Okiem Obiektywu: żuławy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żuławy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żuławy. Pokaż wszystkie posty

25 paź 2026

Mały Holender w Żelichowie. Dom kupiony za cenę opału

Ile może kosztować trzystuletni dom? Tyle, ile znajdujące się w nim drewno przeznaczone na opał. Tak zaczyna się współczesny rozdział historii Małego Holendra. Budynku, który opuścił swoją wieś, przez dziesięć lat odzyskiwał kształt i ostatecznie znalazł nowy adres nad Tugą. Dziś w Żelichowie można usiąść pod jego dachem i pomyśleć, jak niewiele brakowało, żeby ta opowieść skończyła się w piecu.

Po spotkaniu z historią chaty w Chrystkowie i wizycie w domu podcieniowym w Marynowach coraz mocniej przyciągają mnie miejsca, w których drewniane ściany kryją coś więcej niż datę budowy. Losy rodzin, zmieniające się granice, codzienną pracę i decyzje podejmowane wtedy, gdy stary dom przestaje być komuś potrzebny.

Tym razem ten trop prowadzi do Małego Holendra w Żelichowie na Żuławach. Tutaj opowieść o ratowaniu dawnej architektury spotyka się z kuchnią regionalną, a pamiątkę można wysłać w świat ze skrzynki zawieszonej na drewnianej ścianie.

Mały Holender w kilku zdaniach

Miejsce: Żelichowo 31A, okolice Nowego Dworu Gdańskiego, województwo pomorskie.
Budynek: około trzystuletni dom podcieniowy.
Pierwotny adres: Jelonki niedaleko Pasłęka.
Ważna data: 1843 - remont i dobudowanie podcienia.
Drugie życie: zakup w 2003 roku, następnie dziesięcioletnie przenosiny i odtwarzanie domu.
Dzisiaj: gospoda działająca od 2018 roku.

Mały Holender. Dom kupiony za cenę opału

W historii tego miejsca najbardziej zatrzymuje mnie właśnie moment zakupu. W 2003 roku stary budynek wyceniono jak drewno opałowe. Dla jednych mógł być już tylko zużytym materiałem. Znaleźli się jednak ludzie, którzy dostrzegli w nim dom wart ocalenia.

Jego początki prowadzą do Jelonek niedaleko Pasłęka. Według historii przedstawianej przez gospodarzy Małego Holendra wzniosła go około trzystu lat temu rodzina Fuge. Zajmowała się rolnictwem, a na początku XX wieku prowadziła również firmę transportową. Budynek powstawał więc w świecie gospodarstwa, pracy i obowiązków, których rytm wyznaczały kolejne pory roku.

W 1843 roku przeszedł gruntowny remont. Wtedy dobudowano charakterystyczny podcień. Dzisiejsza bryła jest zatem zapisem zmian: dom rozrastał się razem z potrzebami i możliwościami swoich mieszkańców.

Pięć filarów i opowieść o zamożnym gospodarzu

Przy domach podcieniowych wzrok zwykle zatrzymuje się na kolumnach. Dopiero później pojawia się pytanie o to, co właściwie podtrzymują. Wysunięta przestrzeń nad nimi służyła między innymi jako spichlerz. Pod podcień można było podjechać wozem i przez otwór w stropie przenosić worki ze zbożem.

Z czasem znaczenia nabrał również wygląd. Rozbudowana konstrukcja i zdobienia pokazywały możliwości gospodarza. Dom miał być użyteczny, ale mógł też robić wrażenie na sąsiadach i przyjezdnych.

Czy jedna kolumna oznaczała jeden łan ziemi?

Gospodarze przytaczają opowiastkę, według której jedna kolumna odpowiadała jednemu łanowi, liczącemu w przywoływanym przeliczniku około 17 hektarów. Pięć filarów łączą z gospodarstwem liczącym około 80 hektarów. Zaznaczają jednak, że nie była to obowiązująca reguła. Warto zapamiętać tę historię jako ciekawostkę, bez przeliczania każdego żuławskiego podcienia na powierzchnię majątku.

