Okiem Obiektywu: lądek-zdrój
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lądek-zdrój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lądek-zdrój. Pokaż wszystkie posty

16 wrz 2024

Góry, rekordy i wartości: Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju miałem zaszczyt przeprowadzić rozmowę z jedną z najbardziej legendarnych postaci w historii polskiego himalaizmu - Krzysztofem Wielickim. W rozmowie z nim poruszamy nie tylko temat roli alpinizmu w kontekście sportu i rekordu, ale również aspekty finansowania wypraw, zmieniające się podejście do wspinaczki, a także osobiste refleksje na temat wpływu gór na nasze życie i wartości. Zapraszam do lektury, która pozwoli zanurzyć się w świat, gdzie każda wspinaczka to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale także głęboka, osobista podróż.

Góry, rekordy i wartości: Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Reinhold Messner wczoraj powiedział, siedząc na tym miejscu, że alpinizm nie jest sportem. Piotr Pustelnik, siedząc na tym samym miejscu, powiedział, że na pewnym poziomie alpinizm to sport. Co powiedziałby Krzysztof Wielicki?

Powiedziałby, że to nie tylko sport. Czyli moja odpowiedź była pośrodku. Dlatego, że alpinizm bardzo różni się od klasycznych dyscyplin sportowych. Messner stwierdził, że alpinizm nie ma czasu, ale dziś alpinizm stał się bardziej alpinizmem rekordów, prawda? Już nie mamy tak bardzo alpinizmu eksploracyjnego, a raczej jest to bicie rekordów - bez ręki, bez nogi, niewidomy, z kimś tam - to są teraz medialne informacje: „w 6 godzin, w 15 godzin, 2 miesiące, 3 dni, 8 godzin”. Ale powiem Wam, że za 10 lat nikt nie będzie o tych rekordach pamiętał, bo wielką historię w alpinizmie już kiedyś napisano.

Czy alpinizm jest sportem? Jest, ale nie tylko. Przede wszystkim nie ma tu bezpośredniej rywalizacji. Oprócz wspinaczki sportowej na ściankach - ale to coś zupełnie innego, to nie jest alpinizm w klasycznym rozumieniu. W alpinizmie mamy rywalizację, ale jest ona pośrednia. Ktoś coś zrobił, więc jak zrobili to Francuzi, to Polacy mówią: „My zrobimy to lepiej.” To była taka rewolucja, zwłaszcza w tamtych latach, kiedy trochę opierało się to na pewnym nacjonalizmie - „My Polacy, my Francuzi”. Teraz tego już nie ma.

W innych dyscyplinach sportowych wygląda to inaczej. Są zgrupowania, potem zawody, a po nich zawodnicy wracają do domu. W innych dyscyplinach jest czysty sport, jest rywalizacja - podium: pierwszy, drugi, trzeci. W naszym środowisku trudno mówić o klasyfikacji: pierwszy, drugi. Można powiedzieć, że ktoś jest czołowym alpinistą, ale nigdy nie widziałem, aby w mediach pojawiła się próba klasyfikacji, że ktoś jest lepszy od kogoś. Tutaj mamy dużo subiektywizmu.

W sporcie osoba niepełnosprawna, która pokonuje trasę o stopniu trudności trzy, może przeżywać takie same emocje, jak wybitny alpinista na poziomie 8a czy 9b. Emocje są bardzo podobne, mimo różnic w klasie wspinaczy. Ta subiektywność jest w alpinizmie bardzo istotna. 

Tak, istnieje element sportu, ponieważ ludzie trenują, ale równie ważne są przyjaźnie i relacje międzyludzkie, które tworzą to środowisko.

Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Jeśli chodzi o finansowanie alpinizmu jako sportu, czy nie jest tak, że w Polsce jesteśmy zakładnikami Ministerstwa Sportu, gdzie musimy się prezentować jako dyscyplina sportowa, by uzyskać wsparcie finansowe?

Ale my, alpiniści, nie mamy takiego wsparcia z Polskiego Związku Alpinizmu. Tak, Związek otrzymuje około 4 miliony rocznie, ale większość tych środków przeznaczona jest na inne działania - szkoleniowe, na rozwój infrastruktury, na sport olimpijski. W przypadku wypraw, często wspinacze wyjeżdżają za własne pieniądze. Związek czasem pomaga, na przykład w zakupie biletów lotniczych czy zapewnieniu innych drobnych środków, ale nie jest już organizatorem wypraw. 

Kiedyś Związek był związany z Ministerstwem Sportu, by funkcjonować jako związek sportowy. To miało swoje uzasadnienie w latach 70. Myślę, że było to dobre posunięcie, bo jednak dzięki temu były jakieś środki, nawet jeśli małe. W tamtych czasach były wyprawy narodowe, które były całkowicie finansowane przez Ministerstwo Sportu. Co prawda, takie wyprawy mogły odbywać się raz na cztery lata, ale było to wsparcie. Na przykład wyprawy na Everest czy K2 były finansowane w ten sposób. Teraz widzę, że ludzie sami organizują fundusze, szukają lokalnych sponsorów, czasami mniejszych.

