Okiem Obiektywu: teatr horzycy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr horzycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr horzycy. Pokaż wszystkie posty

30 cze 2025

Wilamy 2024: Wieczór pełen wzruszeń w Teatrze Horzycy

Są takie wieczory, które zostają w pamięci na dłużej. Takie, w których elegancja miesza się z autentycznymi emocjami, a brawa publiczności niosą ze sobą coś więcej niż tylko uznanie – niosą czystą wdzięczność. Gala rozdania Wilamów 2024 w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy była dokładnie takim wydarzeniem. Jako Okiem Obiektywu, miałem ogromną przyjemność nie tylko obserwować, ale i chłonąć tę niezwykłą atmosferę, która po raz kolejny udowodniła, że teatr to nie tylko scena, ale przede wszystkim ludzie – twórcy i widzowie, tworzący nierozerwalną, oddychającą tym samym rytmem wspólnotę.

Matylda Podfilska, wzruszona, trzyma w dłoni statuetkę Wilama i przemawia do mikrofonu podczas gali Wilamy 2024 w Teatrze Horzycy.

Matylda Podfilska w niezwykle emocjonalnym przemówieniu po odebraniu nagrody dla Najpopularniejszej Aktorki.

Pożegnanie, które jest nowym początkiem

To był jeden z tych momentów, kiedy gromkie brawa mieszają się z nutą autentycznej nostalgii. Wieczór oficjalnie kończył pewien ważny rozdział w historii toruńskiej sceny – dyrektor artystyczny Łukasz Czuj, po blisko dekadzie owocnej pracy i zrealizowaniu 24 premier, żegnał się z Toruniem, by objąć stery w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy.

W jego słowach czuć było ogromne przywiązanie do miejsca i zespołu. Mówił o teatrze jako o "pięknym śnie", nawiązując do słynnego dramatu Calderona de la Barki, i o podróży, która w Toruniu trwała prawie 10 lat. Słuchając go, a także ciepłych słów płynących od przedstawicieli władz, miałem poczucie, że jestem świadkiem czegoś wyjątkowego. Padło piękne zdanie, które szczególnie zapadło mi w pamięć: "teatr, mimo że opiera się na iluzji, nie znosi kłamstwa". Te słowa idealnie podsumowują to, co Łukaszowi Czujowi udało się w Toruniu zbudować – teatr prawdziwy, odważny i bliski widzom, otwarty na szeroką publiczność. Pozostaje mi tylko życzyć mu z całego serca, aby ten piękny sen trwał dalej, teraz na legnickiej scenie.

Głos Widzów – Najważniejsi Jurorzy Wieczoru

Choć pożegnanie dyrektora nadało gali uroczysty ton, jej sercem było wręczenie Wilamów – nagród przyznawanych przez tych, dla których ten teatr istnieje na co dzień. Przez publiczność. To właśnie widzowie, głosując na swoich ulubieńców, decydują, kto w danym sezonie poruszył ich najbardziej, kto rozbawił do łez, a kto zmusił do głębokiej refleksji.

Najpopularniejsza Aktorka – Matylda Podfilska

Gdy ze sceny padło nazwisko Matyldy Podfilskiej, sala eksplodowała entuzjazmem. Aktorka, od ponad 20 lat związana z toruńską sceną, nie kryła ogromnego wzruszenia. Jej przemowa była niezwykle osobista i poruszająca. Dziękowała widzom za to, że umacniają ją w przekonaniu, że to, co robi, ma sens. Mówiła o zespole, bez którego nie byłoby tej magii, i o rodzinie, która daje jej siłę. Szczególnie ujął mnie moment, gdy podziękowała swojemu mężowi Wojtkowi – fotografowi, który od prawie 30 lat dokumentuje życie tego teatru. To był detal, który pokazał, jak sztuka i życie potrafią się nierozerwalnie splatać w tym miejscu. To opowieść sama w sobie.