Dziesięcioletnia przeprowadzka nad Tugę

Dom nie stał od początku w Żelichowie. Jego obecne położenie, w zakolu Tugi, jest rezultatem przedsięwzięcia, które trwało dziesięć lat. Za tym krótkim zdaniem kryje się rozebranie konstrukcji, zabezpieczenie drewna i ponowne składanie budynku.

Stare drewno poddano gazowaniu, aby unieszkodliwić szkodniki. Podczas montażu oceniano poszczególne elementy i ich przydatność. Ostatecznie udało się zachować około 40 procent dawnego materiału. Pozostałą część trzeba było uzupełnić, odtwarzając dom z poszanowaniem jego dawnego układu.

Ten odsetek mówi wiele o skali zadania. Ocalony budynek zawiera zarówno materiał pamiętający poprzednich mieszkańców, jak i efekty współczesnej pracy. Patrząc na niego, warto dostrzec obie te warstwy. Dawne rzemiosło i upór ludzi, którzy postanowili dać mu przyszłość.

Ponad dwadzieścia warstw tapet

Wśród szczegółów tej historii szczególnie przemawia do mnie informacja o ścianach. Podczas prac naliczono na nich ponad dwadzieścia warstw tapet. Każda mogła oznaczać następny remont, zmianę gustu, próbę odświeżenia wnętrza. To niezwykły zapis codzienności: kolejne pokolenia zostawiały po sobie coś tak zwyczajnego jak wybrany wzór na ścianie.

Po II wojnie światowej w domu zamieszkali osadnicy z Kresów Wschodnich. Budynek był dalej użytkowany i przekształcany. Zachował również ślady pożaru w rejonie czarnej kuchni. Jego dzieje składają się z wielu rozdziałów, również tych trudnych, wymagających napraw i zmian.

Przy odtwarzaniu zachowano pierwotny układ pomieszczeń: wielką izbę reprezentacyjną, sypialnię, czarną kuchnię, służbówkę opisywaną przez gospodarzy jako gabinet gospodarza oraz korytarz gospodarczy. Powróciły też podcienie o funkcji spichlerzowej i kuchennej.

Po Marynowach szczególnie interesuje mnie właśnie czarna kuchnia. Takie przestrzenie pomagają wyobrazić sobie codzienną pracę przy przygotowywaniu posiłków i zależność całego domu od ognia. Za ozdobną fasadą istniało przecież zwyczajne życie: ktoś gotował, ktoś wracał z pola, ktoś czekał na ciepły posiłek.

Żuławy przy jednym stole

Przez pięć lat dom funkcjonował jako pensjonat. W 2018 roku otwarto gospodę. Dzięki temu historia budynku trwa dalej w miejscu, do którego przychodzi się na spotkanie i posiłek.

Dzisiejszy Mały Holender przywołuje kulinarne tradycje regionu. W opowieści gospodarzy ważne miejsce zajmuje Werderkäse, ser odtworzony po wieloletniej przerwie, oraz potrawy łączące różne rozdziały żuławskiej przeszłości. Są wśród nich klopsy królewieckie i osadnicze pierogi. Aktualne propozycje warto sprawdzić w menu przed przyjazdem.

Podoba mi się takie poznawanie miejsca. Architektura pozwala zobaczyć, jak mieszkano. Kuchnia otwiera kolejne pytania: co uprawiano, co trafiało do spiżarni, jakie przepisy przywieźli ze sobą nowi mieszkańcy? Przy stole łatwiej zrozumieć, że historia regionu składa się również ze zwyczajów przekazywanych w rodzinach.

Dom podcieniowy a menonici

W Chrystkowie i Marynowach wracałem do ważnego rozróżnienia: wygląd domu nie przesądza o wyznaniu jego dawnych mieszkańców. Również tutaj nie przypisuję rodzinie Fuge menonickiego pochodzenia bez potwierdzenia. Mały Holender pozwala poznawać menonickie wątki kultury Żuław, ale historia konkretnej rodziny wymaga osobnych źródeł.

Czerwona skrzynka i kilka słów wysłanych z Żuław

Jest tu jeszcze drobiazg, który świetnie pasuje do charakteru miejsca: Poczta Małego Holendra. Czerwona skrzynka na drewnianej ścianie zachęca, żeby na chwilę odłożyć telefon i sięgnąć po pocztówkę.

