem broni w Toruniu był też działacz o nazwisku Brudziński (Burdziński), kwaterujący w kamienicy pod nr 123 na Nowym Mieście, którego ważnym sukcesem było pośredniczenie w zakupie broni od toruńskich i bydgoskich rusznikarzy oraz załatwienie transportu rakiet z Bydgoszczy. Pomocnikiem jego był Aleksander Grzymała. Współpracę z ośrodkiem bydgoskim nawiązał także Kolbe poprzez ppor. armii pruskiej - Polaka Jana Brodowskiego ps. Teodor, stacjonującego i otrzymującego przesyłki w hotelu „Heinmann Gutta in Bromberg".

Konspiracyjny handel i przemyt uzbrojenia i sprzętu wojskowego, zdobywanego dla powstania dzięki Komisji Broni przy Rządzie Demokratycznym, odbywał się w Prusach Zachodnich na szeroką skalę. Dostawy zagraniczne na teren chełmińsko-pomorski zaczęły docierać już od pierwszych dni lutego 1863 r. Transporty do Torunia odbywały się dwoma szlakami wodnymi i drogą kolejową. Pierwszy, główny szlak wodny wytyczała Wisła, którą z Gdańska - przez Toruń - barkami w zamaskowanych opakowaniach przemieszczano ładunki przeważnie do Warszawy. Drugi szlak wodny - Notecią i Kanałem Bydgoskim - wykorzystywany był dla transportu zakupów dokonywanych w Niemczech. Drogą kolejową odbywały się najczęściej transporty towaru nabytego na terenie Prus Zachodnich, przede wszystkim w Toruniu. Stąd przejmowali je kolejni uczestnicy ruchu pomocy powstaniu i konwojowali do Królestwa Polskiego. Kurierami takimi, znanymi z nazwiska, byli: Antoni Kowalski - maszynista kolejowy z trasy Toruń-Aleksandrów, kupiec toruński Kazimierz Szwabe i Józef Gajewski (uczeń malarski), którzy przewozili potajemnie broń do Królestwa, a także karczmarz z Podgórza Kamiński i współpracujący z nim Czapanowski - właściciel folwarku w Otłoczynie, gdzie było kolejowe przejście graniczne. Dużą rolę odgrywała też grupa szwarcowników (szmuglerów rekrutujących się z polskich chłopów), zorganizowana przez Kamińskiego. Przedostawali się oni przeważnie wzdłuż drogowego traktu warszawskiego przez graniczną rzekę Tążynę i położone nad nią wsie, m.in. wieś Pieczenia. Przemytem przez granicę na Drwęcy (zwykle z Golubia do Dobrzynia) zajmował się zorganizowany kilkunastoosobowy oddział pod dowództwem Tadeusza Kopytki. Indywidualnie przemytem broni z Torunia (i Bydgoszczy) do Królestwa zajmował się młody mieszczanin Roman Moskowski - konwojent wielokrotnych, udanych transportów.

Powstańcy styczniowi z Torunia

Pewnej liczbie mieszkańców Torunia i okolic udało się przedostać przez prusko-rosyjską granicę i walczyć jako żołnierze oddziałów powstańczych w Królestwie Polskim. Wielu ginęło, licznie zabierani byli do niewoli, zsyłani na Sybir lub do pruskich więzień, albo też poddawani innym represjom. Źródła archiwalne, drukowane i prasowe oraz inne przekazy pozwalają na ustalenie 46 nazwisk powstańców.