Nagrodę pieniężną dla aktorki ufundowała firma Aniro, reprezentowana przez wiceprezesa Daniela Kaczmarczyka. To wspaniały przykład lokalnego biznesu, który od lat aktywnie wspiera toruńską kulturę, za co należą im się ogromne brawa.

Najpopularniejszy Aktor – Dariusz Bereski

Statuetka dla najpopularniejszego aktora trafiła w ręce Dariusza Bereskiego. Aktor, odbierając swojego drugiego Wilama (pierwszego, za rok 2019, z powodu pandemii mógł odebrać dopiero po dwóch latach!), również nie krył wzruszenia. W pięknych słowach podziękował widzom, bo jak sam powiedział – "nie ma nas, aktorów, teatru bez widowni". Jego podziękowania dla żony, która wspiera go w jego artystycznej drodze, pokazały ludzką twarz sukcesu – okupionego ciężką pracą, ale i wsparciem najbliższych.

Tutaj również nie zabrakło miłego akcentu od sponsora. Pan Wojciech Sobieszak z firmy Pacific Toruń wręczył laureatowi nagrodę specjalną, która, jak żartobliwie stwierdził, ma "wzmocnić piękną statuetkę".

Wieczór, który Daje Nadzieję i Inspiruje

Wyszedłem z Teatru Horzycy z poczuciem, że uczestniczyłem w czymś więcej niż tylko w gali. To było autentyczne święto pasji, talentu i lokalnej społeczności, która kocha swój teatr i tworzących go artystów. To niesamowite, jak w dzisiejszych, pędzących czasach, wciąż potrafimy się zatrzymać, by wspólnie przeżywać historie opowiadane ze sceny. I właśnie takie historie – o ludziach, miejscach i emocjach – chcę Wam opowiadać na moim blogu.

Jeśli interesują Was reportaże z takich niezwykłych wydarzeń i chcecie wspierać rozwój Okiem Obiektywu, serdecznie zapraszam Was do zaangażowania się. Każda forma pomocy pozwala mi docierać w takie miejsca i dzielić się z Wami ich unikalną historią.

Dziękuję, że jesteście częścią tej podróży!

8 cze 2025

Romeo i Julia w Krainie FAKAPU – Festiwal Kontakt 2025 w Teatrze Horzycy

Kontakt 2025. Szekspir spotyka TikToka w scenografii Lidla i Biedronki.

To był 4 czerwca. Tego dnia Festiwal Kontakt zaprosił mnie do Teatru im. Wilama Horzycy na spektakl, który zaskoczył mnie swoją formą i tematem. Spektakl "Romeo i Julia w Krainie FAKAPU" to teatr, który nie tyle szuka nowych form, co nowych powodów, żeby jeszcze w ogóle się spotykać. Bo nie o Szekspira tu chodzi. Chodzi o spotkanie. Z drugim człowiekiem. I z samym sobą.

Kondycja współczesna w rytmie Lidla i Biedronki – „Romeo i Julia” na Festiwalu Kontakt

Zaczęło się podobno od TikToka. Pomysł na świat podzielony jak Werona, tylko że zamiast Capuletich i Montecchich mamy Biedronkę i Lidla. Absurd? Oczywiście. Ale przecież to właśnie absurd – maska i lustro naszych emocjonalnych katastrof. Tak powstaje groteskowy mikroświat z dystopijną logiką korporacji, śmieszno-straszny, z kolorowymi uniformami, taśmami wyznaczającymi przestrzeń i ochroniarzem, który rozwiązuje krzyżówki. Tyle wystarczy, żeby pokazać, że nasz świat też jest wyklejony taśmą, a my nawet nie sprawdzamy, czy można wyjść poza jej linię.

Sztuka jako narzędzie rewolucji wewnętrznej

Największą siłą tego spektaklu jest to, że nie opowiada o zakochanych nastolatkach, tylko o ludziach, którzy uczą się emocji jak nowego języka. Którzy nigdy nie przeszli ani zawodu miłosnego, ani przyjacielskiego, bo nie mieli do tego narzędzi. Ich Romeo i Julia nie przeżyją tragedii – oni dopiero uczą się czuć. Patrzę na nich i mam wrażenie, że wchodzą w tekst Szekspira jak w mapę – linijka po linijce, nie rozumiejąc, ale szukając w tym jakiegoś sensu, może drogi do siebie.

