Okiem Obiektywu: reinhold messner
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reinhold messner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reinhold messner. Pokaż wszystkie posty

4 lip 2025

Wanda Rutkiewicz: Ostatnia Wyprawa – Głos, Który Musiał Powstać na BellaTOFIFEST

W świecie himalaizmu, gdzie historie pisane są na wysokościach, a legendy rodzą się w cieniu ośmiotysięczników, postać Wandy Rutkiewicz wciąż budzi podziw, ale i niezliczone pytania. Na 23. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST, w programie którego znalazł się poruszający dokument „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” w reżyserii Elizy Kubarskiej, mieliśmy wyjątkową okazję zagłębić się w tę niezwykłą biografię. Film ten, stanowiący świadectwo życia i tajemnicy, wzbogacają osobiste refleksje takich gigantów gór, jak Reinhold Messner i Krzysztof Wielicki, co nadaje mu dodatkowej, historycznej perspektywy. Po projekcji, w sobotę 28 czerwca 2025 roku, publiczność miała szansę spotkać się z reżyserką Elizą Kubarską oraz Darią Sierocką, współtwórczynią tego poruszającego dokumentu. To nie tylko hołd dla ikony, ale przede wszystkim niezwykła próba zrozumienia kobiety, która na zawsze zmieniła oblicze kobiecego wspinania, a jej historia wciąż rezonuje, inspirując i prowokując do refleksji nad ludzkimi wyborami i ceną marzeń.

Spotkanie z reżyserką Elizą Kubarską i Darią Sierocką po projekcji filmu "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" na festiwalu BellaTOFIFEST.
fot. Julia Marszewska / Tofifest

Narodziny Wizji - Długi Proces Tworzenia Głosu dla Wandy

Eliza Kubarska, z pasją i zaangażowaniem, przyznaje, że myśl o filmie o Wandzie Rutkiewicz kiełkowała w niej od 2013 roku. To było marzenie, które dojrzewało powoli, ale nieustannie. Mimo że powstało już wiele produkcji o tej wybitnej himalaistce - głównie przed rokiem 2000, a także seriale telewizyjne po 2000 roku - Kubarska czuła, że brakuje im „tego czegoś”, co oddałoby Wandzie sprawiedliwość, pozwoliło jej przemówić własnym głosem. „Cały czas czułam, że brakuje mi takiego filmu, który dałby ten głos Wandzie, bo właściwie można powiedzieć, że tego było bardzo niewiele” - mówiła podczas festiwalowej dyskusji. To pragnienie podyktowane było nie tylko zawodowym instynktem filmowca i dokumentalistki, ale także głębokim, osobistym związkiem z postacią Rutkiewicz, która odcisnęła piętno na jej własnej drodze wspinaczkowej.

Reżyserka z humorem wspomina, jak długo zbierała się na odwagę, myśląc, że „kurczę, jaka historia, na pewno ktoś to zrobi”. Ale nikt nie podejmował się tego wyzwania, co ostatecznie popchnęło ją do działania. Cały proces przygotowywania filmu, a co za tym idzie, uwzględniania i kreowania postaci Wandy Rutkiewicz, był złożony i organiczny. Eliza przyznaje, że nie miała z góry ustalonej, kompletnej wizji. Choć posiadała pewną wiedzę o biografii Wandy, to pełny obraz himalaistki rodził się w miarę zapoznawania się z kolejnymi materiałami archiwalnymi - listami, pamiętnikami - i przeprowadzania wywiadów. Każda nowo odkryta informacja, każdy fragment, dodawały kolejne, zaskakujące warstwy do portretu tej niezwykłej kobiety, ukazując ją w zupełnie nowym świetle.

Wanda w Pamięci Pokoleń - Zderzenie Narracji i Osobiste Odkrycia

Dla Elizy, która w chwili zaginięcia Wandy miała zaledwie 14 lat, Rutkiewicz była postacią znaną z domu, symbolem wolności i siły, niemalże ikoną emancypacji. Jej mama podziwiała Wandę jako „silną kobietę, która żyła tak, jak chciała żyć”, co w tamtych trudnych czasach, tuż po komunizmie, było niezwykle odważne i rzadkie. Taki obraz Wandy utrwalił się w świadomości młodej Elizy. Dopiero później, gdy Kubarska sama zaczęła wspinać się i weszła w środowisko górskie, zderzyła się z zupełnie inną narracją o Wandzie - bardziej krytyczną, pełną plotek i często niesprawiedliwych pomówień. To zderzenie skrajnych opowieści - podziwu z jednej strony, a krytyki i umniejszania z drugiej - stało się kluczowym impulsem do głębszego poznania biografii Wandy. „Czułam, że właśnie nie wszystko [o niej] zostało powiedziane, ale nie znałam jeszcze dokładnie wszystkich detali z jej biografii. Po prostu zaczęłam czuć… kurczę, tam coś jest na rzeczy” - wspominała reżyserka, podkreślając, jak te sprzeczne narracje budziły w niej intuicję, że za tym wszystkim kryje się głębsza i bardziej złożona prawda.