Powstańcy styczniowi z Torunia
  • Józef Abel - czeladnik piekarski z Torunia, wzięty do niewoli przez wojsko carskie na terenie Królestwa, wydany władzom pruskim jako Niemiec 14 lipca 1863 r.
  • Józef Bartosiński (Bartusiński) - mieszczanin z Torunia (l. 23), wzięty do niewoli przez Rosjan, zesłany na Sybir, zatrudniony przy budowie linii kolejowej Kursk - Orieł do końca listopada 1866 r., wrócił z niewoli w lipcu 1867 r.
  • Józef Biernacki - mieszczanin z Torunia (l. 25), również zesłany na Sybir, zatrudniony przy budowie linii kolejowej Kursk - Orieł do końca listopada 1866 r., wrócił z niewoli w lipcu 1867 r.
  • Jakub Binkowski - chłop (l. 42) z Łążyna (pow. toruński), wzięty do rosyjskiej niewoli w bitwie pod Wartą (sieradzkie), 15 listopada 1863 r. zesłany na cztery lata do Symbirska.
  • Medard Borowski - ziemianin, uczestnik powstań 1831, 1848 i 1863 r., po którym utracił wieś Dźwierzno w pow. toruńskim.
  • Teofil Chrapkiewicz - uczeń malarski (l. 16), poległ w kwietniu 1863 r. w bitwie pod Nietrzebą (obw. Lipno).
  • Jakub Dasche - robotnik z Torunia, wzięty do niewoli w potyczce pod Imbramowicami (krakowskie) 18 sierpnia 1863 r. i wydany 22 sierpnia jako Niemiec władzom pruskim.
  • Edward Donimirski - syn Teodora, właściciela majątku Łysomice, jako 20-letni powstaniec walczył pod Łęczycą, gdzie został ciężko ranny.
  • Jan Donimirski - rzeźnik z Golubia (l. 26), zginął walcząc w oddziale F. Kowalkowskiego w czerwcu 1863 r. pod wsią Kotowy (obw. Lipno).
  • Józef Drajus - parobek z Turzna, wzięty do niewoli rosyjskiej, wydany władzom pruskim w sierpniu 1863 r.
  • Zygmunt Działowski - syn właściciela majątku Mgowo, organizator i dowódca oddziału (ok. 100 ludzi) w bitwie pod Nietrzebą (obw. Lipno) w kwietniu 1863 r., oskarżony o zdradę stanu, więziony w Berlinie, po procesie w 1864 r. uniewinniony.
  • Józef Dzikowski - aptekarz z Torunia (l. 22), aresztowany w Piątkowie (pow. toruński) za udział w powstaniu, wydalony poza granice Prus.
  • Konstanty Gąsiorowski - z Podgórza, oficer w oddziale Sumińskiego, wzięty do niewoli w maju 1863 r. w Nadrożu (obw. Lipno), skazany przez rosyjski sąd wojenny na dziesięć lat ciężkich robót w guberni jenisejskiej, skąd wrócił dzięki staraniom rodziny.
  • Marian Karczewski - powstaniec z Golubia, poległ 9 lipca pod Szczutowem - Bliznem (płockie).
  • Franciszek Kowalkowski - z Brodnicy, zginął jako dowódca oddziału w czerwcu 1863 r. w potyczce pod wsią Kotowy (obw. Lipno), pochowany w Brodnicy.
  • Kruszyński - z Golubia, oficer kosynierów, poległ w lipcu 1863 r. pod Szczutowem - Bliznem (płockie).
  • Antoni Łukaszewski - z Golubia (l. 23), wzięty do niewoli rosyjskiej, zesłany na Sybir, zatrudniony w rocie aresztanckiej przy robotach ziemnych kolei Kursk - Orieł do 1866 r.
  • Ignacy Meler - uczeń gimnazjalny z msc. Staw (pow. toruński).
  • Aleksy Owsiński - z Elżanowa, syn rządcy majątku, poległ w kwietniu 1863 r. pod Nietrzebą (obw. Lipno).
  • Walery Owsiński - z Elżanowa, brat Aleksego, ranny w kwietniu 1863 r. pod Nietrzebą (obw. Lipno).
  • Aleksander Pawłowski - szewc z Golubia, brał udział w bitwie pod Nietrzebą (obw. Lipno), zmarł z ran.
  • Ernst Pągowski - elew gospodarski z Orzechówka (pow. toruński), wzięty do niewoli w Wilkowie (włocławskie) w marcu 1863 r., od maja t.r. więziony w forcie Winiary w Poznaniu.
  • Rydzyński - pomocnik kupiecki z Torunia.
  • Jan Sawicki - mieszczanin z Torunia, wzięty do niewoli, zesłany do Włodzimierza nad Klaźmą.
  • Stanisław Sąplewski - chłop z Zasiek (pow. toruński), ranny w bitwie pod Kozim Rogiem 3 kwietnia 1863 r.
  • Ludwik Sczaniecki - syn Ignacego, właściciela majątku w Łaszczynie (leszczyńskie), brat Stanisława i Michała, Leona - właściciela majątku w Nawrze. Razem z braćmi walczył w oddziale gen. E. Taczanowskiego w maju 1863 r. pod Ignacewem.
  • Michał Leon Sczaniecki - właściciel majątku w Nawrze. Do powstania przystał występując z pruskiej landwery (obrony kraju), walczył razem z braćmi w oddziale gen. E. Taczanowskiego w maju 1863 r. pod Ignacewem, gdzie został ranny.
  • Stanisław Sczaniecki - brat Ludwika i Michała, obok których walczył w oddziale gen. E. Taczanowskiego w maju 1863 r. pod Ignacewem.
  • Franciszek Sierakowski (Szyrakowski) - mieszczanin z Torunia (l. 20), z niewoli zesłany do robót przy budowie linii kolejowej Moskwa - Orieł, gdzie przebywał do listopada 1866 r.
  • Konstanty Syrowiński - chłop (l. 22) z Szewy (pow. toruński), po dostaniu się do niewoli zesłany do robót przy budowie linii kolejowej Moskwa - Orieł, gdzie również przebywał do listopada 1866 r.
  • Szymański - mieszczanin (kupiec) z Torunia (l. ok. 40), poległ w powstaniu.
  • Jan Tokarski - z Ostrowitego (pow. toruński), były uczeń gimnazjum chełmińskiego, lekarz w obozie powstańczym na terenie Królestwa Polskiego.
  • Stanisław Walter - mieszczanin z Chełmży, walczył w powstaniu.
  • Edward Wereszczyński - ekonom z Torunia, ranny w bitwie pod Kleczewem (kaliskie), w lutym 1864 r. przebywał w szpitalu w Strzelnie.
  • Franciszek Wierzbicki - stolarz z Torunia, wzięty do niewoli, zesłany do Włodzimierza nad Klaźmą, gdzie przebywał do listopada 1866 r., w 1867 r. wrócił do Torunia.
  • Hubert Witkowski - mieszczanin z Chełmży, wzięty do niewoli, zesłany do robót przy budowie linii kolejowej Tuła - Orieł, gdzie przebywał do listopada 1866 r.
  • Teofil Witkowski - czeladnik stolarski z Torunia, ochotniczo walczył w powstaniu.
  • Wunsz - robotnik z Torunia, wzięty do niewoli, zesłany do Włodzimierza nad Klaźmą, gdzie przebywał do listopada 1866 r., w 1867 r. wrócił do Torunia.
  • Zajicki Jan - z Torunia, wzięty do niewoli, zesłany również do Włodzimierza nad Klaźmą.
  • Antoni Zakrocki - mieszczanin z Torunia, poległy w powstaniu oraz Piotr Wróblewski, którego udział poświadcza napis na grobie znajdującym się na Cmentarzu Garnizonowym w Toruniu.

