Ile może kosztować trzystuletni dom? Tyle, ile znajdujące się w nim drewno przeznaczone na opał. Tak zaczyna się współczesny rozdział historii Małego Holendra. Budynku, który opuścił swoją wieś, przez dziesięć lat odzyskiwał kształt i ostatecznie znalazł nowy adres nad Tugą. Dziś w Żelichowie można usiąść pod jego dachem i pomyśleć, jak niewiele brakowało, żeby ta opowieść skończyła się w piecu.
Po spotkaniu z historią chaty w Chrystkowie i wizycie w domu podcieniowym w Marynowach coraz mocniej przyciągają mnie miejsca, w których drewniane ściany kryją coś więcej niż datę budowy. Losy rodzin, zmieniające się granice, codzienną pracę i decyzje podejmowane wtedy, gdy stary dom przestaje być komuś potrzebny.
Tym razem ten trop prowadzi do Małego Holendra w Żelichowie na Żuławach. Tutaj opowieść o ratowaniu dawnej architektury spotyka się z kuchnią regionalną, a pamiątkę można wysłać w świat ze skrzynki zawieszonej na drewnianej ścianie.
Mały Holender w kilku zdaniach
Miejsce: Żelichowo 31A, okolice Nowego Dworu Gdańskiego, województwo pomorskie.
Budynek: około trzystuletni dom podcieniowy.
Pierwotny adres: Jelonki niedaleko Pasłęka.
Ważna data: 1843 - remont i dobudowanie podcienia.
Drugie życie: zakup w 2003 roku, następnie dziesięcioletnie przenosiny i odtwarzanie domu.
Dzisiaj: gospoda działająca od 2018 roku.
Zajrzyjmy do środka
Mały Holender. Dom kupiony za cenę opału
W historii tego miejsca najbardziej zatrzymuje mnie właśnie moment zakupu. W 2003 roku stary budynek wyceniono jak drewno opałowe. Dla jednych mógł być już tylko zużytym materiałem. Znaleźli się jednak ludzie, którzy dostrzegli w nim dom wart ocalenia.
Jego początki prowadzą do Jelonek niedaleko Pasłęka. Według historii przedstawianej przez gospodarzy Małego Holendra wzniosła go około trzystu lat temu rodzina Fuge. Zajmowała się rolnictwem, a na początku XX wieku prowadziła również firmę transportową. Budynek powstawał więc w świecie gospodarstwa, pracy i obowiązków, których rytm wyznaczały kolejne pory roku.
W 1843 roku przeszedł gruntowny remont. Wtedy dobudowano charakterystyczny podcień. Dzisiejsza bryła jest zatem zapisem zmian: dom rozrastał się razem z potrzebami i możliwościami swoich mieszkańców.
Pięć filarów i opowieść o zamożnym gospodarzu
Przy domach podcieniowych wzrok zwykle zatrzymuje się na kolumnach. Dopiero później pojawia się pytanie o to, co właściwie podtrzymują. Wysunięta przestrzeń nad nimi służyła między innymi jako spichlerz. Pod podcień można było podjechać wozem i przez otwór w stropie przenosić worki ze zbożem.
Z czasem znaczenia nabrał również wygląd. Rozbudowana konstrukcja i zdobienia pokazywały możliwości gospodarza. Dom miał być użyteczny, ale mógł też robić wrażenie na sąsiadach i przyjezdnych.
Czy jedna kolumna oznaczała jeden łan ziemi?
Gospodarze przytaczają opowiastkę, według której jedna kolumna odpowiadała jednemu łanowi, liczącemu w przywoływanym przeliczniku około 17 hektarów. Pięć filarów łączą z gospodarstwem liczącym około 80 hektarów. Zaznaczają jednak, że nie była to obowiązująca reguła. Warto zapamiętać tę historię jako ciekawostkę, bez przeliczania każdego żuławskiego podcienia na powierzchnię majątku.
Dziesięcioletnia przeprowadzka nad Tugę
Dom nie stał od początku w Żelichowie. Jego obecne położenie, w zakolu Tugi, jest rezultatem przedsięwzięcia, które trwało dziesięć lat. Za tym krótkim zdaniem kryje się rozebranie konstrukcji, zabezpieczenie drewna i ponowne składanie budynku.
Stare drewno poddano gazowaniu, aby unieszkodliwić szkodniki. Podczas montażu oceniano poszczególne elementy i ich przydatność. Ostatecznie udało się zachować około 40 procent dawnego materiału. Pozostałą część trzeba było uzupełnić, odtwarzając dom z poszanowaniem jego dawnego układu.
Ten odsetek mówi wiele o skali zadania. Ocalony budynek zawiera zarówno materiał pamiętający poprzednich mieszkańców, jak i efekty współczesnej pracy. Patrząc na niego, warto dostrzec obie te warstwy. Dawne rzemiosło i upór ludzi, którzy postanowili dać mu przyszłość.
Ponad dwadzieścia warstw tapet
Wśród szczegółów tej historii szczególnie przemawia do mnie informacja o ścianach. Podczas prac naliczono na nich ponad dwadzieścia warstw tapet. Każda mogła oznaczać następny remont, zmianę gustu, próbę odświeżenia wnętrza. To niezwykły zapis codzienności: kolejne pokolenia zostawiały po sobie coś tak zwyczajnego jak wybrany wzór na ścianie.
Po II wojnie światowej w domu zamieszkali osadnicy z Kresów Wschodnich. Budynek był dalej użytkowany i przekształcany. Zachował również ślady pożaru w rejonie czarnej kuchni. Jego dzieje składają się z wielu rozdziałów, również tych trudnych, wymagających napraw i zmian.