Na miejscu można kupić kartkę oraz znaczek, napisać kilka słów i zostawić przesyłkę w skrzynce. Gospodarze opatrują ją pamiątkową pieczęcią i przekazują do wysłania. O bieżące zasady oraz termin najbliższej wysyłki najlepiej zapytać podczas wizyty.

Lubię myśl, że z takiego domu można zabrać również ten rodzaj wspomnienia. Ktoś otworzy skrzynkę daleko od Żuław i znajdzie kartkę z miejsca, którego wcześniej nawet nie znał. Być może od niej zacznie się następna podróż.

Gdzie znajduje się Mały Holender i jak zaplanować wizytę?

Mały Holender znajduje się pod adresem Żelichowo 31A, niedaleko Nowego Dworu Gdańskiego. To dobry punkt na trasie po Żuławach dla osób zainteresowanych dawnym budownictwem i kuchnią regionu. Na wizytę warto zostawić czas także poza samym posiłkiem: na obejrzenie bryły domu i przyjrzenie się detalom.

Przed przyjazdem

Adres: Żelichowo 31A, 82-100 Nowy Dwór Gdański.
Telefon: 699 870 078.
Strona: malyholender.pl.

Sprawdź aktualne godziny otwarcia i menu. Jeśli zależy Ci na opowieści o domu, warsztatach lub wizycie grupowej, uzgodnij możliwości z gospodarzami. Warto też zapytać o rezerwację stolika.

Chrystkowo, Marynowy, Żelichowo. Kolejny rozdział drewnianej historii

W Chrystkowie najważniejsi okazali się ludzie i pamięć, która potrafi przetrwać po drugiej stronie oceanu. W Marynowach - dom pielęgnowany przez gospodarzy i szczegóły odkrywane podczas oprowadzania. Mały Holender dopisuje do tej podróży opowieść o ratunku: o budynku, którego przyszłość zależała od tego, czy ktoś zechce zobaczyć w starym drewnie coś więcej niż opał.

Właśnie takich historii szukam z aparatem. Zaczynają się od fasady, która przyciąga wzrok, a zostają w pamięci dzięki ludziom i ich decyzjom. Tutaj ta najważniejsza zapadła w 2003 roku. Jej skutki można dziś zobaczyć nad Tugą.

Zobacz także mój film z Chrystkowa

Jeśli chcesz wrócić do początku tej podróży, zapraszam do materiału z Chrystkowa. To film o innym miejscu, ale prowadzi do pytań, które towarzyszą mi także na Żuławach: o dawnych mieszkańców, ich dziedzictwo i pamięć zachowaną w krajobrazie.


Byliście już w Małym Holendrze? Co najbardziej zapamiętaliście: sam dom, opowieść o jego przenosinach, a może smak, do którego chcecie wrócić? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Pomóż mi odkrywać kolejne historie

Przygotowanie zdjęć, filmów i opowieści wymaga czasu oraz kolejnych wyjazdów. Jeśli lubisz podróżować ze mną Okiem Obiektywu, możesz postawić mi wirtualną kawę. Dziękuję za każde wsparcie!

Twoje miejsce też ma swoją opowieść?

Prowadzisz obiekt z historią i chcesz pokazać go gościom poprzez fotografie, film oraz ujęcia z drona? Zajrzyj do mojej oferty współpracy dla obiektów noclegowych. Porozmawiajmy o tym, co wyróżnia Twoje miejsce i jak o nim opowiedzieć.

22 paź 2026

Dom podcieniowy w Marynowach. Za tymi drzwiami zostało 200 lat historii

Najpierw dostrzegam drewniane kolumny. Później jasne cegły pomiędzy ciemnymi belkami i rzeźbienia, przy których aparat sam wędruje do oka. Dom podcieniowy w Marynowach potrafi zatrzymać już swoim wyglądem. Ale najciekawsze zaczyna się po przekroczeniu progu: przy dawnych kominach, na schodach i w opowieści gospodyni, która zna ten budynek od zupełnie innej strony niż przyjezdni.

Dom podcieniowy w Marynowach z ryglową wystawką, drewnianymi kolumnami i czerwonym dachem w otoczeniu drzew.