W grupie powstańców może się też znaleźć pięciu ochotników toruńskich: Antoni Fierman, Franciszek Szymanowski, Franciszek Wiśniewski, Korzeniowski i Kostner oraz Ludwik i Robert Lewandowscy spod Torunia, ujętych i aresztowanych już podczas próby przedostania się przez granicę Królestwa.

Do tej skromnej listy, ujmującej m.in. nielicznych tylko uczestników pierwszej wyprawy powstańczej z kwietnia 1863 r., liczącej ok. 100 ludzi, dodać należy nieznane z zapisów źródłowych nazwiska pozostałej jej części oraz uczestników drugiej wyprawy z marca 1864 r. o stanie ok. 1200 ludzi, z których znani z nazwiska są tylko niektórzy dowódcy.

Opracowano na podstawie: Toruń i jego nadgraniczne okolice wobec powstania styczniowego 1863-1864 | Anna Zakrzewska, Tadeusz Zakrzewski - Toruń 2014 r.

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA
GPS: 53°01′02,94″N 18°36′26,25″E

15 gru 2025

Nie jestem jakaś chora - jak grać w fikcję z miłości i co do tego ma Bruce Lee

Są takie momenty w teatrze, kiedy człowiek przestaje być tylko widzem. Kiedy nagle siada na widowni nie jako recenzent, nie jako obserwator kultury, ale jako ktoś, kto zna tę rzeczywistość od środka. Dokładnie tak poczułem się 11 grudnia w Teatrze im. Wilama Horzycy, na Scenie na Zapleczu, podczas czytania scenicznego „Nie jestem jakaś chora” Darii Sobik.

Czytanie sceniczne „nie jestem jakaś chora” na scenie na zapleczu w teatrze horzycy w toruniu

Wyszedłem stamtąd z bardzo wyraźnym poczuciem: to nie jest spektakl „o demencji”. To spektakl o odpowiedzialności, o miłości i o grze w fikcję, która bywa jedyną formą ratunku. To dowód na to, że ta instytucja, mimo że niedawno świętowała swoje 120-lecie istnienia, wciąż potrafi dotykać najbardziej aktualnych i bolesnych strun ludzkiej duszy, nie bojąc się trudnych tematów.

Good Bye, Lenin! na toruńskiej scenie

Podczas rozmowy po czytaniu padło porównanie do filmu „Good Bye, Lenin!” Wolfganga Beckera. I ta myśl wracała do mnie jeszcze długo po wyjściu z teatru. Pamiętacie ten film? Tam syn, Alex, buduje dla swojej matki iluzję świata (NRD), który przestał istnieć, bo prawda o nowej rzeczywistości mogłaby ją zabić.

W sztuce Darii Sobik, w reżyserii Marii Bakumenko, widzę ten sam mechanizm. Córka - grana niezwykle odważnie i emocjonalnie przez Matyldę Podfilipską (laureatkę nagrody Wilama dla Najpopularniejszej Aktorki) - w pewnym momencie przestaje walczyć z faktami. Zamiast prostować i tłumaczyć, zakłada koronę. Wchodzi w świat swojej matki i mówi bez słów: „dobrze, zagrajmy w to razem”.

To nie jest kapitulacja. To jest akt najwyższej miłości. Podobnie jak u Beckera, mamy do czynienia z fikcją, która nie jest kłamstwem. Jest wspólnym rytuałem, ostatnią przestrzenią porozumienia, w której nie obowiązują już racjonalność i medyczne diagnozy, tylko czysta relacja.

Trzy pokolenia bezradności

Na scenie widzimy trzy kobiety. Jolanta Teska jako Bona (matka) balansuje na granicy siły i kruchości - w chorobie paradoksalnie odzyskuje prawo do własnego, królewskiego świata. Wnuczka (Maja Kalbarczyk) wchodzi w ten świat najłatwiej, bo dzieci mają naturalną zgodę na „inność”.

To dorośli cierpią najbardziej. Spektakl uderza w ten czuły punkt: jak zaakceptować rodziców takimi, jacy są teraz, a nie takimi, jakimi chcielibyśmy ich zapamiętać?