Przy odtwarzaniu zachowano pierwotny układ pomieszczeń: wielką izbę reprezentacyjną, sypialnię, czarną kuchnię, służbówkę opisywaną przez gospodarzy jako gabinet gospodarza oraz korytarz gospodarczy. Powróciły też podcienie o funkcji spichlerzowej i kuchennej.
Po Marynowach szczególnie interesuje mnie właśnie czarna kuchnia. Takie przestrzenie pomagają wyobrazić sobie codzienną pracę przy przygotowywaniu posiłków i zależność całego domu od ognia. Za ozdobną fasadą istniało przecież zwyczajne życie: ktoś gotował, ktoś wracał z pola, ktoś czekał na ciepły posiłek.
Żuławy przy jednym stole
Przez pięć lat dom funkcjonował jako pensjonat. W 2018 roku otwarto gospodę. Dzięki temu historia budynku trwa dalej w miejscu, do którego przychodzi się na spotkanie i posiłek.
Dzisiejszy Mały Holender przywołuje kulinarne tradycje regionu. W opowieści gospodarzy ważne miejsce zajmuje Werderkäse, ser odtworzony po wieloletniej przerwie, oraz potrawy łączące różne rozdziały żuławskiej przeszłości. Są wśród nich klopsy królewieckie i osadnicze pierogi. Aktualne propozycje warto sprawdzić w menu przed przyjazdem.
Podoba mi się takie poznawanie miejsca. Architektura pozwala zobaczyć, jak mieszkano. Kuchnia otwiera kolejne pytania: co uprawiano, co trafiało do spiżarni, jakie przepisy przywieźli ze sobą nowi mieszkańcy? Przy stole łatwiej zrozumieć, że historia regionu składa się również ze zwyczajów przekazywanych w rodzinach.
Dom podcieniowy a menonici
W Chrystkowie i Marynowach wracałem do ważnego rozróżnienia: wygląd domu nie przesądza o wyznaniu jego dawnych mieszkańców. Również tutaj nie przypisuję rodzinie Fuge menonickiego pochodzenia bez potwierdzenia. Mały Holender pozwala poznawać menonickie wątki kultury Żuław, ale historia konkretnej rodziny wymaga osobnych źródeł.
Czerwona skrzynka i kilka słów wysłanych z Żuław
Jest tu jeszcze drobiazg, który świetnie pasuje do charakteru miejsca: Poczta Małego Holendra. Czerwona skrzynka na drewnianej ścianie zachęca, żeby na chwilę odłożyć telefon i sięgnąć po pocztówkę.
Na miejscu można kupić kartkę oraz znaczek, napisać kilka słów i zostawić przesyłkę w skrzynce. Gospodarze opatrują ją pamiątkową pieczęcią i przekazują do wysłania. O bieżące zasady oraz termin najbliższej wysyłki najlepiej zapytać podczas wizyty.
Lubię myśl, że z takiego domu można zabrać również ten rodzaj wspomnienia. Ktoś otworzy skrzynkę daleko od Żuław i znajdzie kartkę z miejsca, którego wcześniej nawet nie znał. Być może od niej zacznie się następna podróż.
Gdzie znajduje się Mały Holender i jak zaplanować wizytę?
Mały Holender znajduje się pod adresem Żelichowo 31A, niedaleko Nowego Dworu Gdańskiego. To dobry punkt na trasie po Żuławach dla osób zainteresowanych dawnym budownictwem i kuchnią regionu. Na wizytę warto zostawić czas także poza samym posiłkiem: na obejrzenie bryły domu i przyjrzenie się detalom.
Przed przyjazdem
Adres: Żelichowo 31A, 82-100 Nowy Dwór Gdański.
Telefon: 699 870 078.
Strona: malyholender.pl.
Sprawdź aktualne godziny otwarcia i menu. Jeśli zależy Ci na opowieści o domu, warsztatach lub wizycie grupowej, uzgodnij możliwości z gospodarzami. Warto też zapytać o rezerwację stolika.
Chrystkowo, Marynowy, Żelichowo. Kolejny rozdział drewnianej historii
W Chrystkowie najważniejsi okazali się ludzie i pamięć, która potrafi przetrwać po drugiej stronie oceanu. W Marynowach - dom pielęgnowany przez gospodarzy i szczegóły odkrywane podczas oprowadzania. Mały Holender dopisuje do tej podróży opowieść o ratunku: o budynku, którego przyszłość zależała od tego, czy ktoś zechce zobaczyć w starym drewnie coś więcej niż opał.
Właśnie takich historii szukam z aparatem. Zaczynają się od fasady, która przyciąga wzrok, a zostają w pamięci dzięki ludziom i ich decyzjom. Tutaj ta najważniejsza zapadła w 2003 roku. Jej skutki można dziś zobaczyć nad Tugą.
Zobacz także mój film z Chrystkowa
Jeśli chcesz wrócić do początku tej podróży, zapraszam do materiału z Chrystkowa. To film o innym miejscu, ale prowadzi do pytań, które towarzyszą mi także na Żuławach: o dawnych mieszkańców, ich dziedzictwo i pamięć zachowaną w krajobrazie.
Pomóż mi odkrywać kolejne historie
Przygotowanie zdjęć, filmów i opowieści wymaga czasu oraz kolejnych wyjazdów. Jeśli lubisz podróżować ze mną Okiem Obiektywu, możesz postawić mi wirtualną kawę. Dziękuję za każde wsparcie!
Twoje miejsce też ma swoją opowieść?
Prowadzisz obiekt z historią i chcesz pokazać go gościom poprzez fotografie, film oraz ujęcia z drona? Zajrzyj do mojej oferty współpracy dla obiektów noclegowych. Porozmawiajmy o tym, co wyróżnia Twoje miejsce i jak o nim opowiedzieć.