Okiem Obiektywu: recenzja
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

15 gru 2025

Nie jestem jakaś chora - jak grać w fikcję z miłości i co do tego ma Bruce Lee

Są takie momenty w teatrze, kiedy człowiek przestaje być tylko widzem. Kiedy nagle siada na widowni nie jako recenzent, nie jako obserwator kultury, ale jako ktoś, kto zna tę rzeczywistość od środka. Dokładnie tak poczułem się 11 grudnia w Teatrze im. Wilama Horzycy, na Scenie na Zapleczu, podczas czytania scenicznego „Nie jestem jakaś chora” Darii Sobik.

Czytanie sceniczne „nie jestem jakaś chora” na scenie na zapleczu w teatrze horzycy w toruniu

Wyszedłem stamtąd z bardzo wyraźnym poczuciem: to nie jest spektakl „o demencji”. To spektakl o odpowiedzialności, o miłości i o grze w fikcję, która bywa jedyną formą ratunku. To dowód na to, że ta instytucja, mimo że niedawno świętowała swoje 120-lecie istnienia, wciąż potrafi dotykać najbardziej aktualnych i bolesnych strun ludzkiej duszy, nie bojąc się trudnych tematów.

Good Bye, Lenin! na toruńskiej scenie

Podczas rozmowy po czytaniu padło porównanie do filmu „Good Bye, Lenin!” Wolfganga Beckera. I ta myśl wracała do mnie jeszcze długo po wyjściu z teatru. Pamiętacie ten film? Tam syn, Alex, buduje dla swojej matki iluzję świata (NRD), który przestał istnieć, bo prawda o nowej rzeczywistości mogłaby ją zabić.

W sztuce Darii Sobik, w reżyserii Marii Bakumenko, widzę ten sam mechanizm. Córka - grana niezwykle odważnie i emocjonalnie przez Matyldę Podfilipską (laureatkę nagrody Wilama dla Najpopularniejszej Aktorki) - w pewnym momencie przestaje walczyć z faktami. Zamiast prostować i tłumaczyć, zakłada koronę. Wchodzi w świat swojej matki i mówi bez słów: „dobrze, zagrajmy w to razem”.

To nie jest kapitulacja. To jest akt najwyższej miłości. Podobnie jak u Beckera, mamy do czynienia z fikcją, która nie jest kłamstwem. Jest wspólnym rytuałem, ostatnią przestrzenią porozumienia, w której nie obowiązują już racjonalność i medyczne diagnozy, tylko czysta relacja.

Trzy pokolenia bezradności

Na scenie widzimy trzy kobiety. Jolanta Teska jako Bona (matka) balansuje na granicy siły i kruchości - w chorobie paradoksalnie odzyskuje prawo do własnego, królewskiego świata. Wnuczka (Maja Kalbarczyk) wchodzi w ten świat najłatwiej, bo dzieci mają naturalną zgodę na „inność”.

To dorośli cierpią najbardziej. Spektakl uderza w ten czuły punkt: jak zaakceptować rodziców takimi, jacy są teraz, a nie takimi, jakimi chcielibyśmy ich zapamiętać?

Pani z MOPS-u i Bruce Lee

Jest w tej historii jeszcze jeden wątek, który uderzył mnie osobiście. Na scenie pojawia się postać Pani z MOPS-u, grana przez moją koleżankę sprzed lat, Marię Kierzkowską. I nagle teatr niebezpiecznie zbliżył się do mojego życia.

Artykuł prasowy „pracownik socjalny jak bruce lee” o szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych

Bo ja ten świat znam. Przez ponad pięć lat pracowałem jako pracownik socjalny - w realnych mieszkaniach, w realnych kryzysach, w MOPR-ze (choć w sztuce umownie to MOPS). I wiem jedno: to nie jest praca dla urzędnika zza biurka. To wchodzenie w cudze życie bez zbroi i bez scenariusza.

Czasem patrzę na pewne stare zdjęcie z gazety, które krąży gdzieś w sieci. Widać na nim mnie - na szkoleniu z samoobrony dla pracowników socjalnych. Krótka fryzura, napięte mięśnie, skupienie. Podpis mógłby brzmieć: „Pracownik socjalny jak Bruce Lee”.