Pani z MOPS-u i Bruce Lee

Jest w tej historii jeszcze jeden wątek, który uderzył mnie osobiście. Na scenie pojawia się postać Pani z MOPS-u, grana przez moją koleżankę sprzed lat, Marię Kierzkowską. I nagle teatr niebezpiecznie zbliżył się do mojego życia.

Artykuł prasowy „pracownik socjalny jak bruce lee” o szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych

Bo ja ten świat znam. Przez ponad pięć lat pracowałem jako pracownik socjalny - w realnych mieszkaniach, w realnych kryzysach, w MOPR-ze (choć w sztuce umownie to MOPS). I wiem jedno: to nie jest praca dla urzędnika zza biurka. To wchodzenie w cudze życie bez zbroi i bez scenariusza.

Czasem patrzę na pewne stare zdjęcie z gazety, które krąży gdzieś w sieci. Widać na nim mnie - na szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych. Krótka fryzura, napięte mięśnie, skupienie. Podpis mógłby brzmieć: „Pracownik socjalny jak Bruce Lee”.

Śmieszne? Może trochę. Ale pod tym obrazkiem kryje się prawda, którą zobaczyłem też na scenie u Marii Kierzkowskiej. Ten zawód wymaga nie tylko empatii, ale i gotowości na konfrontację - z agresją, z lękiem, z bezradnością systemu. Ten teatralny MOPS nie był papierowy. Był ludzki. I właśnie dlatego momentami tak niewygodny. Mój wewnętrzny Bruce Lee przybiłby Pani z MOPS-u piątkę za wytrwałość.

Teatr, który nie daje łatwych odpowiedzi

To czytanie sceniczne w ramach cyklu Re:generacje nie było „ładne”. Było potrzebne. Emocje były na wierzchu, jak słusznie zauważył ktoś z widowni. I bardzo dobrze. Bo starość i demencja nie są estetyczne. Są graniczne.

Podobnie jak w innym głośnym spektaklu tej sceny - Romeo i Julia w Krainie FAKAPU - tutaj również twórcy szukają nowych języków do opowiadania o relacjach w świecie, który się rozpada. Tam mieliśmy korporacyjną dystopię, tu mamy osobisty dramat w czterech ścianach, ale w obu przypadkach chodzi o to samo: o próbę spotkania z drugim człowiekiem.

Wyszedłem z teatru poruszony. Nie jako krytyk. Jako syn. I jako były pracownik socjalny, który wie, że czasem największą siłą nie jest walka z rzeczywistością, ale zgoda na nią. I że czasem warto - jak Alex w filmie, jak Córka w tej sztuce - założyć koronę i wejść do gry. Choćby na chwilę.

Podoba Ci się to, co piszę?
Jeśli moje historie do Ciebie trafiają, możesz postawić mi wirtualną kawę. To paliwo do dalszych podróży - tych po świecie i tych po kulturze! ☕
👉 https://buycoffee.to/okiemobiektywu

26 lis 2025

Dom Dobry - to nie jest film, to terapia narodowa. Relacja ze spotkania z twórcami.

Toruń, 25 listopada 2025 roku. Wieczór w Akademickim Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa", który na długo zostanie w mojej pamięci. Ale zanim opowiem Wam o tym, co działo się na scenie, muszę zacząć od osobistego wyznania. Od czegoś, co sprawiło, że ten wieczór przeżyłem inaczej niż większość widzów na sali.

Twórcy filmu Dom Dobry siedzący na scenie podczas panelu dyskusyjnego w Od Nowie

Nie obejrzałem tego filmu. Wytrzymałem minutę.

Przez 5 lat byłem pracownikiem socjalnym. Pracowałem w jednej z najtrudniejszych dzielnic Torunia. Na co dzień stykałem się z przemocą w rodzinie - tą fizyczną, psychiczną, wymierzoną w kobiety, ale i w te najbardziej bezbronne istoty - w dzieci. Widziałem z bliska alkoholizm, wykluczenie, bezradność i ból, który trudno opisać słowami. I choć człowiek w takich warunkach staje się specjalistą od ludzkich dramatów, to jednocześnie w środku kruszeje kawałek po kawałku.

Choć od tamtego czasu minęły niemal dwie dekady, pewne drzwi w głowie trudno zamknąć na klucz. Moja wrażliwość i empatia pozostały nienaruszone, a może wręcz wyostrzyły się z czasem. Dziś po prostu nie jestem w stanie patrzeć na krzywdę drugiego człowieka - nawet jeśli jest to "tylko" fikcja fabularna na ekranie kinowym. Obrazy z przeszłości wracają zbyt szybko, zbyt intensywnie. I nawet najmocniejszy człowiek może poczuć, że ponownie stoi w drzwiach mieszkania, w którym cisza jest głośniejsza niż krzyk.

Mimo że nie byłem w stanie obejrzeć seansu, wiedziałem, że muszę być na spotkaniu z twórcami. Czułem, że dyskusja o „Domu Dobrym” wykracza daleko poza ramy zwykłego eventu filmowego. Że to będzie nie tylko rozmowa o produkcji, ale i o doświadczeniu tysięcy kobiet oraz dzieci - o historii, która wciąż, niestety, nie jest historią zamkniętą. I nie myliłem się. To była głęboka, bolesna, ale i oczyszczająca rozmowa o tym, co jako społeczeństwo zbyt często zamiatamy pod dywan.