Z każdym odkrywanym detalem, biografia Wandy Rutkiewicz stawała się dla Elizy Kubarskiej coraz bardziej poruszająca, a nawet szokująca. „Zaczęłam odkrywać rzeczy, o których nie wiedziałam, które były bardzo, bardzo mocne i które mnie zaczęły po prostu, nie wiem, szokować, ale też budzić we mnie dużo takiego smutku” - opowiadała. Szczególnie bolesne było dla niej, jako kobiety wspinającej się, odkrycie, że pewne zachowania i schematy krzywdzenia kobiet w górach powtarzały się. To, co zaczęło się jako chęć opowiedzenia historii niezwykłej kobiety, szybko przerodziło się w misję. Film skupia się na dwóch ostatnich latach życia Wandy, odsłaniając tajemnice i niedopowiedzenia, o których w środowisku mówiło się niewiele. Osiągnięcia Rutkiewicz są powszechnie dostępne, ale to, co wydarzyło się pod koniec jej życia, wymagało dogłębnego śledztwa, by dotrzeć do prawdy, która często była spychana na margines.

Misja i Tajemnica Ostatnich Lat - Świadectwa Legend

W dokumencie "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" pojawiają się nie tylko wspomnienia bliskich Wandy, ale także głosy najbardziej doświadczonych postaci himalaizmu, którzy znali jej drogę i często dzielili z nią górskie szlaki. Udział Reinholda Messnera i Krzysztofa Wielickiego dodaje filmowi nieocenionej wartości. Ich świadectwa i perspektywy, często poruszane również w wywiadach na łamach Okiem Obiektywu (jak choćby w naszej rozmowie o tym, czy alpinizm jest sportem z Messnerem, czy o górach, rekordach i wartościach z Wielickim), rzucają światło na epokę, w której Wanda działała, oraz na specyfikę środowiska, które ją otaczało. Ich obecność w filmie podkreśla, jak głęboko Wanda Rutkiewicz zapisała się w historii światowego himalaizmu.

Zburzyć Pomnik, Pokazać Człowieka - Prawda o Wandzie

Jednym z największych atutów filmu jest jego bezkompromisowe podejście do postaci Wandy Rutkiewicz. To nie jest laurka, ani próba idealizowania. Reżyserka świadomie unikała budowania nieskazitelnego pomnika, który często powstaje wokół legendarnych postaci. W końcu Wanda „była i taka i taka”, a prawdziwa historia himalaistki jest znacznie bardziej złożona niż legenda. Eliza Kubarska, wraz z Darią Sierocką, która aktywnie wspierała ją w researchu i śledztwie, dzięki dostępowi do prywatnych pamiętników i listów Wandy, mogły poznać ją „może nawet lepiej niż ludzie, którzy ją spotkali”. Ten ekskluzywny dostęp do jej myśli pozwolił im stworzyć portret głęboko ludzki, pełnokrwisty, zmagający się z problemami, radościami i smutkami, daleki od jednowymiarowej ikony.

Film odważnie demaskuje wiele niesprawiedliwych pomówień, które krążyły wokół Wandy, szczególnie ten o „zostawianiu ludzi w górach”, który, jak podkreśla Kubarska, jest absolutnym kłamstwem. Wanda nigdy nikogo nie porzuciła, choć sama wielokrotnie była zostawiana przez towarzyszy. Jej siła i determinacja, które u mężczyzn-liderów byłyby podziwiane i traktowane jako naturalne cechy przywódcze, u niej były często piętnowane jako „trudny charakter”. Film wyraźnie pokazuje, że środowisko górskie potrafiło być okrutne, a sukcesy kobiet bywały umniejszane, co budziło głębokie oburzenie Elizy. Wanda Rutkiewicz, choć sama nie uważała się za feministkę w klasycznym tego słowa znaczeniu, walczyła o siebie i o inne kobiety, jako pierwsza organizując kobiece wyprawy i próbując przebić „kamienny sufit”, który ograniczał ich możliwości w męskim świecie Himalajów.

Wrażliwość ukryta za siłą i Fascynujące Teorie

Wanda Rutkiewicz jawi się w filmie jako kobieta niezwykle silna i zdeterminowana, z jasno określonym celem. Jednak prawdziwym odkryciem dla reżyserki była jej głęboka wrażliwość. „Dla mnie odkryciem było to, że to była naprawdę wrażliwa kobieta… jak wiele w sobie musiała jednak tłumić, jak silna tym bardziej była, że tego wszystkiego nie pokazywała na zewnątrz” - opowiada Eliza. Ten aspekt, tak rzadko poruszany w publicznych narracjach, dodaje postaci Wandy niezwykłej głębi i sprawia, że staje się ona jeszcze bardziej bliska widzowi, ukazując jej wewnętrzne zmagania.

