Okiem Obiektywu: krzysztof wielicki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzysztof wielicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzysztof wielicki. Pokaż wszystkie posty

11 gru 2025

Krzysztof Wielicki: Masz w sobie Everest. O wspinaczce, wierze i dlaczego nie wolno się poddawać

Są ludzie, których słowa mają ciężar najwyższych szczytów. Krzysztof Wielicki - jedna z legend polskiego i światowego himalaizmu - należy do tego grona. Miałem zaszczyt gościć go w miejscu, które również inspiruje do przekraczania granic - Resorcie Nosalowy Dwór w Zakopanem. Tym razem rozmowa nie dotyczyła jednak wyłącznie bicia rekordów. Mówiliśmy o sprawach najważniejszych - wierze, pokorze i o tym, dlaczego warto się zmęczyć.

Krzysztof Wielicki serdecznie obejmuje uczestniczkę podczas spotkania.

Wielicki to człowiek, który kocha ludzi i chętnie się z nimi spotyka. Ale nie po to, by opowiadać o swoich sukcesach - jak sam podkreśla: „Bo to jest wszystko względne, prawda?”. Jego celem jest inspiracja. Chce mówić ludziom, że nie należy się poddawać i że każdy ma w sobie moc, by coś osiągnąć. To dotyczy nie tylko gór, ale całego życia.

Każdy ma swój Everest: o zmęczeniu jako wartości

Wielicki od lat obserwuje pewien trend: młodzi ludzie szybko się poddają. W świecie, który unika wysiłku, przypomina, że zmęczenie jest wartością. Nie czymś negatywnym - przeciwnie, to droga do identyfikacji z własnym osiągnięciem.

Ja tak se myślę, że według tej filozofii, że każdy ma swój Everest, żeby ludzie chcieli się realizować, coś osiągać, żeby chcieli się identyfikować z sukcesami swoimi drobnymi” - mówi. A ten Everest może mieć wiele form:

  • Wejście na szczyt.
  • Napisanie książki.
  • Zrobienie filmu, namalowanie obrazu.
  • Posadzenie drzewa, pomalowanie płotu.

Ważne, by na końcu móc powiedzieć: „O, moja robota. Ja to zrobiłem”. To właśnie ta satysfakcja, poczucie sprawczości, do którego himalaista zachęca. Jest to niezwykle bliskie temu, o czym rozmawialiśmy podczas mojej poprzedniej rozmowy z Krzysztofem Wielickim o alpinizmie, sportowych rekordach i zmieniającej się etyce.

Step by step - dlaczego cierpliwość ratuje życie

Wielicki ma kluczową radę dla młodego pokolenia wspinaczy i wszystkich, którzy chcą osiągnąć coś wielkiego: cierpliwość. „Take it easy” - mówi. Dziś wiele osób próbuje ominąć etapy i iść na skróty, ale w górach to nie jest bezpieczna droga.

Krzysztof Wielicki podpisuje swoją książkę podczas wydarzenia.Krzysztof Wielicki podpisuje książkę podczas rozmowy z uczestniczką w trakcie wydarzenia.

W górach wysokich największą wartością jest doświadczenie, a to zdobywa się powoli, krok po kroku:

Step by step, krok po kroku, bo ona jest ta droga na pewno bardziej bezpieczna. Tak jak myśmy szli ze skałek w Tatry, Alpy, dalej wyżej, dalej wyżej - prawda? Na pewno jest droga bezpieczna”.

Łatwo się poddać, gdy inni nie zrobili czegoś przed tobą. Ale Wielicki przypomina o sile wiary. „Ja trzy razy próbowałem Lhotse, nie wszedłem nocy, ale trzy razy próbowałem, bo wierzyłem w to, że wejdziemy.

Art of suffering i budowanie charakteru

Himalaista wraca również do tematu porażek, które są nieodłącznym elementem drogi. W życiu warto mieć trochę „tak w górkę, z górki, pod górkę, znów z górki” - bo to nas właśnie buduje. Pokonanie trudności daje siłę na kolejne: „Nie takie rzeczy robiłem, następną trudność też zrobię”.

Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestnikiem o charakterystycznych dredach.
Krzysztof Wielicki pozuje do zdjęcia z uczestniczką spotkania w Zakopanem.

W tym tkwi esencja himalaizmu - w nieustannym sprawdzaniu siebie i przekraczaniu własnych granic. A to, wbrew pozorom, przekłada się na wszystkie aspekty życia.

Warto słuchać legend. Opowiadajmy Twoją historię!

Jeśli Twoja organizacja stawia na wartości, wytrwałość i inspirację - dokładnie tak, jak robi to Krzysztof Wielicki - warto to pokazać światu.