Po wizycie w chacie w Chrystkowie wiedziałem, że do historii ludzi związanych z doliną Wisły będę wracał. Tam słuchałem o menonitach, rodzinnej pamięci i drogach prowadzących aż za Atlantyk. Tym razem ten trop zaprowadził mnie na Żuławy, do wsi Marynowy. Do domu, w którym historia zachowała się w drewnie, ale również w zdjęciach, wspomnieniach i codziennej trosce o każdy kolejny remont.

Marynowy w kilku zdaniach

Miejsce: Żuławy Wiślane, województwo pomorskie, gmina Nowy Dwór Gdański.
Zabytek: dom podcieniowy przy ul. Podcieniowej 19.
Rok budowy: 1803.
Budowniczy: Peter Loewen.
Inwestor: Johann Jacob Ziemer.
Dzisiaj: dom mieszkalny, udostępniany do zwiedzania i pobytów gościnnych.

Dom podcieniowy w Marynowach. Zatrzymaj się przed wejściem

Podcień od razu przyciąga wzrok. Wysunięta część piętra, podparta drewnianymi kolumnami, nadaje budynkowi rozmach. Na zdjęciach łatwo skupić się właśnie na tej efektownej bryle. Z bliska uwagę przejmują szczegóły: zdobione głowice, układ belek, stolarka okienna i napis zachowany w drewnie. Widać, że ktoś chciał zbudować dom trwały, wygodny, ale też piękny.

Rzeźbione głowice drewnianych kolumn i inskrypcja na belce podcienia domu w Marynowach.

Budynek powstał w 1803 roku, a jego budowniczym był Peter Loewen. Wzniesiono go dla Johanna Jacoba Ziemera. Charakterystyczną wystawkę wspiera łącznie dziesięć słupów: sześć od frontu i cztery po bokach. Ciemny szkielet drewniany z jasnym ceglanym wypełnieniem tworzy rysunek, który tak mocno kojarzy się z dawnymi Żuławami.

To okazała siedziba zamożnych gospodarzy. Podczas zwiedzania gospodyni zwracała uwagę właśnie na to, kim byli jej dawni mieszkańcy: rolnikami prowadzącymi duże gospodarstwa. Rozmiary domu, staranność wykonania i przestrzeń przeznaczona do przyjmowania gości pomagają wyobrazić sobie ich możliwości finansowe i ambicje.

Czy to chata menonicka? Historia jest bardziej złożona

Przy takich budynkach łatwo odruchowo powiedzieć: chata menonicka. Podobne skojarzenie towarzyszyło mi przy poznawaniu Chrystkowa. Tam jednak mocno wybrzmiała przestroga przed sprowadzaniem całej historii olęderskiej do jednego wyznania. W Marynowach ta uwaga znowu okazuje się przydatna.

Trzy pojęcia, które warto rozróżniać

Menonici to wspólnota religijna wywodząca się z anabaptyzmu, związana z naukami Menno Simonsa.

Osadnictwo olęderskie odnosi się do tradycji osadniczej i zasad organizacji gospodarowania, z czasem obejmujących ludzi różnego pochodzenia i wyznania.

Dom podcieniowy jest natomiast formą architektoniczną. Sam wygląd domu nie rozstrzyga o religii jego mieszkańców.

Menonici przybywali nad dolną Wisłę od XVI wieku, szukając między innymi możliwości życia zgodnego ze swoją wiarą. Praktykowali świadomy chrzest, a ważną częścią ich przekonań było odrzucenie przemocy. Ich doświadczenie w gospodarowaniu na terenach podmokłych miało duże znaczenie dla rozwoju osadnictwa w tym regionie. Żuławski krajobraz kształtowało jednak wiele społeczności i pokoleń; nie powstał wysiłkiem jednej grupy.

Zachowana dekoracja malarska z motywem roślinnym na ścianie domu podcieniowego w Marynowach.Drewniane schody z ażurową, ozdobną balustradą prowadzące na piętro domu podcieniowego w Marynowach.

Dom w Marynowach przechodził przez ręce kolejnych rodzin. W opisie gospodarzy pojawiają się nazwiska Ziemer, Pohlmann, Kling, Claassen i Brucks. Dwie ostatnie rodziny były menonickie. Podczas oprowadzania usłyszałem również, że wcześniejsi właściciele byli ewangelikami. To ważne rozróżnienie: menonicki wątek jest tutaj rzeczywisty, ale stanowi część dłuższej historii tego samego budynku.