Film odważnie porusza również najbardziej kontrowersyjną teorię dotyczącą zaginięcia Wandy - możliwość, że sfingowała swoją śmierć i zaszyła się w tybetańskim klasztorze. Choć początkowo ta hipoteza spotykała się z niedowierzaniem, a nawet śmiechem ze strony ekipy filmowej, reżyserka podeszła do niej bardzo poważnie, traktując ją jako klucz do zrozumienia całej historii. W filmie pojawiają się świadectwa, w tym wspomnienia przyjaciółki Wandy, Ewy Matuszewskiej, o tajemniczym telefonie od Wandy po jej zaginięciu, a także relacje zakonników, którzy rzekomo rozpoznali ją na zdjęciu w Himalajach. Daria Sierocka potwierdza, że z racjonalnego punktu widzenia „zejście na tybetańską stronę jest fizycznie możliwe”. Film daje do myślenia, że Wanda miała wiele powodów, dla których mogła chcieć zniknąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej samotność, wyczerpanie i zły stan psychiczny w ostatnich latach życia, które skłaniały ją do ucieczki od otaczającej rzeczywistości.

Echo Wandy w Teraźniejszości - Osobiste Przeżycia i Misja Filmu

Produkcja filmu była ogromnym wyzwaniem, nie tylko pod względem logistycznym, ale i psychicznym dla Elizy Kubarskiej. Reżyserka, która sama doświadczyła okrucieństwa i pomówień w środowisku górskim, przyznaje, że film zadziałał na nią terapeutycznie. „Dzięki Wandzie dostałam odwagę, że ja się nie boję już o tym mówić” - wyznała, porównując swoje doświadczenia do „syndromu osoby zgwałconej”, gdzie czuła się zawstydzona tym, co ją spotkało. To poruszające świadectwo pokazuje, jak głęboko historia Wandy rezonuje z osobistymi doświadczeniami twórczyni, a film stał się narzędziem do przepracowania własnych traum.

Film nie jest o odegraniu się, ani o osobistej zemście, ale o zwróceniu uwagi na problem dyskryminacji kobiet w himalaizmie, umniejszania ich sukcesów, problemów, które mimo upływu lat wciąż są obecne. Jak zaznacza Daria Sierocka, „minęło to 20-30 lat, a środowisko się nic nie zmieniło. I jest ogromna dyskryminacja kobiet, o tym klimaleizmie, we wspinaczce. Sukcesy kobiet dalej są umniejszane”. Wanda Rutkiewicz „otworzyła nam, kobietom, drogę w Himalaje… walczyła o siebie i walczyła właśnie o te kobiety”, starając się przełamać utarte schematy. Reżyserka ma nadzieję, że film skłoni widzów do refleksji i sprawi, że podobne krzywdy nie będą się już wydarzać. To hołd dla niezwykłej kobiety i przypomnienie, że historię trzeba badać, a wnioski wyciągać z rozwagą i krytycznym myśleniem, zwłaszcza w dobie fake newsów i hejtu, które, jak sama Eliza doświadczyła, mogą zniszczyć ludzkie życie. Historia Wandy Rutkiewicz, opowiedziana z taką wrażliwością i determinacją, jest bezcenną lekcją dla nas wszystkich, zachęcającą do poszukiwania prawdy i stawiania czoła niesprawiedliwości.

18 lis 2024

Cecylia Kukuczka. Życie u boku legendy

Jerzy Kukuczka – nazwisko, które budzi respekt w środowisku himalaistycznym i daleko poza nim. Człowiek, który wspiął się na szczyty, dosłownie i w przenośni, stając się jedną z największych legend światowego alpinizmu. Jednak za każdym wielkim himalaistą stoi rodzina, która często w cieniu wielkich wypraw dzieliła codzienne troski i lęki o bezpieczeństwo swoich bliskich. W rozmowie z Cecylią Kukuczką poznajemy nie tylko Jerzego jako wspinacza, ale przede wszystkim jako człowieka – męża, ojca i partnera.

Cecylia Kukuczka. Życie u boku legendy

Listy, które łączą światy

„Kiedy zaczęłam pisać książkę, nie wiedziałam, czy jestem gotowa” – mówi Cecylia Kukuczka. „To moi synowie namówili mnie, aby pozostawić ślad, wspomnienia o mnie i o ich ojcu”. Publikacja, o której opowiada, jest swego rodzaju intymnym świadectwem ich życia razem. Kluczowym elementem książki są listy Jerzego, pełne emocji i uczuć, które pozwalają zajrzeć w głąb relacji Cecylii i Jerzego. Pisane często z odległych zakątków świata, listy te są nie tylko dokumentacją ich wspólnego życia, ale także przypomnieniem, jak trudne było życie rodziny himalaisty.

„Długo zastanawiałam się, czy mogę te listy pokazać ludziom, bo były bardzo osobiste” – dodaje Cecylia. „Jednak ostatecznie uznałam, że to część naszej wspólnej historii, którą warto opowiedzieć.”