W Polskim Związku Alpinizmu był taki okres, gdy sponsorzy dawali miejsce na logotyp na flagach czy materiałach. To była forma pomocy. Ale teraz, w dużej mierze, trzeba wszystko organizować samemu. W naszym pokoleniu wszystko wypracowywaliśmy na własną rękę. Mieliśmy sporo pieniędzy z klubów - pamiętam, że z naszego klubu katowickiego potrafiło wyjechać 4-5 wypraw w roku. Tworzyły się zespoły, ludzie pracowali razem, a potem razem przygotowywali wyprawy. To był ważny element, bo najpierw się przyjaźnili, wspinali, a potem wyjeżdżali wspólnie.

Dziś wygląda to inaczej. Teraz są grupy międzynarodowe - ktoś pisze: „Jadę do Pakistanu, chcę wejść na jakąś górę, dołącz do mnie”. I wtedy się spotykają, wspinają. U nas to wcześniej było bardziej zorganizowane, budowano zespoły. Czy to dobrze, czy źle - trudno powiedzieć, po prostu jest inaczej.

Zmieniło się też to, że pojawiła się turystyka wysokogórska. Jeśli ktoś ma pieniądze i chce wejść na Everest, to nie możemy mu tego zabronić. Państwo nie ingeruje w nepalskie pozwolenia, bo to przynosi pracę dla tamtejszej ludności. Władze Nepalu tłumaczą się trudną sytuacją gospodarczą i dlatego pozwalają na taką masową turystykę górską, która daje zatrudnienie tysiącom ludzi. Ale ci turyści już nie piszą historii alpinizmu. W naszych mediach górskich o nich się nawet nie wspomina.

Jakie różnice w postrzeganiu osiągnięć wspinaczkowych zauważa Pan między środowiskiem wspinaczy a opinią publiczną, i jakie wyzwania oraz wartości wiążą się z ryzykiem i emocjami podczas wypraw górskich?

To jest bardzo ciekawa kwestia. W środowisku wspinaczy często patrzymy na różne osiągnięcia inaczej niż szeroka publiczność czy media. Dla nas, osób z branży, wiele rzeczy jest bardziej zrozumiałych, wiemy, jak wygląda cała logistyka, wsparcie, jakie ktoś otrzymał, czy jak działała infrastruktura na danej górze. Przykład? Piotr Krzyżowski zdobył dwa szczyty bez tlenu, co dla kogoś z zewnątrz, kto nie ma pełnej wiedzy, może wydawać się niesamowitym wyczynem. Media zrobiły z tego duże wydarzenie, co zresztą zauważyłem podczas spotkania w Katowicach, gdzie studenci z radia studenckiego byli zachwyceni tym, że Piotr dokonał czegoś „solo” i bez tlenu. Oni widzieli to jako wielkie osiągnięcie, nie zdając sobie sprawy z całego zaplecza logistycznego, które za tym stoi. 

W środowisku wspinaczy patrzymy na takie rzeczy bardziej krytycznie. Nie umniejszając samego osiągnięcia, bo faktycznie było to coś trudnego, jednak wiemy, że Piotr korzystał z lin zamontowanych wcześniej, więc nie było to takie całkowicie „solo” jak mogłoby się wydawać. W mediach to robi ogromne wrażenie, ale dla nas, którzy wiemy, jak takie wyprawy wyglądają od kuchni, perspektywa jest inna. To nie umniejsza faktu, że to, co zrobił, było trudne i wymagało dużego wysiłku, ale czy to było aż tak wielkie osiągnięcie? To już jest kwestia subiektywna. 

Ryzyko i emocje są nieodłącznym elementem wspinaczki. One wciągają, ale też uczą pokory. Wspinaczka w górach wysokich to nie jest zwykły sport, gdzie idziesz na trening i wracasz do domu. Tam wszystko może się zdarzyć. Kiedyś, w latach 70. czy 80., wyprawy były zupełnie inne niż teraz. Mieliśmy mniej informacji, nie było prognoz pogody ani łączności satelitarnej. Była improwizacja i trzeba było ryzykować. Pamiętam, jak Andrzej Zawada organizował duże ekspedycje, gdzie codziennie inny zespół wychodził na górę, próbując szczęścia - może tego dnia pogoda dopisze. Dziś mamy forecastera co 8 godzin, a wtedy trzeba było liczyć na intuicję i szczęście. 

Obecnie wspinaczki są mniejsze, bardziej precyzyjne, bo mamy lepszy dostęp do informacji. Kiedyś robiliśmy to „na nos”, teraz jest łatwiej, bo możemy prognozować, kiedy wiać przestanie. Ale to nie zmienia faktu, że emocje pozostają takie same. Ryzyko wciąż istnieje. Zawsze gdzieś w głowie masz myśl, że może się nie udać wrócić, ale jednocześnie wiesz, że jeśli nie zaryzykujesz, nie poczujesz tych emocji, które są w tym sporcie najważniejsze.

Wspinaczka to również sztuka cierpienia - „art of suffering”. To cierpienie nie musi być negatywne. Wręcz przeciwnie, kiedy mamy przed sobą cel, to właśnie przez te trudności, zmęczenie i ryzyko zdobycie go nabiera sensu. W życiu codziennym też mówimy często, że coś nas kosztowało wiele wysiłku, ale było tego warte. W górach to cierpienie staje się wartością, bo prowadzi nas do celu. Są ludzie, którzy nie lubią cierpieć, ale w naszej pasji to właśnie cierpienie, trudności i pokonywanie własnych słabości jest częścią przyjemności. 