To nie jest teatr, który chce zmieniać system. To teatr, który pokazuje, że można przynajmniej zmienić spojrzenie. Że sztuka może być pretekstem, żeby spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi i powiedzieć: jestem. I widzę cię.

Muzyka zamiast słów – jak śpiew opowiada emocje

Piosenki w tym spektaklu nie są tylko wstawkami. To wewnętrzne monologi bohaterów, ich emocje podane tak, jak potrafią je wyrazić. Bo przecież łatwiej zaśpiewać niż powiedzieć. Tak przynajmniej mówi jedna z aktorek i trudno się z nią nie zgodzić. To, co w słowie wypada drętwo lub niezręcznie, w rytmie i melodii nabiera lekkości i siły.

Muzyczność spektaklu nie wynika z konwencji, ale z potrzeby. Z potrzeby opowiedzenia o bliskości w świecie, w którym coraz trudniej nawiązać relację, w którym rozmowa staje się stresem, a spotkanie cudem. Świetnie widać to w scenach, gdzie zderzają się rytm pracy z rytmem serca, a powtarzalność dźwięków wyznacza stan ducha bardziej niż tekst.

Przesyt, lęk, wyzwolenie – czyli FAKAP jako diagnoza świata

„Kraina FAKAPU” to nie tylko ironiczny tytuł. To rozpoznanie wspólnej kondycji. Że się gubimy. Że nie umiemy. Że może nie trzeba umieć. Może wystarczy spróbować. I że nawet jak wszystko się zawali, to może właśnie wtedy na chwilę zrobi się miejsce dla prawdy. Jak w tym obrazie z muszkami owocówkami, które nie wylatują ze słoika, nawet gdy go już nie ma.

Czułość bez patosu – emocje na nowo

Ten spektakl nie jest ckliwy. Nie jest dydaktyczny. Jest czuły, ale nie naiwny. Pokazuje, że patos to może nie przeszłość, ale trzeba go przełamać ironią. Że szaleństwo zakochania nie musi być różowe. Może być kolorowe jak promocja w markecie, ale niesie ten sam ogień.

Na koniec – po co nam dziś Szekspir?

Spektakl „Romeo i Julia w Krainie FAKAPU” nie tyle reinterpretuje klasykę, co uczy nas od nowa, po co ta klasyka powstała. Być może Szekspir pisał o miłości, która łamie reguły. A tu miłość nie łamie niczego. Ona dopiero się uczy, że można cokolwiek złamać.

I za to jestem im wdzięczny.

Z Torunia do Chin – czyli „Romeo i Julia w Krainie FAKAPU” na Aranya Theatre Festival

Spektakl, który narodził się z TikToka i sceny Teatru Horzycy, ruszył w świat. Dosłownie. W czerwcu 2025 roku, kilka dni po Festiwalu Kontakt, twórcy „Romea i Julii w Krainie FAKAPU” zapakowali stroje, nuty i kawałek tej korporacyjnej dystopii i zabrali ją do Chin. Zaproszenie przyszło z Aranya Theatre Festival – niezwykłego, plenerowego wydarzenia artystycznego odbywającego się nad Morzem Żółtym, w miejscowości Qinhuangdao, niedaleko Pekinu.

Trzy wieczorne prezentacje spektaklu – 19, 20 i 21 czerwca – były częścią programu międzynarodowego. Polski zespół występował późnym wieczorem, kiedy zachodzące nad morzem słońce stawało się naturalną scenografią. I może właśnie ten pejzaż sprawił, że historia o zamknięciu, podziale i poszukiwaniu relacji zabrzmiała tam z nową siłą.