Himalaje widziane z bazy

Cecylia wspomina, że kiedy poznała Jerzego, nie miała pojęcia o wspinaczce górskiej. Dopiero ich wspólne życie wprowadziło ją w ten świat. „Nie namawiał mnie, abym towarzyszyła mu w wyprawach. Kiedy jednak bardzo chciałam zobaczyć Himalaje, prosiłam, by choć raz zabrał mnie do bazy, aby zobaczyć ich życie na żywo. Ale Jerzy zawsze powtarzał, że w górach rozpraszałoby go moje towarzystwo.”

Po śmierci Jerzego w 1989 roku Cecylia udała się pod południową ścianę Lhotse, by uczcić jego pamięć. „Chciałam pokazać góry naszym dzieciom. Myślę, że w ten sposób mój młodszy syn mógł lepiej zrozumieć, dlaczego ojciec wracał w góry, mimo ryzyka.”

Góry jako przestrzeń duchowa

J>erzy Kukuczka jest bohaterem na równi z Reinholdem Messnerem, którego filozofia wspinaczki – alpinizm jako sztuka, a nie sport – była bliska również Jerzemu. W rozmowie dla bloga „Okiem Obiektywu” Messner podkreślał, że góry to przestrzeń duchowa, a nie arena rywalizacji (przeczytaj wywiad). Cecylia Kukuczka dostrzegała podobne podejście w działaniach swojego męża, który z wielkim szacunkiem podchodził do natury gór i traktował je jako miejsce kontemplacji.

Z kolei Piotr Pustelnik, który kontynuuje tradycję polskiego himalaizmu, w rozmowie na blogu podkreślał, że Jerzy Kukuczka to postać, która na zawsze wpłynęła na polski styl wspinaczki (zobacz wywiad). To właśnie jego wytrwałość, innowacyjne podejście i odwaga inspirowały kolejne pokolenia wspinaczy.

Dziedzictwo Jerzego Kukuczki

Historia Jerzego i Cecylii Kukuczków to opowieść o miłości, pasji i oddaniu – zarówno górom, jak i rodzinie. Cecylia Kukuczka, otwierając się na świat i opowiadając swoją historię, przybliża nam człowieka, który był czymś więcej niż tylko himalaistą. Dzięki niej poznajemy Jerzego jako ojca i męża, dla którego życie w cieniu najwyższych szczytów było zarówno wyzwaniem, jak i sensem istnienia.

Cecylia Kukuczka: Listy z pionowego świata

Kiedy słyszymy imię Jerzy Kukuczka, niemal automatycznie myślimy o jednym z najwybitniejszych himalaistów w historii. Cecylia Kukuczka, żona Jerzego, rzuca nowe światło na postać, którą znamy głównie z wypraw na ośmiotysięczniki. Jej opowieść to historia o sile, miłości i wyzwaniach życia w cieniu wielkich gór.

Cecylia Kukuczka Listy z pionowego świataCecylia Kukuczka Listy z pionowego świata

Codzienność w czasach PRL

Lata działalności Jerzego przypadły na trudny okres PRL, kiedy brakowało wszystkiego – od sprzętu alpinistycznego po podstawowe produkty. Cecylia wspomina, jak kobiety wspierające wspinaczy robiły na drutach skarpety i czapki, które później były używane podczas wypraw. „Mężczyźni tamtych czasów byli jak herosi, którzy potrafili zorganizować wszystko z niczego” – mówi Cecylia.

Niełatwe realia tamtych czasów przypominają, jak różne było podejście do alpinizmu i życia górskiego w Polsce i na Zachodzie. Reinhold Messner, pierwszy człowiek, który zdobył Koronę Himalajów, w rozmowie na Twoim blogu podkreślał, że alpinizm nie jest sportem, lecz sztuką odkrywania samego siebie i przyrody (przeczytaj wywiad z Messnerem).

Relacja z Reinholdem Messnerem

Współpraca Jerzego z Reinholdem Messnerem to znany epizod w historii alpinizmu. Messner, tworząc muzeum poświęcone wspinaczce, poprosił Jerzego o przekazanie sprzętu z jego wypraw. Kukuczka dostarczył między innymi wełniane spodenki i skórzane buty, które wywołały zdziwienie zachodnich alpinistów przyzwyczajonych do nowoczesnych materiałów. To pokazuje, jak skromne środki mieli do dyspozycji polscy wspinacze.

Podobne historie związane z polskim himalaizmem opisujesz także w wywiadzie z Piotrem Pustelnikiem, który zdobył Koronę Himalajów i wskazywał na unikalny styl polskich wspinaczy, inspirowany m.in. przez Jerzego Kukuczkę (zobacz wywiad z Piotrem Pustelnikiem).