Jeśli organizujesz podobne spotkania, prelekcje, szkolenia lub wydarzenia górskie - zapraszam do współpracy. Razem stworzymy relację, która zainspiruje tysiące osób!

A jeśli masz nagrania z wypraw, które czekają na montaż - sprawdź moją ofertę montażu filmów.

Doceniasz inspirację? Możesz postawić mi wirtualną kawę lub ciasto. Dziękuję!

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

4 lip 2025

Wanda Rutkiewicz: Ostatnia Wyprawa – Głos, Który Musiał Powstać na BellaTOFIFEST

W świecie himalaizmu, gdzie historie pisane są na wysokościach, a legendy rodzą się w cieniu ośmiotysięczników, postać Wandy Rutkiewicz wciąż budzi podziw, ale i niezliczone pytania. Na 23. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST, w programie którego znalazł się poruszający dokument „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” w reżyserii Elizy Kubarskiej, mieliśmy wyjątkową okazję zagłębić się w tę niezwykłą biografię. Film ten, stanowiący świadectwo życia i tajemnicy, wzbogacają osobiste refleksje takich gigantów gór, jak Reinhold Messner i Krzysztof Wielicki, co nadaje mu dodatkowej, historycznej perspektywy. Po projekcji, w sobotę 28 czerwca 2025 roku, publiczność miała szansę spotkać się z reżyserką Elizą Kubarską oraz Darią Sierocką, współtwórczynią tego poruszającego dokumentu. To nie tylko hołd dla ikony, ale przede wszystkim niezwykła próba zrozumienia kobiety, która na zawsze zmieniła oblicze kobiecego wspinania, a jej historia wciąż rezonuje, inspirując i prowokując do refleksji nad ludzkimi wyborami i ceną marzeń.

Spotkanie z reżyserką Elizą Kubarską i Darią Sierocką po projekcji filmu "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" na festiwalu BellaTOFIFEST.
fot. Julia Marszewska / Tofifest

Narodziny Wizji - Długi Proces Tworzenia Głosu dla Wandy

Eliza Kubarska, z pasją i zaangażowaniem, przyznaje, że myśl o filmie o Wandzie Rutkiewicz kiełkowała w niej od 2013 roku. To było marzenie, które dojrzewało powoli, ale nieustannie. Mimo że powstało już wiele produkcji o tej wybitnej himalaistce - głównie przed rokiem 2000, a także seriale telewizyjne po 2000 roku - Kubarska czuła, że brakuje im „tego czegoś”, co oddałoby Wandzie sprawiedliwość, pozwoliło jej przemówić własnym głosem. „Cały czas czułam, że brakuje mi takiego filmu, który dałby ten głos Wandzie, bo właściwie można powiedzieć, że tego było bardzo niewiele” - mówiła podczas festiwalowej dyskusji. To pragnienie podyktowane było nie tylko zawodowym instynktem filmowca i dokumentalistki, ale także głębokim, osobistym związkiem z postacią Rutkiewicz, która odcisnęła piętno na jej własnej drodze wspinaczkowej.

Reżyserka z humorem wspomina, jak długo zbierała się na odwagę, myśląc, że „kurczę, jaka historia, na pewno ktoś to zrobi”. Ale nikt nie podejmował się tego wyzwania, co ostatecznie popchnęło ją do działania. Cały proces przygotowywania filmu, a co za tym idzie, uwzględniania i kreowania postaci Wandy Rutkiewicz, był złożony i organiczny. Eliza przyznaje, że nie miała z góry ustalonej, kompletnej wizji. Choć posiadała pewną wiedzę o biografii Wandy, to pełny obraz himalaistki rodził się w miarę zapoznawania się z kolejnymi materiałami archiwalnymi - listami, pamiętnikami - i przeprowadzania wywiadów. Każda nowo odkryta informacja, każdy fragment, dodawały kolejne, zaskakujące warstwy do portretu tej niezwykłej kobiety, ukazując ją w zupełnie nowym świetle.

Wanda w Pamięci Pokoleń - Zderzenie Narracji i Osobiste Odkrycia

Dla Elizy, która w chwili zaginięcia Wandy miała zaledwie 14 lat, Rutkiewicz była postacią znaną z domu, symbolem wolności i siły, niemalże ikoną emancypacji. Jej mama podziwiała Wandę jako „silną kobietę, która żyła tak, jak chciała żyć”, co w tamtych trudnych czasach, tuż po komunizmie, było niezwykle odważne i rzadkie. Taki obraz Wandy utrwalił się w świadomości młodej Elizy. Dopiero później, gdy Kubarska sama zaczęła wspinać się i weszła w środowisko górskie, zderzyła się z zupełnie inną narracją o Wandzie - bardziej krytyczną, pełną plotek i często niesprawiedliwych pomówień. To zderzenie skrajnych opowieści - podziwu z jednej strony, a krytyki i umniejszania z drugiej - stało się kluczowym impulsem do głębszego poznania biografii Wandy. „Czułam, że właśnie nie wszystko [o niej] zostało powiedziane, ale nie znałam jeszcze dokładnie wszystkich detali z jej biografii. Po prostu zaczęłam czuć… kurczę, tam coś jest na rzeczy” - wspominała reżyserka, podkreślając, jak te sprzeczne narracje budziły w niej intuicję, że za tym wszystkim kryje się głębsza i bardziej złożona prawda.