Na scenie pojawili się: reżyser Wojciech Smarzowski, aktorki Agata Turkot i Agata Kulesza, producent Wojciech Gostomczyk oraz przedstawiciele organizacji pomocowych. To, co usłyszeliśmy, rzuca zupełnie nowe światło na proces powstawania filmu i jego społeczną misję. Każdy z gości wniósł do rozmowy własny ton - od twórczej analizy po osobiste świadectwa z pracy w terenie.

Wejście do głowy ofiary - nowa perspektywa Smarzowskiego

Wojciech Smarzowski przyzwyczaił nas do mocnego, naturalistycznego kina, które nie ucieka od brutalnej prawdy. Jednak w „Domu Dobrym” poszedł o krok dalej, decydując się na zabieg formalny, który łamie realizm, by oddać prawdę emocjonalną. Jak sam przyznał podczas spotkania, kluczem było „wejście do głowy głównej bohaterki”. Nie pokazanie przemocy z zewnątrz, ale jej odczucie od środka.

Reżyser filmu Dom Dobry trzyma mikrofon i odpowiada na pytania podczas spotkania w ACKiS Od Nowa

Reżyser zdradził, że inspirował się rozmową z osobą, która powiedziała mu wprost: „Ty tego nie zrozumiesz, ale musisz spróbować, jeśli chcesz zrobić ten film”. To zdanie stało się dla niego punktem zwrotnym. Stąd nieliniowa narracja, zakrzywienia czasu i dwie alternatywne ścieżki fabularne - ta mroczna i ta jaśniejsza. To jakby oglądać emocje rozpisane na dwóch równoległych mapach. Co ciekawe, Smarzowski zauważył, że osoby, które w swoim życiu zamknęły temat przemocy, interpretują zakończenie filmu jako happy end. To dowód na to, jak potężnie ten obraz rezonuje z osobistymi doświadczeniami widzów i jak różnie można przeżywać te same bodźce.

Na planie kluczowe było poczucie bezpieczeństwa. Reżyser wyznał, że osobą, przy której czuje się najbezpieczniej w pracy, jest operator Tomek Szuchart. Ta chemia między twórcami przekłada się na ekran, gdzie każda klatka krzyczy emocjami, ale jednocześnie jest niesiona z ogromną wrażliwością w oku kamery.

Agata Turkot i cena prawdy

Rola Gośki to wyzwanie, które mogłoby przytłoczyć niejednego doświadczonego aktora. Agata Turkot opowiadała w Toruniu o gigantycznym zmęczeniu - fizycznym i psychicznym - jakie towarzyszyło jej podczas zdjęć. Jej słowa brzmiały jak wyznanie kogoś, kto naprawdę wszedł w czyjąś traumę, ale jednocześnie zrobił to z największą ostrożnością.

Agata Turkot siedzi na scenie w trakcie panelu o filmie Dom Dobry

- Nie wiedziałam, że mogę być tak zmęczona. Najpierw musiałam odpocząć, choroba, potem leżenie i nicnierobienie - mówiła aktorka. W jej głosie było słychać nie tylko zmęczenie, ale i pewien rodzaj ulgi, że udało się wyjść z tej roli w jednym kawałku.

Kluczowa w jej pracy była „higiena” zawodu. Współpracując z coacherką aktorską, Anią Skrupą, uczyła się metody „chowania się za postacią”, stawiania wyraźnej granicy między sobą a graną bohaterką. To fascynujące spojrzenie na warsztat aktorski, gdzie sztuka nie polega na zniszczeniu siebie, ale na bezpiecznym „pożyczeniu” emocji. Turkot podkreślała, że dla niej to właśnie ta jaśniejsza ścieżka fabularna była wiodąca, co pozwoliło jej przetrwać mrok tej historii i dało jej psychiczny oddech między kolejnymi ujęciami.

Agata Kulesza: Zrozumieć, nie usprawiedliwiać

Niezwykle poruszający był wątek Matki, w którą wcieliła się Agata Kulesza. Aktorka, znana z genialnych analiz psychologicznych swoich postaci, postawiła sprawę jasno: jej celem nie jest obrona postaci, ale zrozumienie jej motywacji. I z tej perspektywy jej rola nabiera jeszcze większej głębi.

- Obrona i zrozumienie to dwie różne rzeczy - punktowała Kulesza, a sala niemal automatycznie ucichła. W tym zdaniu było coś więcej niż analiza postaci - była to prawda o wielu relacjach rodzinnych.

Agata Kulesza słucha pytania ze sceny podczas spotkania o filmie Dom Dobry w Od Nowie

Matka w „Domu Dobrym” to pejzaż, tło, które pozwala zrozumieć, dlaczego główna bohaterka była podatna na przemoc, dlaczego nie zauważyła pierwszych „czerwonych flag”. Kulesza zwróciła uwagę na przemoc, która nie zostawia siniaków, ale dewastuje psychikę: wieczne niezadowolenie, słowa „nic ci nie wyszło”, szantaże emocjonalne, migreny używane jako narzędzie kontroli, drobne, ale powtarzające się gesty obwiniania.