Jerzy Kukuczka oczami bliskich

Jerzy był nie tylko wybitnym wspinaczem, ale również człowiekiem o wyjątkowym poczuciu humoru. Cecylia wspomina anegdotę, jak pewnego dnia, w zepsutej windzie, żartował z synem, że wspinają się „przez obóz pierwszy do obozu drugiego”. Te drobne momenty pokazują, jak Jerzy wnosił ducha alpinizmu do codzienności.

Jego siła fizyczna była imponująca, ale to psychika odgrywała kluczową rolę podczas wypraw. Cecylia podkreśla, że Jerzy był człowiekiem niezwykle zdeterminowanym, co pozwalało mu pokonywać największe trudności zarówno w górach, jak i w życiu.

Wspominając największe wyzwania w historii wspinaczki, trudno nie odnieść się do początków zdobywania najwyższych szczytów świata, takich jak pierwsze wejście na Mount Everest, które szczegółowo omawiasz na swoim blogu (zobacz artykuł o zdobyciu Everestu).

Muzyka, która wzrusza

Nieoczekiwanym hołdem dla Jerzego była piosenka Julii Pietruchy, o której Cecylia dowiedziała się od swojego syna. „Nie mogłam powstrzymać łez” – przyznaje, opowiadając, jak bardzo wzruszył ją ten utwór, który w piękny sposób oddał emocje związane z życiem Jerzego i jego dziedzictwem.

Historia Jerzego Kukuczki to nie tylko pasmo sukcesów wspinaczkowych, ale także codzienne wyzwania i niezwykłe wsparcie rodziny. Cecylia Kukuczka przypomina nam, że za każdym wielkim człowiekiem stoi równie wielka opowieść, która nie kończy się na szczytach gór, ale żyje w sercach bliskich i wszystkich, którzy czerpią inspirację z jego życia.

20 wrz 2024

Alpinizm nie jest sportem – Rozmowa z Reinholdem Messnerem

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju mieliśmy zaszczyt gościć Reinholda Messnera, legendę alpinizmu. W wywiadzie z nim poruszyliśmy kwestie, które nie tylko definiują tę dyscyplinę, ale także wywołują pasjonujące refleksje na temat zmieniającego się oblicza wspinaczki. Messner, który od lat inspiruje kolejne pokolenia alpinistów, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat tradycyjnego alpinizmu, rywalizacji oraz ewolucji wspinaczki w dzisiejszych czasach. To rozmowa, która z pewnością skłoni do głębszej refleksji nad istotą alpinizmu jako sztuki, a nie tylko sportu.

Reinhold Messner podczas wywiadu na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju

Wspomniał Pan, że alpinizm nie jest sportem, mimo że wspinaczka sportowa została włączona do dyscyplin olimpijskich. Czy mógłby Pan dokładniej wyjaśnić, dlaczego uważa Pan, że alpinizm nie powinien być traktowany jako sport?

Sport w zasadzie nie należy do alpinizmu, chociaż przez wspinaczkę sportową stał się on olimpijski i w hali stał się sportem. Ale to tylko część. Generalnie jest tak, że Anglicy, którzy wynaleźli alpinizm, wyraźnie odrzucili wszystko, co jest mierzalne. Alpinizm nie jest mierzalny, a więc nie jest sportem. I uważam też, że alpinizm nie jest sportem, natomiast staje się on tylko bardziej sportem na przykład przez to, że wspinaczka sportowa została zakwalifikowana jako dyscyplina olimpijska. Jednak zgodnie z definicją Brytyjczyków, którzy alpinizm wynaleźli, nie jest to sport, ponieważ według nich nie jest to coś, co jest mierzalne.

Chciałbym zapytać, czy porównując czasy swoich wypraw do dzisiejszego himalaizmu, jest coś, czego Pan zazdrości dzisiejszym wspinaczom?

Ogólnie rzecz biorąc, wspinaczka górska całkowicie zmieniła się w ciągu ostatnich 30 lat. Już wcześniej były zmiany, ale teraz są one radykalne. Obecnie 90% wspinaczy na świecie wspina się w halach na sztucznych ścianach. To bardzo piękny sport, ale nie ma nic wspólnego z alpinizmem. Tradycyjni wspinacze górscy wciąż istnieją, ale jest ich coraz mniej. Z kolei turyści, którzy rezerwują wyprawy na szczyty, takie jak Mount Everest w wersji "all-inclusive", stają się coraz bardziej popularni. Ceny takich wypraw wahają się od 30 tysięcy do 6 milionów złotych. To turystyka. Wspinaczka w standardzie pięciogwiazdkowym kosztuje bardzo dużo, ale jest możliwa. Sztuką teraz będzie opowiedzenie i wyjaśnienie tradycyjnego alpinizmu, tak aby go nie zapomnieć. W Polsce tradycyjny alpinizm ma jeszcze wielkie znaczenie. Kukuczka, Wielicki, Kurtyka – to nazwiska, które mają swoją aurę. Jeśli nie będziemy w stanie utrzymać narracji tradycyjnego alpinizmu przeciwko turystyce i sportowi, to alpinizm zniknie. W Polsce tradycyjny alpinizm wciąż cieszy się wielką famą, ale jeśli teraz nie podejmiemy tej narracji, wyjaśniającej, czym jest tradycyjny alpinizm, i jeśli zostanie on zastąpiony turystyką i sportem, to zostanie zapomniany.