Dziś jednak widzę, że młodsze pokolenia nie zawsze to rozumieją. Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi chce podejmować trud i wysiłek, bo w naszych czasach wysiłek jest często postrzegany jako coś negatywnego. Widać to nawet po dzieciach - rodzice często nadmiernie je chronią, nie pozwalając im na podejmowanie ryzyka. Pracuję z młodzieżą i zauważam, że dla wielu z nich wysiłek staje się czymś złym, czego chcą unikać. To trochę niepokojące, bo bez wysiłku nie ma prawdziwej satysfakcji, nie ma spełnienia.

Góry uczą wartości. Spotykam rodziców, którzy wspinają się ze swoimi dziećmi, ucząc je, że wysiłek i pokonywanie trudności mają sens. W górach, mimo że wspinanie jest indywidualnym wyzwaniem, ludzie pozdrawiają się, mówią sobie „cześć” czy „dzień dobry”, jakby łączyła nas wspólnota doświadczeń. To jest coś, co uczą góry - szacunku do siebie nawzajem i do natury.

Cierpienie w górach, ten „art of suffering”, to coś, co może być piękne, jeśli prowadzi do osiągnięcia celu. To jest cała esencja tego, dlaczego ludzie wspinają się mimo trudności. Dla niektórych to może być szaleństwo, ale dla nas, wspinaczy, to jest właśnie przyjemność - możliwość sprawdzenia siebie, poczucia prawdziwych emocji i satysfakcji z osiągnięcia celu.

Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

W 1980 roku, kiedy wróciliście z wyprawy, media porównywały Wasze osiągnięcie do zdobycia złotego medalu olimpijskiego. Jak Pan się do tego odnosi, zwłaszcza w kontekście współczesnych wypowiedzi, jak chociażby Reinholda Messnera, który krytykuje ideę rywalizacji w wspinaczce, również w kontekście paraolimpiady? Czy uważa Pan, że wspinaczka sportowa, z jej finansowym i sportowym aspektem, zdominuje przyszłość tej dyscypliny?

To jest ciekawe pytanie, ale mam inne zdanie niż Messner. Jego wypowiedzi czasami mnie zaskakują. 

Wracając do kwestii przyszłości wspinaczki - tak, obecnie widzimy duże rozdzielenie dyscyplin. Wspinaczka sportowa, na przykład na czas, wspinanie na ścianach, to są osobne poddyscypliny. Ale to nie znaczy, że to zdominuje całą wspinaczkę. Kiedyś wspinaczka była bardziej tradycyjna - skały, Tatry, Alpy, Kaukaz - to była nasza droga. Myśleliśmy o zdobywaniu gór, to była filozofia. Teraz ludzie jadą wspinać się na ścianę i mogą nawet nie wiedzieć, jak się ta góra nazywa. Interesują ich głównie wyciągi, trudności, to jest inne podejście. Nie mówię, że to złe, ale różni się od tego, co robiliśmy my.

Nasze pokolenie i te przed nami miały inne podejście - my zdobywaliśmy góry. Teraz wspinaczka sportowa jest osobną dyscypliną, ale wciąż nie wydzieliła się całkowicie z alpinizmu, choć są takie tendencje. W innych krajach, jak Francja czy Włochy, wspinanie sportowe jest już odrębną federacją, podczas gdy u nas wciąż jest częścią alpinizmu. W Polsce ten rozwój nie był równy, ponieważ po upadku komunizmu skończyły się dotacje, a wolny rynek nie zawsze wspierał finansowanie wspinaczki.

Niemniej jednak wspinaczka sportowa się rozwija. Mamy teraz złoty medal olimpijski w tej dyscyplinie, co jest wielkim osiągnięciem, ale to zupełnie inne podejście niż to, które reprezentuje klasyczny alpinizm. To, co widzimy teraz, to komercjalizacja - sportowcy biją rekordy, bo za każdy rekord dostają pieniądze. W spinaczce sportowej liczy się cykl, wydarzenia, zarobki, a to wprowadza inny wymiar do dyscypliny.

W alpinizmie jest jednak jedna kluczowa różnica - możesz się wspinać do końca życia, jeśli masz szczęście. W sporcie zawodowym, w wieku 35 lat kończy się kariera, a w alpinizmie to pasja na całe życie.

Chciałbym wrócić do filmu „Broad Peak”, w którym Łukasz Simlat zagrał Pana. Jak Pan ocenia swoją postać w tym filmie i czy ogólnie film przypadł Panu do gustu?

Znam dobrze reżysera, Leszka Dawida, i początkowo miałem być konsultantem przy tym filmie. Kiedy jednak Leszek pokazał mi scenariusz, musiałem mu odmówić. Pamiętam, że była tam scena, w której Andrzej Zawada spotyka Maćka Berbekę na autostradzie i dochodzi między nimi do bójki. Powiedziałem Leszkowi: „Nie, takiej sceny być nie może”. Było to zupełnie nierealistyczne i ostatecznie usunięte z filmu.

Leszek wytłumaczył mi, że to nie jest film dokumentalny, więc pewne sceny musiały być sfabularyzowane, żeby film mógł przyciągnąć widzów. Są tam elementy, które w rzeczywistości się nie wydarzyły, ale jeśli to służy filmowi, to niech tak będzie. Co do zakończenia - miałem pewne zastrzeżenia, podobnie jak wiele innych osób. Uważam, że można było je rozwiązać inaczej, bo początkowo planowano, żebym w finale wołał Maćka, co miało nadać emocjonalny ton, ale to ostatecznie nie wyszło tak, jak myślałem.