Lubię takie momenty podczas podróży. Przyjeżdżam z jakimś wyobrażeniem, a rozmowa na miejscu je poszerza. Zamiast jednej etykiety pojawiają się konkretni ludzie, zmiany właścicieli i pytania, na które odpowiedzi trzeba szukać w dokumentach.

Kuchnia wewnątrz komina. Jak wielki musiał być ten dom?

Jedna z najbardziej zaskakujących opowieści dotyczyła kominów. Zwykle myślimy o kominie jako o wąskim przewodzie ukrytym w ścianie. Tutaj trzeba wyobrazić sobie konstrukcję tak rozległą u podstawy, że można było wejść do jej wnętrza i przygotowywać tam posiłki.

To właśnie czarna kuchnia: miejsce gotowania przy palenisku, wewnątrz obszernego trzonu kominowego. Nazwa wiąże się z dymem i sadzą towarzyszącymi takiemu gotowaniu. Gospodyni opisywała ogień, naczynia i pracę, która odbywała się w tej przestrzeni. Z jej relacji wynikało, że dziś w obrębie dawnej podstawy jednego z kominów mieszczą się pomieszczenia o zupełnie innych funkcjach: kotłownia oraz łazienka.

Dwie kobiety oglądające stare rodzinne fotografie ustawione na instrumencie klawiszowym w domu podcieniowym w Marynowach.

Dopiero takie porównanie pozwala poczuć skalę budynku. Patrzę na ścianę i próbuję wyobrazić sobie dawne wnętrze, zanim podzielono je zgodnie z potrzebami kolejnych mieszkańców. W domu zachowała się także opowieść o wykorzystywaniu dymu do wędzenia mięsa. Codzienne czynności, ogrzewanie i przechowywanie żywności były tu ze sobą ściśle powiązane.

Obok kuchni czarnej funkcjonowała przestrzeń określana jako biała, czyli czysta kuchnia, związana ze spożywaniem posiłków. Zwiedzając, można więc odczytywać dom poprzez następujące po sobie czynności: przygotować jedzenie, ogrzać pomieszczenia, usiąść do stołu, zabezpieczyć zapasy. Układ budynku zaczyna wtedy nabierać sensu.

Schody, stare belki i ślady pracy ludzkich rąk

Na moich zdjęciach z wnętrza szczególnie wyraźnie zapisały się schody. Drewniane ściany, ozdobna balustrada, światło i drobne przedmioty tworzą przestrzeń, w której co chwilę znajduję kolejny kadr. Jest też zachowany fragment dekoracji ściennej. Jego przetarcia i ubytki pozwalają zobaczyć, jak wiele warstw czasu mieści się w jednym pomieszczeniu.

Gospodyni opowiadała o dawnych stopniach, wytartych przez długie użytkowanie. Ich stan wymusił prace, przy których znaczenie miały decyzje konserwatorskie. Ten szczegół przypomina, że mieszkanie w zabytku oznacza ciągłe szukanie sposobu na zachowanie starej substancji i zapewnienie domownikom zwykłego bezpieczeństwa.

Ozdobne drewniane nadproże z inskrypcją i datą 1803 nad drzwiami domu podcieniowego w Marynowach.

Dużo uwagi poświęciła również drewnu. Pokazywała zachowane belki i ślady żywicy, mówiła o przygotowaniu materiału oraz o trwałości dawnych połączeń. W jej opowieści budynek stawał się zapisem wiedzy ludzi, którzy go wznosili. Znali swój materiał i musieli rozumieć warunki, w jakich będzie pracował.

Zapamiętałem też historię starych, kutych gwoździ. Przy wymianie zniszczonych desek próbowano zachować je jako pamiątki dawnego rzemiosła. Według gospodyni ich wyciąganie okazało się tak trudne, że część trzeba było odcinać. Niewielki przedmiot nagle mówi więcej o solidności wykonania niż ogólne zapewnienia o trwałości domu.

Co znajdowało się nad kolumnami?