- To też jest przemoc - mówiła aktorka, zmuszając nas wszystkich do refleksji. Ilu z nas, wychodząc z kina, pomyśli: „ja też tak robię”? To siła tego filmu - pozwala przejrzeć się w nim nawet tym, u których w domu nikt nikogo nie bije. To lustro niewygodne, ale konieczne.

Koniec ze stereotypem „patologii”

Wojciech Smarzowski i Wojciech Gostomczyk (producent) mocno podkreślali chęć zerwania ze stereotypem przemocy domowej kojarzonej z alkoholem i biedą. Chcieli pokazać, że zło nie ma jednego adresu.

Reżyser filmu Dom Dobry trzyma mikrofon i udziela odpowiedzi podczas panelu w ACKiS Od Nowa

- Zrobiłem „Dom zły”, gdzie Dziabas uderzył Dziabasową (...) ale nikt nie zwrócił uwagi, że była tam przemoc, bo co? Po pijaku poniosło - wspominał Smarzowski. Ten cytat wybrzmiał jak diagnoza całego społeczeństwa, które zbyt często usprawiedliwia zło, jeśli wpisuje się w znany schemat.

W „Domu Dobrym” sprawca jest trzeźwy. Dom jest „normalny”, standardowy, poprawny. To właśnie jest najbardziej przerażające - zło, które czai się za fasadą elegancji, inteligencji i sukcesu. To film o przemocy w białych rękawiczkach, która może dotyczyć każdego z nas, naszych sąsiadów, przyjaciół, ludzi, którzy „nie wyglądają” na sprawców ani ofiary.

Film małych miast i wielkich zmian

Najbardziej budującym aspektem spotkania była rozmowa o społecznym odbiorze filmu. Początkowe obawy dystrybutorów („nikt nie będzie chciał oglądać, jak facet leje babę przez pół filmu”) okazały się bezpodstawne. Film obejrzało już około 2 milionów widzów! To ogromna liczba jak na temat tak trudny i wymagający.

Marcin, rzecznik, użył określenia „film małych miast”. To właśnie w mniejszych ośrodkach, gdzie anonimowość jest mniejsza, a wstyd większy, ludzie masowo ruszyli do kin. Film stał się katalizatorem zmian. Powstała mapa pomocy stworzona przez Fundację Czas Kobiet - narzędzie, które realnie ratuje życie, wskazując najbliższe punkty wsparcia. I choć to „tylko film”, jego skutki są jak fale na wodzie - idą dalej, niż moglibyśmy przypuszczać.

- Kiedyś sztuka była po coś. Ten film znowu jest po coś - podsumowano ze sceny. I trudno się z tym nie zgodzić. Takie dzieła przypominają nam, że kino to nie tylko rozrywka, ale także narzędzie zmiany społecznej.

Magia miejsca

Nie bez znaczenia jest miejsce, w którym odbyła się ta dyskusja. Toruńska „Od Nowa” to legenda. To tutaj kultura spotyka się z zaangażowaniem społecznym, a studencki klimat miesza się z powagą najważniejszych tematów współczesności. Organizacja wydarzenia stała na najwyższym poziomie, tworząc bezpieczną przestrzeń do tak trudnej rozmowy. Atmosfera była niezwykła - jednocześnie intymna i pełna uważności.

Twórcy filmu Dom Dobry odbierają kwiaty podczas zakończenia spotkania w Od Nowie

Jeżeli jesteście w Toruniu, koniecznie sprawdzajcie repertuar tego miejsca. To serce kulturalne uniwersytetu i miasta, gdzie dzieją się rzeczy ważne. Więcej o ich działalności dowiecie się bezpośrednio na ich stronie: ACKiS Od Nowa.

Podsumowanie

„Dom Dobry” to nie jest łatwy seans. To film, który boli. Ale jest to ból, który leczy, bo wyciąga na światło dzienne to, co ukryte - nie tylko w domach, ale i w nas samych. Dziękuję twórcom za odwagę, a organizatorom za możliwość uczestniczenia w tym spotkaniu. Ten wieczór nie był prosty, ale był potrzebny.

Jeśli czujecie, że ten temat Was dotyczy, pamiętajcie - nie jesteście sami. Są ludzie i organizacje gotowe pomóc. A jeśli po prostu szukacie dobrego, mądrego kina - idźcie na ten film. To lekcja empatii, której wszyscy potrzebujemy, niezależnie od tego, czy temat przemocy dotknął nas bezpośrednio.


Partner filmu: Samorząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego
Wsparcie: Fundusz Filmowy Kujawy Pomorze
Projekt realizowany w ramach: „Kujawy+Pomorze - promocja potencjału gospodarczego regionu - edycja III”

Podoba Ci się to, co robię? Tworzenie takich relacji wymaga czasu i energii. Jeśli chcesz wesprzeć moje działania i rozwój bloga, możesz postawić mi wirtualną kawę: buycoffee.to/okiemobiektywu

Organizujesz wydarzenie kulturalne i zależy Ci na patronacie medialnym? Sprawdź moją ofertę: Patronat Medialny Okiem Obiektywu

23 paź 2025

Dwa rodzaje ciszy. Opowieść z lasu, w którym Polska nasłuchuje kosmosu.