Z każdym odkrywanym detalem, biografia Wandy Rutkiewicz stawała się dla Elizy Kubarskiej coraz bardziej poruszająca, a nawet szokująca. „Zaczęłam odkrywać rzeczy, o których nie wiedziałam, które były bardzo, bardzo mocne i które mnie zaczęły po prostu, nie wiem, szokować, ale też budzić we mnie dużo takiego smutku” - opowiadała. Szczególnie bolesne było dla niej, jako kobiety wspinającej się, odkrycie, że pewne zachowania i schematy krzywdzenia kobiet w górach powtarzały się. To, co zaczęło się jako chęć opowiedzenia historii niezwykłej kobiety, szybko przerodziło się w misję. Film skupia się na dwóch ostatnich latach życia Wandy, odsłaniając tajemnice i niedopowiedzenia, o których w środowisku mówiło się niewiele. Osiągnięcia Rutkiewicz są powszechnie dostępne, ale to, co wydarzyło się pod koniec jej życia, wymagało dogłębnego śledztwa, by dotrzeć do prawdy, która często była spychana na margines.

Misja i Tajemnica Ostatnich Lat - Świadectwa Legend

W dokumencie "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" pojawiają się nie tylko wspomnienia bliskich Wandy, ale także głosy najbardziej doświadczonych postaci himalaizmu, którzy znali jej drogę i często dzielili z nią górskie szlaki. Udział Reinholda Messnera i Krzysztofa Wielickiego dodaje filmowi nieocenionej wartości. Ich świadectwa i perspektywy, często poruszane również w wywiadach na łamach Okiem Obiektywu (jak choćby w naszej rozmowie o tym, czy alpinizm jest sportem z Messnerem, czy o górach, rekordach i wartościach z Wielickim), rzucają światło na epokę, w której Wanda działała, oraz na specyfikę środowiska, które ją otaczało. Ich obecność w filmie podkreśla, jak głęboko Wanda Rutkiewicz zapisała się w historii światowego himalaizmu.

Zburzyć Pomnik, Pokazać Człowieka - Prawda o Wandzie

Jednym z największych atutów filmu jest jego bezkompromisowe podejście do postaci Wandy Rutkiewicz. To nie jest laurka, ani próba idealizowania. Reżyserka świadomie unikała budowania nieskazitelnego pomnika, który często powstaje wokół legendarnych postaci. W końcu Wanda „była i taka i taka”, a prawdziwa historia himalaistki jest znacznie bardziej złożona niż legenda. Eliza Kubarska, wraz z Darią Sierocką, która aktywnie wspierała ją w researchu i śledztwie, dzięki dostępowi do prywatnych pamiętników i listów Wandy, mogły poznać ją „może nawet lepiej niż ludzie, którzy ją spotkali”. Ten ekskluzywny dostęp do jej myśli pozwolił im stworzyć portret głęboko ludzki, pełnokrwisty, zmagający się z problemami, radościami i smutkami, daleki od jednowymiarowej ikony.

Film odważnie demaskuje wiele niesprawiedliwych pomówień, które krążyły wokół Wandy, szczególnie ten o „zostawianiu ludzi w górach”, który, jak podkreśla Kubarska, jest absolutnym kłamstwem. Wanda nigdy nikogo nie porzuciła, choć sama wielokrotnie była zostawiana przez towarzyszy. Jej siła i determinacja, które u mężczyzn-liderów byłyby podziwiane i traktowane jako naturalne cechy przywódcze, u niej były często piętnowane jako „trudny charakter”. Film wyraźnie pokazuje, że środowisko górskie potrafiło być okrutne, a sukcesy kobiet bywały umniejszane, co budziło głębokie oburzenie Elizy. Wanda Rutkiewicz, choć sama nie uważała się za feministkę w klasycznym tego słowa znaczeniu, walczyła o siebie i o inne kobiety, jako pierwsza organizując kobiece wyprawy i próbując przebić „kamienny sufit”, który ograniczał ich możliwości w męskim świecie Himalajów.