Biorąc pod uwagę codzienne doniesienia medialne o tym, że ktoś szybciej zdobywa szczyty alpejskie czy Koronę Himalajów, chciałbym zapytać, jak Pan podchodzi do tych rekordów szybkości i co dla Pana jest najważniejsze w alpinizmie?

Nie interesuje mnie, czy ktoś szybciej czy wolniej wspina się na szczyty. Interesuje mnie tylko, jakie cele ktoś sobie stawia i czy wraca z tej wyprawy żywy. Czy Kukuczka potrzebował na K2 pięciu dni, żeby przejść południową ścianę, czy dziesięciu dni, to nie jest istotne. Definiuję teraz swój tradycyjny alpinizm. W tradycyjnym alpinizmie idziemy tam, gdzie moglibyśmy umrzeć, ale naszym celem jest nie umierać. I to właśnie nieumarcie, niezginięcie jest sztuką. Jest to sztuka tylko dlatego, że naprawdę istnieje możliwość stracenia życia. Jeśli ktoś mi zarzuca, że to filozofia szaleństwa, odpowiadam: wtedy nie zrozumieliście góry. Bo góra jest niebezpieczna. Jest bezcelowa, ale bardzo, bardzo niebezpieczna.

Reinhold Messner w zamyśleniu podczas rozmowy

Jakie postacie ze świata alpinizmu wywarły na Pana największy wpływ i jak postrzega Pan rolę alpinizmu w kulturze oraz jego ewolucję na przestrzeni lat?

Mój ulubiony film o górach to film Wernera Herzoga, który zawsze mam w pamięci. Mój ulubiony wspinacz to dziś Paul Preuss, który niestety zginął w 1913 roku, ale mimo to jest dla mnie wzorem. Podziwiam również innych wielkich wspinaczy, takich jak Bonatti, Hermann Puhl, Kurtyka, Kukuczka, a także Krzysztof Wielicki, który na szczęście żyje i nadal realizuje swoje wyzwania. Tradycyjny alpinizm, jak go rozumiem, to suma działania i opowiadania o tym. Nie ma innej aktywności sportowej, która wytworzyła tak wiele kultury, literatury, malarstwa czy muzyki jak alpinizm. Przypomnijmy choćby symfonię alpejską Straussa, która była inspirowana właśnie przez alpinizm.

Alpinizm to coś więcej niż sport. Sportowcy, którzy zdobywali medale olimpijskie w latach 20., dziś już praktycznie nie istnieją, podczas gdy alpinizm trwa. Każdy, kto stoi na górze, w naturze, jest alpinistą. Wspinaczka w klimatyzowanej sali to czysty sport, ale prawdziwy alpinizm to coś więcej. Turystyka, sport i alpinizm przenikają się nawzajem, ale nie są tym samym. Ci, którzy zdobywają Everest na wytyczonych trasach, nie rozumieją, że nie robią tego samego co Hillary. W rzeczywistości znajdują się w zupełnie innej rzeczywistości.

Tradycyjny alpinizm polega na samodzielności i odpowiedzialności za siebie. Wszystko zaczyna się od pomysłu, który rodzi się w głowie. Potem realizujemy ten pomysł, zdobywamy doświadczenia i opowiadamy o nich. To jest tradycja, która trwa już od 200 lat. Wcześniej ludzie nie byli tak głupi, żeby wspinać się na góry i umierać. Tradycyjny alpinizm to jednak zjawisko dekadenckie ostatnich 200 lat. Teraz dekadencja zaczyna się nie tylko w alpinizmie, ale w całej Europie i Ameryce. Zobaczymy, dokąd to nas zaprowadzi. To jest moje polityczne stwierdzenie.

Często wspomina się o rzekomym konflikcie z Jerzym Kukuczką w kontekście wyścigu o zdobycie 14 szczytów. Jak Pan postrzega ten temat i jakie są Pana uczucia wobec tego "wyścigu", zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Polacy mocno kibicowali swojemu rodakowi?