Patrząc na fasadę, najłatwiej zachwycić się kolumnami. Warto jednak zapytać o przestrzeń, którą podtrzymują. Wysunięta część domu miała także praktyczne zastosowanie. W tradycji żuławskich domów podcieniowych wykorzystywano ją między innymi do magazynowania zboża.

Pionowy widok na ryglową wystawkę domu podcieniowego w Marynowach, wspartą na drewnianych kolumnach.

Gospodyni mocno wiązała ten temat z zagrożeniem powodziowym. Opowiadała o zapasie umieszczonym wysoko, który mógł pomóc przetrwać trudny czas i zachować ziarno potrzebne do dalszego gospodarowania. Na Żuławach przechowywanie żywności było częścią szerszego myślenia o bezpieczeństwie całego gospodarstwa.

Z czasem pomieszczenia zmieniały funkcje. Podczas zwiedzania pojawiły się wątki letniego przyjmowania gości oraz nocowania pracowników sezonowych. Gospodyni wyjaśniała też, że ta część domu pozostaje chłodna i nieogrzewana. Dzisiejsze wykorzystanie zabytkowej przestrzeni zależy zatem również od pory roku.

Żuławy: ziemia, którą trzeba rozumieć

W relacji gospodyni mocno wybrzmiała trudność uprawy miejscowych mad. Gdy brakuje wody, ziemia potrafi być bardzo twarda; przy jej nadmiarze praca staje się równie uciążliwa. Opowieść o dostatku dawnych gospodarzy warto więc czytać razem z historią ich wiedzy, wysiłku i zależności od wody.

Na piętrze pojawia się także świat przedmiotów codziennego użytku. Stare żelazka, tara, sierpy, okucia i zamki stają się pretekstem do rozmowy o dawnych zajęciach. Gospodyni podkreślała rolę kowala, spod którego ręki wychodziły potrzebne w domu i gospodarstwie elementy. W takim otoczeniu nawet zwykły zawias zasługuje na chwilę uwagi.

Nazwiska, fotografie i człowiek, który opisał swoją wieś

W pewnym momencie rozmowa schodzi z architektury na ludzi. Pojawiają się dawne zdjęcia i kolejne nazwiska. Dowiaduję się o Helmucie Enssie, związanym rodzinnie z dawnymi mieszkańcami Marynowów. Gospodyni wspomina jego przyjazdy, kontakt z rodziną i poszukiwania prowadzone w archiwach.

Enss zebrał dzieje miejscowości w niemieckojęzycznej książce „Marienau. Ein Werderdorf zwischen Weichsel und Nogat”. Marienau to dawna nazwa Marynowów. Podczas oprowadzania usłyszałem, że opisy poszczególnych gospodarstw pozwalają odtworzyć losy ich właścicieli, wielkość majątków i sposób gospodarowania. Jeden dom można dzięki temu zobaczyć na tle całej wsi.

Wnętrze domu podcieniowego w Marynowach z drewnianym kredensem między oknami, stołami i krzesłami.

To bliski mi sposób opowiadania o przeszłości. Fotografia budynku zatrzymuje jego wygląd, ale dopiero nazwisko i rodzinna historia sprawiają, że wyobrażamy sobie kogoś stojącego dawniej przy tym samym oknie. W Chrystkowie podobny wymiar miało spotkanie z potomkami ludzi, którzy wyjechali znad Wisły. Tutaj ślady dawnych mieszkańców wracały w książce i wspomnieniach o jej autorze.

Po wojnie dom stał się początkiem kolejnej rodzinnej historii

W opowieści gospodyni ważne miejsce zajmują także jej teściowie i ich bliscy. Powojenne zasiedlenie domu łączy się tu z doświadczeniem przesiedleń i opuszczenia wcześniejszego miejsca życia. Na rodzinnych fotografiach pojawiają się ludzie, dla których Żuławy stały się nowym domem.

Nie wszystkie szczegóły takich opowieści da się zamknąć w kilku zdaniach. Wybrzmiewają wojna, rozdzielone rodziny, zesłanie i losy krewnych za granicą. Słuchając, mam świadomość, że za każdą fotografią jest osobna historia wymagająca uwagi. Budynek z 1803 roku pomieścił więc również pamięć ludzi, którzy przybyli tu w zupełnie innych okolicznościach niż jego pierwsi mieszkańcy.