Wrażliwość ukryta za siłą i Fascynujące Teorie

Wanda Rutkiewicz jawi się w filmie jako kobieta niezwykle silna i zdeterminowana, z jasno określonym celem. Jednak prawdziwym odkryciem dla reżyserki była jej głęboka wrażliwość. „Dla mnie odkryciem było to, że to była naprawdę wrażliwa kobieta… jak wiele w sobie musiała jednak tłumić, jak silna tym bardziej była, że tego wszystkiego nie pokazywała na zewnątrz” - opowiada Eliza. Ten aspekt, tak rzadko poruszany w publicznych narracjach, dodaje postaci Wandy niezwykłej głębi i sprawia, że staje się ona jeszcze bardziej bliska widzowi, ukazując jej wewnętrzne zmagania.

Film odważnie porusza również najbardziej kontrowersyjną teorię dotyczącą zaginięcia Wandy - możliwość, że sfingowała swoją śmierć i zaszyła się w tybetańskim klasztorze. Choć początkowo ta hipoteza spotykała się z niedowierzaniem, a nawet śmiechem ze strony ekipy filmowej, reżyserka podeszła do niej bardzo poważnie, traktując ją jako klucz do zrozumienia całej historii. W filmie pojawiają się świadectwa, w tym wspomnienia przyjaciółki Wandy, Ewy Matuszewskiej, o tajemniczym telefonie od Wandy po jej zaginięciu, a także relacje zakonników, którzy rzekomo rozpoznali ją na zdjęciu w Himalajach. Daria Sierocka potwierdza, że z racjonalnego punktu widzenia „zejście na tybetańską stronę jest fizycznie możliwe”. Film daje do myślenia, że Wanda miała wiele powodów, dla których mogła chcieć zniknąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej samotność, wyczerpanie i zły stan psychiczny w ostatnich latach życia, które skłaniały ją do ucieczki od otaczającej rzeczywistości.

Echo Wandy w Teraźniejszości - Osobiste Przeżycia i Misja Filmu

Produkcja filmu była ogromnym wyzwaniem, nie tylko pod względem logistycznym, ale i psychicznym dla Elizy Kubarskiej. Reżyserka, która sama doświadczyła okrucieństwa i pomówień w środowisku górskim, przyznaje, że film zadziałał na nią terapeutycznie. „Dzięki Wandzie dostałam odwagę, że ja się nie boję już o tym mówić” - wyznała, porównując swoje doświadczenia do „syndromu osoby zgwałconej”, gdzie czuła się zawstydzona tym, co ją spotkało. To poruszające świadectwo pokazuje, jak głęboko historia Wandy rezonuje z osobistymi doświadczeniami twórczyni, a film stał się narzędziem do przepracowania własnych traum.

Film nie jest o odegraniu się, ani o osobistej zemście, ale o zwróceniu uwagi na problem dyskryminacji kobiet w himalaizmie, umniejszania ich sukcesów, problemów, które mimo upływu lat wciąż są obecne. Jak zaznacza Daria Sierocka, „minęło to 20-30 lat, a środowisko się nic nie zmieniło. I jest ogromna dyskryminacja kobiet, o tym klimaleizmie, we wspinaczce. Sukcesy kobiet dalej są umniejszane”. Wanda Rutkiewicz „otworzyła nam, kobietom, drogę w Himalaje… walczyła o siebie i walczyła właśnie o te kobiety”, starając się przełamać utarte schematy. Reżyserka ma nadzieję, że film skłoni widzów do refleksji i sprawi, że podobne krzywdy nie będą się już wydarzać. To hołd dla niezwykłej kobiety i przypomnienie, że historię trzeba badać, a wnioski wyciągać z rozwagą i krytycznym myśleniem, zwłaszcza w dobie fake newsów i hejtu, które, jak sama Eliza doświadczyła, mogą zniszczyć ludzkie życie. Historia Wandy Rutkiewicz, opowiedziana z taką wrażliwością i determinacją, jest bezcenną lekcją dla nas wszystkich, zachęcającą do poszukiwania prawdy i stawiania czoła niesprawiedliwości.

16 wrz 2024

Góry, rekordy i wartości: Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Podczas 29. Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju miałem zaszczyt przeprowadzić rozmowę z jedną z najbardziej legendarnych postaci w historii polskiego himalaizmu - Krzysztofem Wielickim. W rozmowie z nim poruszamy nie tylko temat roli alpinizmu w kontekście sportu i rekordu, ale również aspekty finansowania wypraw, zmieniające się podejście do wspinaczki, a także osobiste refleksje na temat wpływu gór na nasze życie i wartości. Zapraszam do lektury, która pozwoli zanurzyć się w świat, gdzie każda wspinaczka to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale także głęboka, osobista podróż.

Góry, rekordy i wartości: Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Reinhold Messner wczoraj powiedział, siedząc na tym miejscu, że alpinizm nie jest sportem. Piotr Pustelnik, siedząc na tym samym miejscu, powiedział, że na pewnym poziomie alpinizm to sport. Co powiedziałby Krzysztof Wielicki?