Są takie miejsca, które wydają się istnieć poza czasem. Wjeżdżasz w sosnowy las pod Toruniem, a droga, choć wyboista, prowadzi cię prosto w inny wymiar. Wiatr gwiżdże w konarach, pachnie żywicą i wilgotną ziemią. I nagle, między drzewami, wyłania się ona.

Radioteleskop RT4 w Piwnicach na tle niebieskiego nieba, widziany z dołu.

Biała czasza. Tak ogromna, że przytłacza.

To RT4, największy polski radioteleskop. Katedra. Stalowa katedra myśli inżynieryjnej, wymierzona prosto w niebo. Dla fotografa - to sen. Kontrast bieli instrumentu i zieleni lasu, gra światła na ażurowej konstrukcji, poczucie skali. Człowiek jest tu mały.

Ale przyjechałem tu nie tylko dla obrazów. Przyjechałem posłuchać. I szybko zrozumiałem, że w Piwnicach nasłuchuje się nie tylko kosmosu. Trzeba nasłuchiwać ludzi.

Spotkałem tam pasjonatów. Ludzi, którzy są żywą historią tego miejsca.

Nazywam się Eugeniusz Pazderski, jestem emerytowanym pracownikiem Instytutu Astronomii - przedstawia się mój przewodnik. Jego głos jest spokojny, ale oczy błyszczą, gdy mówi o swoim dziele. Oprowadza mnie też Marcin Gawroński, wicedyrektor. Młodsze pokolenie, ta sama pasja.

W powietrzu, oprócz zapachu lasu, wisi coś jeszcze. Ledwo wyczuwalna woń ozonu i rozgrzanej elektroniki. I napięcie. Prawdziwa burza nie nadciąga z kosmosu. Nadciąga z Warszawy.

Decyzja o wstrzymaniu finansowania. Groźba, że ta potężna antena zamilknie.

A milczenie radioteleskopu to nie jest zwykła, kojąca cisza lasu. To cisza ostateczna. To przerwane pomiary. To koniec historii, która jest tak fascynująca, że brzmi jak scenariusz filmowy.

Dziedzictwo z Wilna, które przetrwało burzę

Zanim jednak stal urosła ponad sosny, była tu romantyczna wizja. Obok kolosa stoją do dziś dwie małe, białe kopuły optyczne. Wyglądają jak domki z bajki. To one są początkiem.

Frontalny widok na ogromną czaszę radioteleskopu RT4 w Piwnicach.

Astronomia toruńska jest absolutnym kontynuatorem Uniwersytetu z Wilna - opowiada Marcin Gawroński. - Całe szefostwo, które przeżyło wojnę i zdecydowało się zostać w Polsce, zbudowało tu astronomię od podstaw.

Wśród nich była postać-legenda: profesor Wilhelmina Iwanowska.

Ona w zasadzie miała swój pokój, tu spędzała kupę czasu - wtrąca nostalgicznie pan Eugeniusz.

Ironia tej historii uderza mnie z całą mocą. Rok 2025 ogłoszono w Toruniu Rokiem Iwanowskiej. I właśnie teraz, w roku swojej patronki, dzieło jej następców - ten stalowy gigant - walczy o przetrwanie.

Człowiek, który rozumiał stal jak muzykę

Stoję pod samą czaszą i zadzieram głowę. Słońce prześwieca przez kratownicę, tworząc na ziemi koronkową mozaikę cieni. Setki ton stali wiszą nade mną, a ja czuję ich precyzję.

Widok na podstawę i kratownicę radioteleskopu RT4 w Piwnicach pod Toruniem.Radioteleskop RT4 z widocznym ramieniem systemu EVN w Piwnicach.

W każdej rozmowie wraca jedno nazwisko.

Bujakowski. Pan Bujakowski - powtarzają moi rozmówcy. - Inżynier Bujakowski z Katowic. To był człowiek, który rozumiał stal jak inni muzykę.

To on zaprojektował tę konstrukcję. A ta konstrukcja to majstersztyk. Jak poruszyć setkami ton z precyzją, której nie powstydziłby się zegarmistrz? Jak zniwelować luz w przekładni wielkości domu?

To się nazywa anti-backlash - tłumaczy mi jeden z inżynierów. Słucham, i choć nie rozumiem każdego technicznego detalu, rozumiem ideę. - Na każdej nodze są dwa silniki. Jeden ciągnie do przodu, a drugi w tym samym czasie hamuje wstecz. W ten sposób nie ma luzów. Cały czas są wybrane do zera.

Dźwięk silników, gdy antena się porusza, to nie ryk. To cichy, precyzyjny szept.

Zegarek z błędem sekundy na milion lat

Jeśli mechanika to potężne mięśnie, to system pomiaru czasu jest sercem, które bije w niewyobrażalnym rytmie. Bo RT4 nie pracuje sam. Jest częścią globalnej sieci. Razem z teleskopami w Hiszpanii, Szwecji czy Chinach tworzą jeden wirtualny teleskop wielkości Ziemi.


Radioteleskop RT4 w Piwnicach widziany z boku, w pełnej perspektywie z konstrukcją nośną.

Warunek? Muszą być zsynchronizowane co do nanosekundy.