Wczoraj rozmawialiśmy z Piotrem Pustelnikiem o tym, dlaczego napisał tylko jedną książkę. A jak to wygląda u Pana? Skąd czerpie Pan motywację, by pisać kolejne?

Ja prawie nie piszę, słuchajcie. Wiecie, jak powstało moje „Solo”? To było tak: mam znajomych w Agorze, a oni mówią, że podpiszemy umowę na książkę. Zgodziłem się, dali mi zaliczkę - 10 tysięcy złotych. A na okładce w miejscu tytułu były kropki, bo nawet tytułu nie miałem. Mijały dwa lata, a ja nic nie napisałem. Małgosia z wydawnictwa dzwoniła co jakiś czas i pytała, jak idzie pisanie, a ja ciągle mówiłem, że nie mam czasu. W końcu dowiedziałem się, że w zapowiedziach nowości książkowych na jakiejś stronie już figuruje tytuł „Krzysztof Wielicki - Solo”. Dzwonię do Małgosi i pytam, co to ma być? A ona: „Musisz w końcu napisać tę książkę!”. No i miałem trzy miesiące. Napisałem.

Żeby odpowiedzieć na pytanie - mnie trzeba zmusić. Ale teraz serio: jeśli napiszę jeszcze jedną książkę, to o ludziach, których już z nami nie ma, a którzy tworzyli Złotą Dekadę polskiego himalaizmu. Trzeba ich przypomnieć, bo Kukuczkę wszyscy znają, ale było wiele innych osób, które odegrały ogromną rolę. Te osoby pójdą w zapomnienie, jeśli nic nie zostanie o nich napisane.

Mam w głowie taki roboczy tytuł: „Wierni górom”. Myślę, że jestem winien tym ludziom, żeby ich historie przekazać. Ale wciąż nie mam konkretnej idei na to, jak to zrobić. Nie chciałbym, żeby to było nudne, że po prostu wyliczam alfabetycznie albo według chronologii. Szukam jakiegoś pomysłu, może że siedzimy przy ognisku i wspominamy. Ale na razie nie wiem.

Podobnie było z książką „Solo”. Nie chciałem napisać tego jako suchej relacji: rok 1980, wspinaczka solo, rok 1984, kolejna wspinaczka solo - to byłoby nudne. Znalazłem więc formę, w której wszystkie moje solo wspinaczki włożyłem w jedną wyprawę na Annapurnę, a podczas tej wyprawy przychodziły mi wspomnienia z innych solo wejść. Tak to wymieszałem, żeby nie było monotonii. Myślę, że to się udało, ale jak napisać nową książkę? Nadal nie wiem. Dlatego zwodzę wydawnictwa i ciągle powtarzam, że nie mam czasu.

Czy możemy spodziewać się nowej książki od Pana? 

Może coś powstanie, choć przyznaję, że presja jest spora. W Polsce jeszcze czytelnictwo nie jest tak źle, ale, na przykład we Włoszech  czy Hiszpanii, sprzedaż książek jest bardzo słaba. Ludzie czytają coraz mniej, co jest smutnym trendem, który zauważyłem rozmawiając z wydawcami za granicą.

Książki o górach często powielają te same historie, więc ciężko wyróżnić się czymś nowym. Staram się szukać czegoś innego, nowych emocji, doświadczeń, które można opisać w interesujący sposób.

Wiem, że dla wielu alpinistów dzielenie się swoimi przeżyciami jest czymś intymnym i nie zawsze chcą to robić publicznie. Czasami te prawdziwe emocje są trudne do przekazania na papierze, a niektórzy po prostu wolą, aby ich przeżycia pozostały w sferze osobistych wspomnień.

15 wrz 2024

Od Everestu do Manaslu: Rozmowa z Oswaldem Rodrigo Pereirą i Bartkiem Ziemskim

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju, jako dziennikarze mieliśmy okazję porozmawiać z Oswaldem Rodrigem Pereirą i Bartkiem Ziemskim – dwoma czołowymi postaciami polskiego himalaizmu. Oswald Rodrigo Pereira, doświadczony himalaista, jest znany z ambitnych projektów, takich jak wspinaczki bez tlenu czy wsparcia szerpów. Bartek Ziemski, obiecujący narciarz górski i członek kadry Polskiego Związku Alpinizmu, łączy umiejętności narciarskie z pasją do wspinaczki. W wywiadzie dzielą się swoimi doświadczeniami z ostatnich wypraw, omawiają przyszłe plany i wyzwania, oraz zdradzają kulisy finansowania swoich projektów.

Od Everestu do Manaslu: Rozmowa z Oswaldem Rodrigo Pereirą i Bartkiem Ziemskim
 
Oswald Rodrigo Pereira
: No dobrze, może pokrótce opowiem, co za nami i co przed nami. Myślę, że naturalnie spoglądamy w stronę Everestu. Za rok chcielibyśmy spróbować zjazdu narciarskiego, tak samo bez dodatkowego tlenu i bez wsparcia szerpów, bo tegoroczna wyprawa dała nam mocno w kość. Więcej nosiliśmy namiotów, niż się wspinaliśmy. A gdybyśmy robili Everest, to pewnie przy okazji Lhotse. Jeśli jednak nie Everest i Lhotse, to chcemy wcześniej zdobyć jakieś niższe ośmiotysięczniki, np. Manaslu, jako przygotowanie. Planujemy to zrobić jesienią, żeby uniknąć korków i tłumów.