Powiedziałby, że to nie tylko sport. Czyli moja odpowiedź była pośrodku. Dlatego, że alpinizm bardzo różni się od klasycznych dyscyplin sportowych. Messner stwierdził, że alpinizm nie ma czasu, ale dziś alpinizm stał się bardziej alpinizmem rekordów, prawda? Już nie mamy tak bardzo alpinizmu eksploracyjnego, a raczej jest to bicie rekordów - bez ręki, bez nogi, niewidomy, z kimś tam - to są teraz medialne informacje: „w 6 godzin, w 15 godzin, 2 miesiące, 3 dni, 8 godzin”. Ale powiem Wam, że za 10 lat nikt nie będzie o tych rekordach pamiętał, bo wielką historię w alpinizmie już kiedyś napisano.

Czy alpinizm jest sportem? Jest, ale nie tylko. Przede wszystkim nie ma tu bezpośredniej rywalizacji. Oprócz wspinaczki sportowej na ściankach - ale to coś zupełnie innego, to nie jest alpinizm w klasycznym rozumieniu. W alpinizmie mamy rywalizację, ale jest ona pośrednia. Ktoś coś zrobił, więc jak zrobili to Francuzi, to Polacy mówią: „My zrobimy to lepiej.” To była taka rewolucja, zwłaszcza w tamtych latach, kiedy trochę opierało się to na pewnym nacjonalizmie - „My Polacy, my Francuzi”. Teraz tego już nie ma.

W innych dyscyplinach sportowych wygląda to inaczej. Są zgrupowania, potem zawody, a po nich zawodnicy wracają do domu. W innych dyscyplinach jest czysty sport, jest rywalizacja - podium: pierwszy, drugi, trzeci. W naszym środowisku trudno mówić o klasyfikacji: pierwszy, drugi. Można powiedzieć, że ktoś jest czołowym alpinistą, ale nigdy nie widziałem, aby w mediach pojawiła się próba klasyfikacji, że ktoś jest lepszy od kogoś. Tutaj mamy dużo subiektywizmu.

W sporcie osoba niepełnosprawna, która pokonuje trasę o stopniu trudności trzy, może przeżywać takie same emocje, jak wybitny alpinista na poziomie 8a czy 9b. Emocje są bardzo podobne, mimo różnic w klasie wspinaczy. Ta subiektywność jest w alpinizmie bardzo istotna. 

Tak, istnieje element sportu, ponieważ ludzie trenują, ale równie ważne są przyjaźnie i relacje międzyludzkie, które tworzą to środowisko.

Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

Jeśli chodzi o finansowanie alpinizmu jako sportu, czy nie jest tak, że w Polsce jesteśmy zakładnikami Ministerstwa Sportu, gdzie musimy się prezentować jako dyscyplina sportowa, by uzyskać wsparcie finansowe?

Ale my, alpiniści, nie mamy takiego wsparcia z Polskiego Związku Alpinizmu. Tak, Związek otrzymuje około 4 miliony rocznie, ale większość tych środków przeznaczona jest na inne działania - szkoleniowe, na rozwój infrastruktury, na sport olimpijski. W przypadku wypraw, często wspinacze wyjeżdżają za własne pieniądze. Związek czasem pomaga, na przykład w zakupie biletów lotniczych czy zapewnieniu innych drobnych środków, ale nie jest już organizatorem wypraw. 

Kiedyś Związek był związany z Ministerstwem Sportu, by funkcjonować jako związek sportowy. To miało swoje uzasadnienie w latach 70. Myślę, że było to dobre posunięcie, bo jednak dzięki temu były jakieś środki, nawet jeśli małe. W tamtych czasach były wyprawy narodowe, które były całkowicie finansowane przez Ministerstwo Sportu. Co prawda, takie wyprawy mogły odbywać się raz na cztery lata, ale było to wsparcie. Na przykład wyprawy na Everest czy K2 były finansowane w ten sposób. Teraz widzę, że ludzie sami organizują fundusze, szukają lokalnych sponsorów, czasami mniejszych.

W Polskim Związku Alpinizmu był taki okres, gdy sponsorzy dawali miejsce na logotyp na flagach czy materiałach. To była forma pomocy. Ale teraz, w dużej mierze, trzeba wszystko organizować samemu. W naszym pokoleniu wszystko wypracowywaliśmy na własną rękę. Mieliśmy sporo pieniędzy z klubów - pamiętam, że z naszego klubu katowickiego potrafiło wyjechać 4-5 wypraw w roku. Tworzyły się zespoły, ludzie pracowali razem, a potem razem przygotowywali wyprawy. To był ważny element, bo najpierw się przyjaźnili, wspinali, a potem wyjeżdżali wspólnie.