Śmieszne? Może trochę. Ale pod tym obrazkiem kryje się prawda, którą zobaczyłem też na scenie u Marii Kierzkowskiej. Ten zawód wymaga nie tylko empatii, ale i gotowości na konfrontację - z agresją, z lękiem, z bezradnością systemu. Ten teatralny MOPS nie był papierowy. Był ludzki. I właśnie dlatego momentami tak niewygodny. Mój wewnętrzny Bruce Lee przybiłby Pani z MOPS-u piątkę za wytrwałość.

Teatr, który nie daje łatwych odpowiedzi

To czytanie sceniczne w ramach cyklu Re:generacje nie było „ładne”. Było potrzebne. Emocje były na wierzchu, jak słusznie zauważył ktoś z widowni. I bardzo dobrze. Bo starość i demencja nie są estetyczne. Są graniczne.

Podobnie jak w innym głośnym spektaklu tej sceny - Romeo i Julia w Krainie FAKAPU - tutaj również twórcy szukają nowych języków do opowiadania o relacjach w świecie, który się rozpada. Tam mieliśmy korporacyjną dystopię, tu mamy osobisty dramat w czterech ścianach, ale w obu przypadkach chodzi o to samo: o próbę spotkania z drugim człowiekiem.

Wyszedłem z teatru poruszony. Nie jako krytyk. Jako syn. I jako były pracownik socjalny, który wie, że czasem największą siłą nie jest walka z rzeczywistością, ale zgoda na nią. I że czasem warto - jak Alex w filmie, jak Córka w tej sztuce - założyć koronę i wejść do gry. Choćby na chwilę.

Podoba Ci się to, co piszę?
Jeśli moje historie do Ciebie trafiają, możesz postawić mi wirtualną kawę. To paliwo do dalszych podróży - tych po świecie i tych po kulturze! ☕
👉 https://buycoffee.to/okiemobiektywu

14 gru 2025

Kończy się bateria. Zginę. Adam Bielecki przerywa milczenie o Nanga Parbat - to nie jest zwykła książka

Są takie wiadomości, których nigdy nie chciałoby się odczytać. I są takie książki, których napisanie kosztowało więcej niż nieprzespane noce. Dziś, dokładnie w dniu premiery "Bez śladu" Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego, trzymam w ręku zapis jednej z najbardziej dramatycznych akcji ratunkowych w historii himalaizmu. To nie jest kolejna opowieść o chwale. To bolesna sekcja zwłok nadziei, biurokracji i ludzkiej wytrzymałości.

Adam Bielecki podczas spotkania autorskiego - autor książki „Bez śladu” o akcji ratunkowej na Nanga Parbat

Myśleliśmy, że o Nanga Parbat wiemy już wszystko. Myliliśmy się. Adam Bielecki przerywa milczenie i ujawnia treść SMS-ów, których nigdy nie mieliśmy zobaczyć. Wiadomości, które mrożą krew w żyłach bardziej niż wiatr w Karakorum.

"Zamarzłam tej nocy" - cisza, która krzyczy

Wyobraźcie sobie ciemność na wysokości ponad 7000 metrów. Jesteście tam sami. Elisabeth Revol była sama. Fragmenty książki, które właśnie ujrzały światło dzienne, pokazują przerażającą samotność francuskiej himalaistki. O godzinie 8:53 rano do bazy dotarła wiadomość, która brzmiała jak wyrok:

"Jeśli możecie, zorganizujcie akcję ratunkową tak szybko, jak to możliwe. Zamarzłam tej nocy. Zamarzło mi pięć palców u lewej stopy."

To był dopiero początek koszmaru. Kilka godzin później, o 17:28, przyszło ostatnie ostrzeżenie. Krótkie, żołnierskie, pozbawione złudzeń:

"Kończy się bateria. Zginę, jeśli pomoc nie przybędzie."

Czytając te słowa w ciepłym pokoju, trudno pojąć grozę tej sytuacji. Adam Bielecki w swojej książce zabiera nas jednak tam - w strefę śmierci, gdzie każda sekunda zwłoki to krok w stronę niebytu.

Przelew ważniejszy od życia?