Ja prawdopodobnie jeszcze zimą pojadę na ośmiotysięcznik, ale to jeszcze nie jest pewne, plan dopiero się klaruje. Zobaczymy, w jakim stylu i z kim.

Generalnie dotychczas te ośmiotysięczniki dobieraliście trochę pod kątem finansowych możliwości, a raczej ich braku. Wyjazd na Everest to już zupełnie inna półka, prawda?

Oswald Rodrigo Pereira: Powoli wyczerpują się ośmiotysięczniki, które można zdobyć w stylu, w jakim chcemy. W tym roku myśleliśmy o Makalu i Kanchenzondze, ale też o Cho Oyu albo Shishapangmie. Problemem jest finansowanie, a po drugie – ewentualne odmowy wjazdu w ostatniej chwili. Trzeba przemyśleć, które szczyty będą pasować do naszych projektów.

Sami pozyskujecie fundusze, czy macie jakiegoś sponsora, rodzinę, która pomaga?

Oswald Rodrigo Pereira: No właśnie nie, trzeba założyć rodzinę, żeby mieć pieniądze albo bogatych rodziców! Bartek jest w kadrze narciarskiej Polskiego Związku Alpinizmu, więc ma jakieś wsparcie. Ja mam wsparcie od The North Face, ale do każdej wyprawy musieliśmy dokładać z własnej kieszeni. Jeśli mamy jakiś problem w górach wysokich, to jest to szukanie pieniędzy. Nie potrafimy tego robić. Jesteśmy dość introwertyczni i nie umiemy prosić o pieniądze.

Mimo to istnieją plany na zrealizowanie dużego filmu o międzynarodowej dystrybucji, jednak taka produkcja wymaga znacznych funduszy.

Wyjazdy, takie jak wspinaczka na Everest, są kosztowne, zwłaszcza biorąc pod uwagę loty i logistykę. W zeszłym roku ponieśliśmy straty, straciliśmy sprzęt o wartości około 40 tysięcy złotych, a do samej wyprawy dołożyliśmy dodatkowe 20 tysięcy. Pomimo tych trudności, film przyniósł na tyle dochodów, że udało nam się spłacić część długów. Jednak za każdym razem, gdy wracamy z Nepalu, czujemy się jak bankruci. Finansowanie ze strony Ministerstwa Sportu wydaje się być ograniczone głównie do wsparcia Polskiego Związku Alpinizmu, co sprawia, że nie mamy dostępu do dodatkowych środków na tego typu projekty.

Czy to, że firmy sportowe nie chcą Was wspierać, wynika z zbyt dużego ryzyka, czy może z Waszej niechęci do "oblepiania się" logotypami?

Oswald Rodrigo Pereira: Gdyby ktoś zaoferował duże pieniądze, nie mielibyśmy problemu z przyjęciem sponsorów, ale chodzi o znaczące wsparcie, a nie symboliczne kwoty z wielkimi oczekiwaniami w zamian. Obecnie światowy kryzys finansowy sprawia, że firmy dwa razy oglądają każdą złotówkę, zanim ją wydadzą. Czasy, kiedy spółki Skarbu Państwa chętnie inwestowały w himalaizm, skończyły się po wyprawach na Broad Peak i zimowe K2. Od tamtej pory nie było równie kosztownych polskich projektów. Po pandemii firmy raczej oszczędzają, niż angażują się w ryzykowne inicjatywy.

Czy przed wyprawą zazwyczaj znacie już jej koszty?

Oswald Rodrigo Pereira: ak, zazwyczaj mamy to rozpisane, choćby w notatniku w telefonie. W przypadku przyszłorocznego projektu zaczęliśmy rozmowy już w Katmandu, zaraz po zakończeniu ostatniej wyprawy. Będąc na miejscu, można negocjować bezpośrednio, co jest bardziej efektywne niż opieranie się wyłącznie na Excelu.

ok wcześniej mniej więcej znamy koszty, choć nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Na przykład, w zeszłym roku planowaliśmy ambitny projekt „MAD” obejmujący Makalu, Annapurnę i Daulagiri, ale ostatecznie brak funduszy uniemożliwił wspinaczkę na Makalu. Dopłaciliśmy do projektu, a w tym roku musieliśmy zrezygnować z Cho Oyu, bo brakowało około 300 tysięcy złotych. Okazało się to dobrą decyzją, bo wielu wspinaczy, którzy tam jechali, nie dostało wiz i musieli wrócić. Po obecnej wyprawie ustaliliśmy koszty na przyszły rok – wyniosą one około 800 tysięcy do miliona złotych.

Od Everestu do Manaslu Rozmowa z Oswaldem Rodrigo Pereirą i Bartkiem Ziemskim

Jaki plan zakładacie na nadchodzącą wyprawę?