Dziś wygląda to inaczej. Teraz są grupy międzynarodowe - ktoś pisze: „Jadę do Pakistanu, chcę wejść na jakąś górę, dołącz do mnie”. I wtedy się spotykają, wspinają. U nas to wcześniej było bardziej zorganizowane, budowano zespoły. Czy to dobrze, czy źle - trudno powiedzieć, po prostu jest inaczej.

Zmieniło się też to, że pojawiła się turystyka wysokogórska. Jeśli ktoś ma pieniądze i chce wejść na Everest, to nie możemy mu tego zabronić. Państwo nie ingeruje w nepalskie pozwolenia, bo to przynosi pracę dla tamtejszej ludności. Władze Nepalu tłumaczą się trudną sytuacją gospodarczą i dlatego pozwalają na taką masową turystykę górską, która daje zatrudnienie tysiącom ludzi. Ale ci turyści już nie piszą historii alpinizmu. W naszych mediach górskich o nich się nawet nie wspomina.

Jakie różnice w postrzeganiu osiągnięć wspinaczkowych zauważa Pan między środowiskiem wspinaczy a opinią publiczną, i jakie wyzwania oraz wartości wiążą się z ryzykiem i emocjami podczas wypraw górskich?

To jest bardzo ciekawa kwestia. W środowisku wspinaczy często patrzymy na różne osiągnięcia inaczej niż szeroka publiczność czy media. Dla nas, osób z branży, wiele rzeczy jest bardziej zrozumiałych, wiemy, jak wygląda cała logistyka, wsparcie, jakie ktoś otrzymał, czy jak działała infrastruktura na danej górze. Przykład? Piotr Krzyżowski zdobył dwa szczyty bez tlenu, co dla kogoś z zewnątrz, kto nie ma pełnej wiedzy, może wydawać się niesamowitym wyczynem. Media zrobiły z tego duże wydarzenie, co zresztą zauważyłem podczas spotkania w Katowicach, gdzie studenci z radia studenckiego byli zachwyceni tym, że Piotr dokonał czegoś „solo” i bez tlenu. Oni widzieli to jako wielkie osiągnięcie, nie zdając sobie sprawy z całego zaplecza logistycznego, które za tym stoi. 

W środowisku wspinaczy patrzymy na takie rzeczy bardziej krytycznie. Nie umniejszając samego osiągnięcia, bo faktycznie było to coś trudnego, jednak wiemy, że Piotr korzystał z lin zamontowanych wcześniej, więc nie było to takie całkowicie „solo” jak mogłoby się wydawać. W mediach to robi ogromne wrażenie, ale dla nas, którzy wiemy, jak takie wyprawy wyglądają od kuchni, perspektywa jest inna. To nie umniejsza faktu, że to, co zrobił, było trudne i wymagało dużego wysiłku, ale czy to było aż tak wielkie osiągnięcie? To już jest kwestia subiektywna. 

Ryzyko i emocje są nieodłącznym elementem wspinaczki. One wciągają, ale też uczą pokory. Wspinaczka w górach wysokich to nie jest zwykły sport, gdzie idziesz na trening i wracasz do domu. Tam wszystko może się zdarzyć. Kiedyś, w latach 70. czy 80., wyprawy były zupełnie inne niż teraz. Mieliśmy mniej informacji, nie było prognoz pogody ani łączności satelitarnej. Była improwizacja i trzeba było ryzykować. Pamiętam, jak Andrzej Zawada organizował duże ekspedycje, gdzie codziennie inny zespół wychodził na górę, próbując szczęścia - może tego dnia pogoda dopisze. Dziś mamy forecastera co 8 godzin, a wtedy trzeba było liczyć na intuicję i szczęście. 

Obecnie wspinaczki są mniejsze, bardziej precyzyjne, bo mamy lepszy dostęp do informacji. Kiedyś robiliśmy to „na nos”, teraz jest łatwiej, bo możemy prognozować, kiedy wiać przestanie. Ale to nie zmienia faktu, że emocje pozostają takie same. Ryzyko wciąż istnieje. Zawsze gdzieś w głowie masz myśl, że może się nie udać wrócić, ale jednocześnie wiesz, że jeśli nie zaryzykujesz, nie poczujesz tych emocji, które są w tym sporcie najważniejsze.

Wspinaczka to również sztuka cierpienia - „art of suffering”. To cierpienie nie musi być negatywne. Wręcz przeciwnie, kiedy mamy przed sobą cel, to właśnie przez te trudności, zmęczenie i ryzyko zdobycie go nabiera sensu. W życiu codziennym też mówimy często, że coś nas kosztowało wiele wysiłku, ale było tego warte. W górach to cierpienie staje się wartością, bo prowadzi nas do celu. Są ludzie, którzy nie lubią cierpieć, ale w naszej pasji to właśnie cierpienie, trudności i pokonywanie własnych słabości jest częścią przyjemności. 