Potrzebujemy zegara o dokładności 2,5 razy 10 do minus 15 sekundy na sekundę - wyjaśnia Marcin Gawroński. Widzi moją minę i przekłada to na ludzki język: - To jest błąd jednej sekundy na około półtora miliona lat.

Ten niewidzialny fundament pozwala im robić coś, co wykracza poza moją wyobraźnię.

Robimy tych pomiarów 4 miliardy. 4 miliardy razy na sekundę mierzymy napięcie. I każde napięcie dokładnie wiemy, o której godzinie było zrobione.

Miliardy próbek na sekundę. Precyzja jednej sekundy na milion lat. A wszystko po to, by usłyszeć szept.

Szept Kosmosu i cisza za 100 tysięcy dolarów

Radioteleskop jest termometrem - mówi prosto pan Eugeniusz. Tłumaczy, że sygnał z kosmosu to szept. Jego temperatura to czasem ledwie 3 Kelwiny - trzy stopnie powyżej zera absolutnego.

Antena radioteleskopu RT4 wśród pól uprawnych w Piwnicach pod Toruniem.

Jak usłyszeć szept w hałaśliwym świecie? Jak usłyszeć coś, co ma 3 Kelwiny, skoro sam odbiornik, szumiąc, generuje temperaturę setek stopni?

Odpowiedź jest zimna. Bardzo zimna.

Musimy schłodzić wstępne stopnie odbiorników do 15 kelwinów. To jest minus 260 stopni Celsjusza. To jest cisza absolutna, w której dopiero można usłyszeć ten najcichszy z szeptów.

I tu pan Eugeniusz uśmiecha się lekko.

Różnica między naszymi odbiornikami a tymi w państwa radiach jest taka: wasz odbiornik kosztuje 100 dolarów, a nasz 100 tysięcy dolarów.

Widok radioteleskopu RT4 z dołu, pod dużym kątem, na tle chmur.

Ale to, co następuje potem, jest prawdziwym sercem tej opowieści.

Aparatura, którą budujemy, to jest aparatura naszej konstrukcji. Nigdy nie zamawiamy jej na zewnątrz - podkreśla z dumą, która prostuje plecy.

Po czym opowiada historię-symbol. Historię o polskiej pasji i zaradności.

Byliśmy ekspertami przy odnawianiu teleskopów na Łotwie. Szukali firmy, która zbuduje im odbiornik. Znaleźli w Hiszpanii. Zapłacili jej milion euro. Chwilę później my stwierdziliśmy, że też potrzebujemy takiego odbiornika. Nasza koleżanka zdobyła grant... 100 tysięcy złotych.

Milion euro. Sto tysięcy złotych.

Powstał ten system za te pieniądze u nas. I jeszcze dodatkowo buduję jakby odbiornik zapasowy - kończy pan Eugeniusz.

Stoimy w sterowni, wśród szaf, które cicho szumią. Patrzę na tych ludzi i rozumiem, że to jest właśnie ten "duch miejsca". To nie są tylko genialni inżynierowie. To są twórcy.

Arcydzieło, które nie chce się psuć

Po co to wszystko? Czego szukają?

Poszukuję sygnałów niestacjonarnych - uśmiecha się tajemniczo Marcin Gawroński. - Cokolwiek to oznacza.

Zdjęcie RT4 wykonane z drona, ukazujące kontrast białej konstrukcji anteny i brązowych pól.

Chodzi o FRB - szybkie błyski radiowe. Zjawiska tak ekstremalne, że fizyka ledwo zaczyna je rozumieć.

Jakiś obszar we Wszechświecie emituje energię porównywalną z dziesięcioletnią produkcją energii przez Słońce. Wysyła to w formie impulsu trwającego jedną milisekundę - tłumaczy pan Pazderski.

Jedna tysięczna sekundy. Tyle trwa szept, na który poluje ta stalowa katedra.

Pan Eugeniusz z nostalgią pokazuje mi stare taśmy, na których kiedyś zapisywali dane.

To jest arcydzieło - mówi cicho, patrząc na monitory. - To działa od 1994 roku. Nigdy nie było tu poważnej awarii. Zdarzyła się jedna, w drugim roku eksploatacji. I od tamtej pory... mijają dziesięciolecia i nic się nie chce popsuć. Teleskop działa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Gdy opuszczałem Piwnice, słońce chyliło się ku sosnom. Złote światło kładło się na białej czaszy. W ciszy lasu słyszałem tylko ten ledwo wyczuwalny, precyzyjny szept silników. Antena powoli obracała się w stronę nowego celu na niebie.

Radioteleskop RT4 w Piwnicach pod dramatycznym niebem Kujaw, widziany z lotu ptaka.

Pomyślałem wtedy, że to nie jest pomnik. To jest instrument. Żywy, działający, pulsujący pracą ludzi i danymi z kosmosu.

Naukowcy w Piwnicach szukają ciszy. Tej idealnej, zimnej ciszy minus 260 stopni, by móc usłyszeć szept Wszechświata. Teraz grozi im inna cisza. Cisza ministerialnej decyzji, cisza odciętego zasilania, cisza bezruchu.

Nauka też potrzebuje ciszy. Ale nie takiej.