Oswald Rodrigo Pereira: Planujemy działać na Evereście do około 20 listopada, zgodnie z informacjami, które otrzymaliśmy. Poznaliśmy się z Ice Doctors w 2019 roku podczas naszej wyprawy, kiedy to mieliśmy różne podejścia do wspinaczki. Ice Doctors są odpowiedzialni za zabezpieczanie lodospadu, co jest jednym z największych kosztów – wynosi około 37 tysięcy dolarów. Niestety, nie możemy się obejść bez ich pomocy, ponieważ jest to wymóg regulacyjny. W przyszłym roku również będziemy musieli skorzystać z ich usług.

Czy braliście pod uwagę połączenie sił z innymi wspinaczami, takimi jak Bartek, żeby podzielić się kosztami i zasobami?

Oswald Rodrigo Pereira: Tak, rozważaliśmy taką opcję. Kiedy rozmawialiśmy z Nepalczykami, wspomnieliśmy, że jeśli pojawią się zainteresowani ze strony innych sportowców, chętnie podzielimy się kosztami i zasobami. Na przykład, jeżeli Bartek lub Jędrek (Bargiel) będą mieli swoje wyprawy, moglibyśmy dzielić Basecamp i inne stałe koszty. Jędrek może wrócić na Everest, więc dla nas korzystne byłoby współdzielenie zasobów, jeśli takie możliwości się pojawią.

Bartek, jak sobie wyobrażasz możliwość współpracy z innym narciarzem?

Bartek Ziemski: Pewnie, dlaczego nie? Współpraca z innym narciarzem jest możliwa, ale wymaga wcześniejszego spędzenia ze sobą dużo czasu, żeby się dobrze poznać. Na razie jednak żaden z moich znajomych nie ma czasu na tak długie wakacje.

Ile czasu szacujecie na realizację wyprawy?

Oswald Rodrigo Pereira: Generalnie planowaliśmy, że wyprawa zajmie do 50 dni. To nie jest dłuższa wyprawa niż obecna. Tegoroczny projekt zajął nam 51 dni, a rok temu było to trochę ponad 40 dni. Wiele zależy od pogody. Wejście na szczyt zajęło nam stosunkowo szybko, ale później, w bazie, spędziliśmy prawie 3 tygodnie bez żadnych wypraw.

Jak agencje zareagowały na pomysł wyprawy na Everest?

Oswald Rodrigo Pereira: Na początku dowiedzieliśmy się, że na razie nie mamy wystarczających funduszy. Generalnie podejście Nepalczyków do osób, które przyjeżdżają bez pieniędzy, jest dość znane. Nie są zbyt lubiani i tacy goście jak my. Ale myślę, że Seven Summit, który współpracuje z nami od dłuższego czasu i zna naszą markę, zyskał pewne poczucie, że nas lubią, że nie chodzi tylko o pieniądze. Może to przesada, ale nawet się troszczyli, kiedy miałem problemy zdrowotne podczas zejścia. Byli gotowi wysłać helikopter, żeby na koniec im zapłacić za wyprawę. Jeśli biorąc pod uwagę, że na Kanczendzondze działało wiele agencji, a my weszliśmy jako jedyni w sezonie, to dla Seven Summit jest to zawsze jakaś marka, że z nimi jeździmy. Kiedyś rozmawialiśmy, żeby zostali naszym partnerem wyprawowym, żebyśmy nie musieli płacić, ale myślę, że to nigdy się nie wydarzy.

Jakie były koszty związane z organizowaniem wyprawy na Manaslu zimą, szczególnie biorąc pod uwagę, że basecamp był już postawiony?

Oswald Rodrigo Pereira: Kiedy byłem na Manaslu zimą, wyprawa miała być początkowo zorganizowana tylko przez Alex Txikona i Simone Moro. Kiedy zaczęli witać każdego z otwartymi ramionami, okazało się, że basecamp był już postawiony, koszty stałe już poniesione. Wtedy dołączyłem ja, małżeństwo z Belgii i jeszcze jedna Finka, więc dla nich to były dodatkowe pieniądze. Gdybyśmy pojechali wcześniej, np. w połowie września, to może udałoby się uniknąć dodatkowych kosztów.

Jakie jest Wasze podejście do organizacji wypraw, np. wejścia na Everest czy inne cele? Jakie są Wasze plany finansowe i logistyczne?

Oswald Rodrigo Pereira: Wydaje mi się, że logicznie najlepiej byłoby najpierw wejść na Everst, zjechać, potem wejść na Lhotse i zjechać, ale najpierw trzeba tam przyjechać i zebrać pieniądze. Everest nieprzypadkowo ma dwa polskie wejścia bez tlenu. Mówimy o absolutnym wyczynie. Makalu i Kanchenzonga w tym roku pokazały, że wysokie 8-tysięczniki to zupełnie inna liga. Adam Bielecki podkreślał, że wspinanie na 8-tysięczniki to jedno, a wspinanie na te najwyższe z nich to coś zupełnie innego. Dotknęliśmy pułapu powyżej 8400 i zdajemy sobie sprawę, jak trudne to jest.

Jak przygotowujecie się fizycznie i mentalnie do wypraw, zwłaszcza do tak wysokich ośmiotysięczników?

Oswald Rodrigo Pereira: Dla Bartka nie ma większej różnicy, ponieważ jest takim diamencikiem, że nie musi trenować. Po prostu jest szybki i silny. Ja natomiast czuję, że do każdej wyprawy muszę trenować coraz mocniej. Czas przed wyprawą, te dwa miesiące, są kluczowe. Wydaje mi się, że trzeba trenować jeszcze intensywniej.