Dziś jednak widzę, że młodsze pokolenia nie zawsze to rozumieją. Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi chce podejmować trud i wysiłek, bo w naszych czasach wysiłek jest często postrzegany jako coś negatywnego. Widać to nawet po dzieciach - rodzice często nadmiernie je chronią, nie pozwalając im na podejmowanie ryzyka. Pracuję z młodzieżą i zauważam, że dla wielu z nich wysiłek staje się czymś złym, czego chcą unikać. To trochę niepokojące, bo bez wysiłku nie ma prawdziwej satysfakcji, nie ma spełnienia.

Góry uczą wartości. Spotykam rodziców, którzy wspinają się ze swoimi dziećmi, ucząc je, że wysiłek i pokonywanie trudności mają sens. W górach, mimo że wspinanie jest indywidualnym wyzwaniem, ludzie pozdrawiają się, mówią sobie „cześć” czy „dzień dobry”, jakby łączyła nas wspólnota doświadczeń. To jest coś, co uczą góry - szacunku do siebie nawzajem i do natury.

Cierpienie w górach, ten „art of suffering”, to coś, co może być piękne, jeśli prowadzi do osiągnięcia celu. To jest cała esencja tego, dlaczego ludzie wspinają się mimo trudności. Dla niektórych to może być szaleństwo, ale dla nas, wspinaczy, to jest właśnie przyjemność - możliwość sprawdzenia siebie, poczucia prawdziwych emocji i satysfakcji z osiągnięcia celu.

Rozmowa z Krzysztofem Wielickim

W 1980 roku, kiedy wróciliście z wyprawy, media porównywały Wasze osiągnięcie do zdobycia złotego medalu olimpijskiego. Jak Pan się do tego odnosi, zwłaszcza w kontekście współczesnych wypowiedzi, jak chociażby Reinholda Messnera, który krytykuje ideę rywalizacji w wspinaczce, również w kontekście paraolimpiady? Czy uważa Pan, że wspinaczka sportowa, z jej finansowym i sportowym aspektem, zdominuje przyszłość tej dyscypliny?

To jest ciekawe pytanie, ale mam inne zdanie niż Messner. Jego wypowiedzi czasami mnie zaskakują. 

Wracając do kwestii przyszłości wspinaczki - tak, obecnie widzimy duże rozdzielenie dyscyplin. Wspinaczka sportowa, na przykład na czas, wspinanie na ścianach, to są osobne poddyscypliny. Ale to nie znaczy, że to zdominuje całą wspinaczkę. Kiedyś wspinaczka była bardziej tradycyjna - skały, Tatry, Alpy, Kaukaz - to była nasza droga. Myśleliśmy o zdobywaniu gór, to była filozofia. Teraz ludzie jadą wspinać się na ścianę i mogą nawet nie wiedzieć, jak się ta góra nazywa. Interesują ich głównie wyciągi, trudności, to jest inne podejście. Nie mówię, że to złe, ale różni się od tego, co robiliśmy my.

Nasze pokolenie i te przed nami miały inne podejście - my zdobywaliśmy góry. Teraz wspinaczka sportowa jest osobną dyscypliną, ale wciąż nie wydzieliła się całkowicie z alpinizmu, choć są takie tendencje. W innych krajach, jak Francja czy Włochy, wspinanie sportowe jest już odrębną federacją, podczas gdy u nas wciąż jest częścią alpinizmu. W Polsce ten rozwój nie był równy, ponieważ po upadku komunizmu skończyły się dotacje, a wolny rynek nie zawsze wspierał finansowanie wspinaczki.

Niemniej jednak wspinaczka sportowa się rozwija. Mamy teraz złoty medal olimpijski w tej dyscyplinie, co jest wielkim osiągnięciem, ale to zupełnie inne podejście niż to, które reprezentuje klasyczny alpinizm. To, co widzimy teraz, to komercjalizacja - sportowcy biją rekordy, bo za każdy rekord dostają pieniądze. W spinaczce sportowej liczy się cykl, wydarzenia, zarobki, a to wprowadza inny wymiar do dyscypliny.

W alpinizmie jest jednak jedna kluczowa różnica - możesz się wspinać do końca życia, jeśli masz szczęście. W sporcie zawodowym, w wieku 35 lat kończy się kariera, a w alpinizmie to pasja na całe życie.

Chciałbym wrócić do filmu „Broad Peak”, w którym Łukasz Simlat zagrał Pana. Jak Pan ocenia swoją postać w tym filmie i czy ogólnie film przypadł Panu do gustu?