Przede wszystkim nigdy nie mówiłem o rywalizacji czy konflikcie. Ta postawa mogła pojawić się w Polsce, ale nie u mnie. Wyścig Kukuczka-Messner był wydarzeniem medialnym. Nie mogło być żadnego wyścigu, ponieważ Jerzy Kukuczka zaczął wspinaczkę po mnie, a ja byłem na Gasherbrumie, gdy on był na K2. Kiedy ja byłem na K2, on był na Gasherbrumie, a warunki były zupełnie inne. To nie jest porównywalne. Miałem ogromny szacunek dla Kukuczki. Spotkałem go po raz pierwszy w 1972 roku podczas pierwszej polskiej ekspedycji w Afganistanie i od tego czasu często się spotykaliśmy, bo w Himalajach było tylko kilku ludzi. W Katmandu spotkałem Polaków i Amerykanów, a ja, jako Tyrolczyk, miałem swoje cele, więc nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. To były wspaniałe czasy i wiele z nich wyniosłem. Gdy usłyszałem, że Jerzy Kukuczka zginął, bardzo mnie to poruszyło. Kto był pierwszy, a kto drugi, nie ma znaczenia. Liczy się tylko doświadczenie. Kto czytał o tragedii Kukuczki, ten wie, że to były doświadczenia na absolutnej granicy przetrwania. To jest to, co opowiadam z empatią.

Jakie innowacje sprzętowe miały największy wpływ na wspinaczkę w czasach, gdy Pan zaczynał, i jak ocenia Pan różnice w przygotowaniach do wspinaczki w górach wysokich oraz w Antarktydzie?

W moim czasie kluczowym wynalazkiem była biolétration. W latach 1877-1878 pojawiła się nowa lodowa siekiera, która nie była już tylko tradycyjnym czekanem, lecz nowym urządzeniem, co znacząco poprawiło wspinanie w lodzie – ułatwiło je o 300%. Jeśli chodzi o żywienie, to nie mogę przyjąć hipotezy, że ma ono decydujące znaczenie w kontekście wspinaczki. W Antarktydzie jedzenie odgrywa znacznie większą rolę niż w górach wysokich. Na przykład mogę zdobyć ośmiotysięcznik z zaledwie kilogramem jedzenia, jeśli jestem dobrze aklimatyzowany. Natomiast w Antarktydzie muszę przetrwać 90 dni, korzystając z jedzenia, które zapakowałem do swojego wózka. Tam muszę dokładnie planować, czy zapasy wystarczą. W górach, takich jak Dolomity, wspinaliśmy się przez trzy dni bez jedzenia, ponieważ miałem w organizmie zgromadzony glikogen, co wystarczało na ten czas. Uważam, że w przypadku sprzętu poprawiły się trochę śruby lodowe, a także jakość jedzenia, ale to jedzenie nie odgrywa tak dużej roli, jak w przypadku wypraw na Antarktydę.

Jeśli chodzi o najpiękniejsze góry, to dla mnie najpiękniejsze są te w Dolomitach. Oczywiście, Machapuchare w Himalajach czy Yirishanka w Andach również są piękne, a Laserdore w Patagonii to również wyjątkowy szczyt. Jest wiele pojedynczych pięknych gór, ale jako grupa, Dolomity są bez porównania. Może nie są one wysokie, ale są naprawdę unikalne.

Skoro już jesteśmy lokalnie w Dolomitach, to jakie dziedzictwo Reinhold Messner pozostawia w swoich ukochanych górach?

Dziedzictwo, które tutaj zostawiam, to przede wszystkim muzeum, które powstało. Wiemy, że jest to dziedzictwo, a szczególnie dziedzictwo duchowe, które chcę przekazać następnemu pokoleniu. Robię to w domu, który jest miejscem spotkań w Dolomitach, gdzie młodzi ludzie mogą się spotykać, ze mną lub bez mnie, aby rozmawiać o tradycyjnym alpinizmie, który jeszcze pamiętam, ale który powoli zanika w Dolomitach. Zauważyłem, że ten tradycyjny alpinizm rzeczywiście zanika, dlatego założyłem mały start-up o nazwie Messner Heritage. W ramach tego start-upu chcę promować podejście do gór. Zbudowałem dom, który jest jeszcze w trakcie budowy, jako miejsce spotkań dla młodych ludzi, gdzie będą mogli rozmawiać o tradycyjnym alpinizmie.

Reinhold Messner na scenie Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju

Jest Pan uważany za legendę gór. Jakie to uczucie być tak postrzeganym? Jak ocenia Pan bilans swojego życia?

Bycie legendą to nie jest coś, co przynosi mi szczególną przyjemność. Nie mogę się temu sprzeciwić, ale więcej legendy oznacza więcej zamętu wokół mnie. Na koniec dnia, jest to w porządku. Mam za sobą wiele wypraw i równie wiele podróży. Spędzałem bardzo mało czasu w domu, a to teraz zaczyna się na mnie mścić. Obecnie żyję z młodą kobietą, co daje mi poczucie bezpieczeństwa, ale nadal pragnę zachować wolność, by wyruszać, dokąd tylko chcę. To moje życiowe motto: wolność, aby wyruszać, gdzie tylko chcę.