Drewniana ławka między donicami z kwiatami przy drewnianej elewacji domu podcieniowego w Marynowach.

Dzisiejszy wygląd wnętrz jest związany z troską Jadwigi Grądkowskiej-Sawickiej i jej córki Zofii Krupińskiej. Remontowanie takiego domu oznacza pracę przy elementach, które mają własną historię i wymagają odpowiedniego traktowania. Podczas wizyty widać zarówno zachowane detale, jak i ślady koniecznych napraw. Dom pozostaje przy tym miejscem życia, ze współczesnymi potrzebami i podziałem przestrzeni między mieszkańców.

Jak zwiedzić dom podcieniowy w Marynowach?

Najwięcej daje tu spokojne zwiedzanie połączone z rozmową. Warto zostawić czas na pytania i przyglądanie się detalom. Dla mnie właśnie opowieść gospodyni połączyła wszystkie te elementy: duży komin, drewniane schody, przedmioty na piętrze i zdjęcia dawnych mieszkańców.

Informacje do zaplanowania wizyty

Adres zabytku: ul. Podcieniowa 19, Marynowy. Na wizytówce gospodarzy część gościnna wskazana jest jako Podcieniowa 19b.

Zwiedzanie: 602 668 064
Rezerwacje pobytu: 509 756 893
E-mail: biuro@marynowy.pl

Przed przyjazdem najlepiej uzgodnić termin oraz zapytać o aktualne zasady i koszt oprowadzania. To zamieszkany dom. Możliwość pobytu, poczęstunku czy przyjęcia większej grupy również warto ustalić bezpośrednio z gospodarzami. Powyższe dane kontaktowe pochodzą z wizytówki udostępnionej na miejscu.

Sprawdź położenie domu na mapie
Zobacz ofertę pobytu gospodarzy

Zapamiętałem, jak gospodyni mówiła o pobycie w domu podcieniowym. W tym określeniu mieści się możliwość pozostania tu dłużej: sięgnięcia po książkę o regionie, powrotu do obejrzanych pomieszczeń i zauważenia czegoś, co umknęło podczas pierwszego przejścia. Sam zwiedzałem dom, ale rozumiem, dlaczego ktoś chciałby spędzić w nim więcej czasu.

Z Chrystkowa do Marynowów. Kolejny przystanek nad Wisłą

Wracam myślami do zdjęć. Na jednym jest cały podcień, na drugim fragment rzeźbionej belki. Dalej schody, dekoracja ścienna i światło w oknie. Każdy z tych kadrów przypomina inną część rozmowy. Właśnie dlatego lubię fotografować takie miejsca: po powrocie obraz pomaga wrócić do usłyszanej historii.

Chrystkowo i Marynowy łączy dla mnie ciekawość ludzi, którzy przez pokolenia układali sobie życie w pobliżu Wisły. Ich domy różnią się, podobnie jak losy właścicieli. Warto poznawać je osobno, uważnie, bez zakładania z góry, że wszystkie opowiadają tę samą historię.

Wcześniejszy przystanek: Chrystkowo

Jeśli chcesz poznać początek tej opowieści, zajrzyj do wpisu „Chata w Chrystkowie. Historia, która prowadzi z Doliny Dolnej Wisły aż do Kansas”. Pisałem tam o spotkaniu, podczas którego dzieje osadników znad Wisły połączyły się z pamięcią ich potomków.

Wspieraj i podróżuj ze mną!

Każda podróż to setki kilometrów, godziny poszukiwań i ogromna pasja, którą chcę się z Wami dzielić. Jeśli moje wpisy i filmy pomagają Ci odkrywać ciekawe miejsca, możesz wesprzeć moje działania i postawić mi wirtualną kawkę. To daje motywację do tworzenia kolejnych reportaży!

A jeśli moje opowieści zainspirowały Cię do odkrywania Polski, ale potrzebujesz pomocy w ułożeniu planu wyjazdu - zapraszam Cię do skorzystania z moich konsultacji podróżniczych. Razem zaplanujemy wyjazd, który na długo zostanie w pamięci!