Tak, trenuję przed wyprawami. Ważne jest również, aby dobrze przygotować się do przenoszenia sprzętu, bo różnica kilku kilogramów, jak w przypadku drona czy kamery, może mieć duży wpływ na wynik wyprawy.

Czy ostatnie trudne doświadczenia na wyprawie wpływają na Wasze przyszłe plany i wrażenia?

Oswald Rodrigo Pereira: Na pewno wpływają. Nie chciałbym powtarzać tak ciężkiej sytuacji. Przetrwanie tamtej nocy i późniejsze zejście były naprawdę fenomenalne. Po wylądowaniu w Katmandu, mówiłem, że takie sytuacje są rzadkie. Na Kanczendzondze w ostatnich pięciu latach były tylko dwie śmierci związane z wyczerpaniem. Doświadczyłem, że jestem śmiertelny i muszę być ostrożny, nie pozwalać sobie na nocne biwaki.

Jak obecny styl życia, związany z wyprawami wysokogórskimi, wpływa na Wasze plany dotyczące założenia rodziny? Czy myślicie o rodzinie jako priorytecie w najbliższym czasie?

Oswald Rodrigo Pereira: Obecny styl życia, związany z wyprawami i ekstremalnymi projektami, zdecydowanie wpływa na nasze plany dotyczące rodziny. Takie życie, pełne ryzyka i intensywności, nie sprzyja zakładaniu rodziny, szczególnie w kontekście długotrwałej nieobecności w domu. Uważam, że to bardzo trudne połączenie – pasja do himalaizmu a jednocześnie życie rodzinne. Oczywiście, są biologiczne ograniczenia, które z wiekiem mogą wpływać na decyzje o rodzinie, ale na razie nie traktuję zakładania rodziny jako priorytetu. Współczesne środowisko himalaistów pokazuje, że życie w takim stylu często prowadzi do rozbitych rodzin, ponieważ nieobecność męża czy ojca, zarówno fizyczna, jak i mentalna, jest dużym wyzwaniem. Wobec tego, skupiam się na realizacji swoich celów w górach, aby później nie żałować, że nie zrobiłem wszystkiego, co chciałem. Ostatecznie, jeśli pojawi się czas na rodzinę, wtedy zajmę się tym, ale na razie jestem skoncentrowany na swoich pasjach.

2 wrz 2015

27. Festiwal Górski w Lądku-Zdroju! Największa impreza Ludzi Gór

Spotkania, prezentacje, prelekcje, warsztaty, koncerty, filmy i literatura – już we wrześniu kolejna edycja Festiwalu Górskiego! 4 dni wypełnione po brzegi bogatym programem zarówno dla starszych, jak i młodszych. A wszystko w niesamowitej atmosferze.
 
27. Festiwal Górski w Lądku-Zdroju! Największa impreza Ludzi Gór
 
Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady to spotkanie Ludzi Gór – tych, którzy o górach lubią rozmawiać, lubią słuchać, chcą doświadczać. Lądek-Zdrój w dniach 8-11 września zamieni się w festiwalowe miasteczko – w którym jak co roku zapanuje wyjątkowy klimat.

Filmy górskie – premiery, topowe produkcje, Konkurs Filmowy

Filmy od początku Festiwalu Górskiego były jednym z najważniejszych punktów programu całego wydarzenia. W tym roku nie będzie inaczej – organizatorzy zapraszają na aż kilkadziesiąt filmów, które zostały zakwalifikowane do pokazów w ramach Konkursu Filmowego. Do tego rozmowy z twórcami, dyskusje, wyłonienie tych produkcji, które zasługują na szczególną uwagę.

Literatura – Książka Górska Roku, spotkania

Konkurs na Książkę Górską Roku z każdą edycją cieszy się coraz większym zainteresowaniem, zarówno twórców, jak i czytelników. W czasie Gali zostaną wyróżnione książki, które zdaniem jury zasłużyły na wyróżnienie.

Literatura jest obecna w każdym dniu Festiwalu. Od spotkań autorskich, wizyt w festiwalowej księgarni, poprzez „Czytanie na trawie”, czyli poranki z książką.

Goście Festiwalu Górskiego

Miesiące poprzedzające Festiwal Górski to czas tworzenia programu i dołączania kolejnych znakomitych gości do wydarzenia. Podczas tegorocznej edycji Lądek-Zdrój odwiedzą między innymi: Adam Bielecki, Nina Williams, Alex Txikon, Leszek Cichy, Horia ColibășanuJanusz Gołąb, Justyna Kowalczyk-Tekieli, Kacper Tekieli, Piotr Pustelnik, Krzysztof Wielicki, Dorota Rasińska-Samoćko. Każdy tydzień to potwierdzenie nowych gości.

Festiwal Młode Góry

W tym roku Festiwal Górski w Lądku-Zdroju będzie miejscem, w którym dzieci i młodzież doświadczą gór w wyjątkowy sposób. Przygotowano specjalną odsłonę wydarzeń na okres całego Festiwalu.

Pierwszą dużą zmianą jest stworzenie osobnego, wspaniałego Festiwalu Młode Góry. To odpowiedź na dotychczasowe zainteresowanie rodziców i ich pociech, którzy są obecni na Festiwalu Górskim. Powołano do życia osobą inicjatywę, z bogatym programem, mnóstwem atrakcji, gośćmi i tym, co najważniejsze – doskonałą atmosferą.