Znam dobrze reżysera, Leszka Dawida, i początkowo miałem być konsultantem przy tym filmie. Kiedy jednak Leszek pokazał mi scenariusz, musiałem mu odmówić. Pamiętam, że była tam scena, w której Andrzej Zawada spotyka Maćka Berbekę na autostradzie i dochodzi między nimi do bójki. Powiedziałem Leszkowi: „Nie, takiej sceny być nie może”. Było to zupełnie nierealistyczne i ostatecznie usunięte z filmu.

Leszek wytłumaczył mi, że to nie jest film dokumentalny, więc pewne sceny musiały być sfabularyzowane, żeby film mógł przyciągnąć widzów. Są tam elementy, które w rzeczywistości się nie wydarzyły, ale jeśli to służy filmowi, to niech tak będzie. Co do zakończenia - miałem pewne zastrzeżenia, podobnie jak wiele innych osób. Uważam, że można było je rozwiązać inaczej, bo początkowo planowano, żebym w finale wołał Maćka, co miało nadać emocjonalny ton, ale to ostatecznie nie wyszło tak, jak myślałem.

Wczoraj rozmawialiśmy z Piotrem Pustelnikiem o tym, dlaczego napisał tylko jedną książkę. A jak to wygląda u Pana? Skąd czerpie Pan motywację, by pisać kolejne?

Ja prawie nie piszę, słuchajcie. Wiecie, jak powstało moje „Solo”? To było tak: mam znajomych w Agorze, a oni mówią, że podpiszemy umowę na książkę. Zgodziłem się, dali mi zaliczkę - 10 tysięcy złotych. A na okładce w miejscu tytułu były kropki, bo nawet tytułu nie miałem. Mijały dwa lata, a ja nic nie napisałem. Małgosia z wydawnictwa dzwoniła co jakiś czas i pytała, jak idzie pisanie, a ja ciągle mówiłem, że nie mam czasu. W końcu dowiedziałem się, że w zapowiedziach nowości książkowych na jakiejś stronie już figuruje tytuł „Krzysztof Wielicki - Solo”. Dzwonię do Małgosi i pytam, co to ma być? A ona: „Musisz w końcu napisać tę książkę!”. No i miałem trzy miesiące. Napisałem.

Żeby odpowiedzieć na pytanie - mnie trzeba zmusić. Ale teraz serio: jeśli napiszę jeszcze jedną książkę, to o ludziach, których już z nami nie ma, a którzy tworzyli Złotą Dekadę polskiego himalaizmu. Trzeba ich przypomnieć, bo Kukuczkę wszyscy znają, ale było wiele innych osób, które odegrały ogromną rolę. Te osoby pójdą w zapomnienie, jeśli nic nie zostanie o nich napisane.

Mam w głowie taki roboczy tytuł: „Wierni górom”. Myślę, że jestem winien tym ludziom, żeby ich historie przekazać. Ale wciąż nie mam konkretnej idei na to, jak to zrobić. Nie chciałbym, żeby to było nudne, że po prostu wyliczam alfabetycznie albo według chronologii. Szukam jakiegoś pomysłu, może że siedzimy przy ognisku i wspominamy. Ale na razie nie wiem.

Podobnie było z książką „Solo”. Nie chciałem napisać tego jako suchej relacji: rok 1980, wspinaczka solo, rok 1984, kolejna wspinaczka solo - to byłoby nudne. Znalazłem więc formę, w której wszystkie moje solo wspinaczki włożyłem w jedną wyprawę na Annapurnę, a podczas tej wyprawy przychodziły mi wspomnienia z innych solo wejść. Tak to wymieszałem, żeby nie było monotonii. Myślę, że to się udało, ale jak napisać nową książkę? Nadal nie wiem. Dlatego zwodzę wydawnictwa i ciągle powtarzam, że nie mam czasu.

Czy możemy spodziewać się nowej książki od Pana? 

Może coś powstanie, choć przyznaję, że presja jest spora. W Polsce jeszcze czytelnictwo nie jest tak źle, ale, na przykład we Włoszech  czy Hiszpanii, sprzedaż książek jest bardzo słaba. Ludzie czytają coraz mniej, co jest smutnym trendem, który zauważyłem rozmawiając z wydawcami za granicą.

Książki o górach często powielają te same historie, więc ciężko wyróżnić się czymś nowym. Staram się szukać czegoś innego, nowych emocji, doświadczeń, które można opisać w interesujący sposób.

Wiem, że dla wielu alpinistów dzielenie się swoimi przeżyciami jest czymś intymnym i nie zawsze chcą to robić publicznie. Czasami te prawdziwe emocje są trudne do przekazania na papierze, a niektórzy po prostu wolą, aby ich przeżycia pozostały w sferze osobistych wspomnień.