To chyba najbardziej szokujący fragment "Bez śladu". Kiedy cały świat śledził „kropki” na wirtualnej mapie Nanga Parbat, w bazie pod K2 rozgrywał się inny dramat. Nie górski. Biurokratyczny. Adam Bielecki i Denis Urubko byli gotowi. Sprzęt spakowany. Niebo - co rzadkie w tym rejonie - błękitne. Idealne do lotu. Więc na co czekali?

"- O której będą helikoptery? - zapytałem, wchodząc do mesy.
- Askari wciąż nie dostała kasy na akcję ratunkową - usłyszałem.
(...) Askari Aviation zgodziło się polecieć dopiero, kiedy pojawiła się kasa."

50 000 euro. Tyle kosztował start silników. Przez godziny, które mogły uratować Tomka Mackiewicza, negocjowano przelewy, ubezpieczenia i gwarancje. To brutalna lekcja, o której pisałem już wcześniej, analizując komercjalizację gór - w Himalajach romantyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się faktura.

Zobacz też: Adam Bielecki - styl „na lekko”, etyka wspinaczki i alarm klimatyczny

Mit „Terminatora” a ludzki strach

Pamiętacie memy? Adam i Denis jako maszyny wbiegające pionowo na ścianę. Media stworzyły obraz herosów nieznających bólu ani lęku. W „Bez śladu” Bielecki z rozbrajającą szczerością obala ten mit. To nie był bieg superbohaterów. To była walka o każdy oddech, pełna strachu i improwizacji.

"Wyskoczyłem w locie, pilot nie chciał nawet czekać, aż zamknę drzwi (...). Denis już się wspinał. Widziałem szybko oddalające się plecy mojego partnera.
- Denis, do cholery, poczekaj! - krzyknąłem.
- Nie mamy czasu - burknął."

"Chyba wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, w jakiej sytuacji się znalazłem. Zapada zmrok, nie mamy namiotu, śpiwora ani karimaty" - pisze Bielecki. Nocna wspinaczka drogą Kinshofera, zimą, bez zaplecza biwakowego, była balansowaniem na granicy życia i śmierci.

Czytaj także: Denis Urubko. Poeta gór i niestrudzony odkrywca

"ADAM, MAM JĄ!"

Środek nocy. Ponad tysiąc metrów w pionie pokonane w kilka godzin. I nagle głos Denisa Urubki przebijający ciemność:

"- Elisabeth, miło cię widzieć - powiedział Denis. - ADAM, MAM JĄ!"

Spotkanie z Elisabeth Revol było cudem. Ale informacje, które przekazała, rozwiały wszelkie nadzieje na uratowanie Tomka Mackiewicza. "Miał odmrożoną twarz, ręce i nogi. Z kącika ust ciekła mu krew" - relacjonowała. Decyzja mogła być tylko jedna: ratować tę osobę, którą dało się jeszcze uratować.

Truman Show i „krew na rękach”

"Bez śladu" jest też gorzkim rozliczeniem z nami - obserwatorami. Bielecki opisuje uczucie bycia w „Truman Show”. Gdy oni walczyli o życie na ścianie, internet produkował teorie, oskarżenia i nierealne pomysły ratunkowe.

Najbardziej bolą jednak słowa, które padły później. Zarzuty, że Polacy „mają krew na rękach”, bo nie wrócili po Tomka. Czytając o tym po relacji nocnej wspinaczki, ryzyka i decyzji podejmowanych w strefie śmierci, trudno oprzeć się wrażeniu, jak łatwo ferujemy wyroki z bezpiecznej odległości.

Dlaczego musisz przeczytać tę książkę?

"Bez śladu" nie jest lekturą łatwą ani wygodną. Odbiera himalaizmowi mit bohaterstwa, ale zostawia coś ważniejszego - prawdę o granicach, odpowiedzialności i braterstwie liny. To domknięcie historii, którą wszyscy przeżywaliśmy, ale której tak naprawdę nie znaliśmy.

Jako Okiem Obiektywu zachęcam do sięgnięcia po tę książkę nie dla sensacji, lecz dla zrozumienia, co naprawdę wydarzyło się wtedy na Nanga Parbat.

KUP KSIĄŻKĘ „BEZ ŚLADU” - OFICJALNA STRONA >>

A Wy? Gdzie byliście, gdy docierały informacje o akcji ratunkowej na Nanga Parbat? Dajcie znać w komentarzach.