Będą warsztaty bębniarskie i muzyczne, dużo ruchu na świeżym powietrzu, zabawa w najlepszym wydaniu! Do tego ognisko, rozmowy, śpiewy i jeszcze więcej atrakcji w przepięknych okolicznościach przyrody. Nie zabraknie znanych i cieszących się ogromnym zainteresowaniem warsztatów etnograficznych. Historia i kultura w najlepszym możliwym wydaniu. Do tego warsztaty w terenie, w trakcie których młodzi będą mieli okazję empirycznie poznać najbliższy świat.

Doświadczanie życia przez młode pokolenie znacząco różni się od tego, jak dorośli interpretują otoczenie. Dlatego w programie znajdą się również warsztaty poświęcone komunikacji skierowane do rodziców i opiekunów. Jak pobudzić ciekawość, wykorzystać energię, rozmawiać językiem młodych? Jak wspólnie doświadczać i czerpać radość z poznawania świata? To warsztaty, które pokażą, ile możliwości można wykorzystać, by razem spędzać czas.

Niezmiennie na Festiwalu Górskim pojawi się przedszkole festiwalowe. Dla maluchów od 3. roku życia, które otrzymają najlepszą opiekę od kreatywnych opiekunów. Organizatorzy zapewniają bezpieczeństwo i doskonałą przygodę dla tych, którzy dopiero zaczynają poznawać świat i góry.

Wędrowny Rajd Górski z Helikon-Tex i Łukaszem Superganem

RAJD będzie trwał aż 9 dni, od 3 do 11 września. W tym roku powędruje z Marianówki do Lądka-Zdroju. Każdego dnia uczestnicy będą przechodzić przez inną część pięknej Ziemi Kłodzkiej oraz przez kolejne pasma górskie: Masyw Śnieżnika, Góry Bialskie oraz Góry Złote.

Tegoroczna trasa RAJDU jest przygotowana przez Łukasza Supergana. Łukasz jest specjalistą od pokonywania pieszo długich dystansów. Przeszedł samotnie i dwukrotnie łuk Karpat, zrealizował zimowe przejście 1100 km górami Polski, ma za sobą zimowy i letni trawers Islandii oraz trasy m.in. w Iranie, Izraelu, Himalajach czy Tien-Szanie. Jego podróże zostały dwukrotnie wyróżnione w kategorii „Wyczyn Roku” na gdyńskich „Kolosach”, otrzymały też dwie nominacje do nagrody National Geographic Traveler. W 2021 roku zdobył  Pik Lenina (7134 m), szczyt należący do trofeum Śnieżnej Pantery. W okresie od kwietnia do czerwca 2022, wraz z Mateuszem Waligórą, zrobił TRAWERS GRENLANDII (600 km marszu i przejście największej wyspy świata z zachodu na wschód). Spotkanie uczestników RAJDU odbędzie się wieczorem, 3 września, w Marianówce – w Harcerskiej Bazie Obozowo-Biwakowej, która znajduje się na stoku góry Iglicznej w Masywie Śnieżnika na skraju Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. Trekking zakończy się w środę w Lądku-Zdroju, aby wziąć udział w dalszej części Festiwalu.

IPW, czyli Integrowanie Przez Wspinanie PZU

Grupa Integrowanie Przez Wspinanie to prężnie działający, doświadczeni wspinacze oraz instruktorzy. W tym roku ponownie zapraszają na szkolenia i pokazy podczas 27. Festiwalu Górskiego.

13 warsztatów praktycznych – od pierwszych kroków w skałach, przez techniki wspinania, autoratownictwo, sprzęt, etykę i asekurację w piaskowcach, po warsztaty drytoolowe i wspinanie w rysach – każdy znajdzie coś dla siebie w zależności od zaawansowania i chęci.

KULT i HAPPYSAD na scenie koncertowej

Muzyka jest ważnym elementem Festiwalu Górskiego. W tym roku na scenie pojawi się KULT i HAPPYSAD, a kolejne muzyczne ogłoszenia organizatorzy zachowują na tygodnie poprzedzające Festiwal Górski. Te dwa zespoły to już gwarancja doskonałej zabawy i absolutnie wyjątkowego klimatu.

Górskie wyprawy z Dometic'iem i z najlepszymi przewodnikami

Wycieczki to tradycja – w piękne okolice Lądka-Zdroju, z wyjątkowymi przewodnikami. W tym roku na festiwalowiczów czekają wyprawy na Kłodzka Górę, Śnieżnik, Suchoń i Trojak.

4 dni Festiwalu, 4 wycieczki w góry. Cykl rozpocznie wyprawa na Kłodzka Górę, po urokliwych terenach Ziemi Kłodzkiej. Stosunkowo nową atrakcją tego miejsca jest wieża widokowa. Z wysokiej na 35 metrów wieży można podziwiać Masyw Śnieżnika, Góry Orlickie, Bardzkie i Sowie. Jeśli widoczność będzie dobra, można dostrzec również Karkonosze i stolicę Dolnego Śląska. Kolejne dni to kolejne wyprawy, które zawsze cieszą się ogromnym zainteresowaniem.

Sprzedaż karnetów na 27. Festiwal Górski trwa. Wydarzenie odbędzie się w Lądku-Zdroju w dniach 8-11 września. Więcej informacji na www.festiwalgorski.pl.