Musiałem wiele poświęcić, ale prowadziłem wspaniałe życie. Wziąłem udział w ponad 100 podróżach. Żyłem intensywnie, ale w moim domu jest bardzo mało rzeczy, które przypominałyby o tych podróżach. Często podróżowałem po świecie, a rzadko bywałem w domu. Dzięki tej młodej kobiecie czuję się zadbany, ale bez niej pozostałbym samotnym starcem. Wybrałem tę drogę świadomie, ponieważ zawsze pragnąłem wolności, aby w każdej chwili móc wyjechać, dokądkolwiek zapragnę. To kosztowało mnie wiele, ale z drugiej strony, miałem wspaniałe życie.

Jakie jest Pańskie podejście do współczesnych dyskusji i analiz dotyczących alpinizmu, zwłaszcza w kontekście zmian, które zaszły w tym sporcie na przestrzeni lat?

Dyskusje wokół ośmiotysięczników i różne polemiki, które narosły wokół tych tematów, nie mają dla mnie większego znaczenia. Nie angażowałem się w to. W pierwszej fazie alpinizmu chodziło głównie o zdobywanie szczytów. Kiedy wszystkie zostały już zdobyte, w drugiej połowie XX wieku zaczęto szukać nowych dróg na szczyty. Wtedy chodziło już nie tylko o sam szczyt, ale o drogę jako cel. Nazwałem to „alpinizmem trudności”, w którym również się rozwijałem. Później skupiłem się na propagowaniu tego, co nazywam „alpinizmem rezygnacji”.

W moim czasie celem było zdobycie szczytu najtrudniejszą możliwą drogą, przy użyciu jak najmniejszej ilości sprzętu. Wspinałem się razem z Hansem Kammerlanderem przez niemal 4000-metrową, pionową ścianę. Gdy dotarliśmy do grani szczytowej, po drugiej stronie szczyt nie wyglądał tak, jak się spodziewaliśmy; miał co najmniej 60 metrów długości i ciągnął się na tej samej wysokości. Jestem pewien, że minęliśmy miejsce, gdzie Herzog i Lachenal dotarli na szczyt w 1950 roku. Było wtedy burzowo i mgliście. Jak mogliśmy stwierdzić, czy ten punkt jest właściwy, czy inny?

Czy po przejściu 4000 metrów miałem nie zrobić kolejnych 5? Ta grań zmienia się co roku – jedne jej części się kruszą, inne rosną. Jeśli ktoś, zwłaszcza naukowiec, wygłasza opinie na temat tych miejsc, to ewidentnie nie ma pojęcia o górach. Dlaczego miałbym się tym przejmować? Dlaczego miałbym się wypowiadać? Niech mówią, co chcą. Góry zmieniają się nieustannie, i to jest część ich natury.

Jeśli podejdziemy do tego z naukowego punktu widzenia, nie ma to związku z prawdziwym alpinizmem. Pozwólmy ludziom gadać, co chcą. Kiedy pierwszy raz byłem w Tokio, oglądałem telewizję, ale nawet wtedy nie interesowałem się wspinaczką, która była pokazywana. Uważam za niedopuszczalne, że wysyła się osoby niepełnosprawne na ściany wspinaczkowe. To jest moja odpowiedź – po prostu nie jestem tym zainteresowany.

Reinhold Messner opowiada o tradycyjnym alpinizmie

Wspomina Pan o swojej miłości do gór oraz o tym, jak góry odpowiedziały na Pana potrzeby i wyzwania. Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak to się zaczęło i jakie emocje towarzyszą Panu w tej podróży przez życie?

Miłość do gór zrodziła się we mnie bardzo wcześnie, głównie za sprawą moich rodziców, którzy zabierali mnie na wędrówki. Już jako młody człowiek odkryłem ogromną fascynację górami, ponieważ odpowiadały one na braki, które odczuwałem. Mieszkałem w ciemnej, wąskiej dolinie, gdzie zimą słońce nie docierało do naszego domu, a z obu stron otaczały nas zalesione zbocza. Ten brak światła wywołał we mnie ogromny głód światła, który pozostał we mnie na całe życie. Chciałem wspiąć się wyżej, aby zobaczyć, co jest dalej. To zrodziło we mnie tę nieskończoną potrzebę odkrywania horyzontów, pragnienie, by iść dalej, by zobaczyć, co kryje się za kolejnym wzgórzem.

Wciąż jestem w drodze, próbując odkryć ostatni horyzont. Dziś ten ostatni horyzont zbliża się do mnie - to śmierć. Staram się żyć w zgodzie zarówno z życiem, które mi pozostało, jak i z nieuchronnym nadejściem śmierci. Przyjmuję oba te elementy, ponieważ obydwa są częścią życia. Nie czuję żadnej regresji, jak to się mówi po angielsku, lecz akceptuję to wszystko. To cały cykl życia, który zaczyna się i kończy. Bez żalu idę w kierunku tego końca. Nie mam czego żałować, ponieważ miałem wszystko, czego kiedykolwiek chciałem. Kocham moje żony, ale nigdy nie kochałem gór w taki sam sposób.