Polska spółka z ograniczoną wolnością

W wersji zaprezentowanej w Chinach akcja spektaklu toczy się w 2137 roku. Polska już nie istnieje – została zastąpiona przez dwa konkurujące ze sobą dyskonty: Bliblę i Stonkę. Państwo stało się korporacyjną przestrzenią, w której nikt nie zadaje pytań, a każdy zna swoje miejsce. W tym świecie książki trafiają do śmietników, a uczucia są jak nielegalne oprogramowanie – niepraktyczne, niepotrzebne, zbędne.

Jednak jedna z bohaterek – Kasia – znajduje egzemplarz „Romea i Julii” na zapleczu dyskontu. I od tego zaczyna się opowieść. Nie o szekspirowskich kochankach, ale o ludziach, którzy uczą się miłości na nowo. Dla Tomka – drugiego bohatera – ta książka staje się instrukcją obsługi emocji. I choć początkowo wydaje się podejrzany, z czasem zaczyna rozumieć, że bliskość to coś więcej niż produkt na półce. To ryzyko. I szansa.

Sztuka na cenzurowanym

Zanim jednak spektakl trafił na scenę w Aranya, cały scenariusz musiał przejść przez chińską cenzurę. I to było jedno z największych zaskoczeń. Twórcy nie kryli obaw – przecież sztuka pokazuje zniewolenie systemowe, podział, kontrolę i emocjonalny bunt. Wydawało się, że taka tematyka może zostać uznana za zbyt prowokującą. A jednak – spektakl przeszedł. Czy dlatego, że jego metafora okazała się wystarczająco uniwersalna? A może dlatego, że właśnie ta metafora tak bardzo poruszyła selekcjonerów?

W rozmowach aktorzy nie kryli ekscytacji. Michał Lazar wspominał, że najbardziej czekał na reakcję widzów z innego kręgu kulturowego. Bo przecież groteskowa dystopia z Bliblą i Stonką w tle może rezonować zupełnie inaczej w kraju, gdzie pojęcie wspólnoty, kontroli i podziałów przyjmuje zupełnie inne odcienie. Ciekawość mieszała się z niepewnością, ale i z dumą. Bo to, co zaczęło się jako żart z TikToka, stało się międzynarodowym językiem mówienia o potrzebie bliskości.

Miłość, która przekracza granice

Występy w Aranya były nie tylko sceniczną prezentacją. Były także spotkaniem. Z widzami, którzy przychodzili na spektakl z własnymi oczekiwaniami, historiami i lękami. Z festiwalem, który stawia na różnorodność i wyrazistość. I wreszcie – z samym sobą. Bo, jak mówi jedna z aktorek, to historia, w której nie ma jednego przesłania. To opowieść o tym, że być może warto czasem złamać wewnętrzne taśmy i sprawdzić, czy poza nimi nie ma życia.

I właśnie to – ta czułość, która nie zna granic – sprawia, że „Romeo i Julia w Krainie FAKAPU” zostają w głowie na długo. Niezależnie od tego, czy siedzisz na widowni w Toruniu, czy w Qinhuangdao.

Zemsta na Festiwalu Kontakt 2025: Fredro, Hopper i nagroda dla Stuhra

W ramach 29. edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Kontakt w Toruniu zaprezentowano „Zemstę” w reżyserii Michała Zadary – inscenizację, która nie tyle unowocześnia Fredrę, co wydobywa z jego tekstu to, co brutalne, głęboko ludzkie i zaskakująco współczesne. Mimo że spektakl grany jest wiernie – bez skrótów, z zachowaniem wersyfikacji – jego siła leży w zupełnie innym wymiarze niż szkolna lektura. Tu Fredro mówi głosem pokolenia, które zna samotność lepiej niż honor, władzę lepiej niż miłość, a groteskę lepiej niż komedię.

Scena zbiorowa ze spektaklu „Zemsta” w reżyserii Michała Zadary, Maciej Stuhr w roli Papkina, inspirowana obrazem „Nocne marki”
 
Gdy podnosi się kurtyna, widzów wita znajoma, choć pozornie nieprzystająca do polskiej klasyki sceneria: niebieska rama barowej witryny z napisem „Le Vieux Château”. To obraz. A dokładniej – żywe nawiązanie do jednego z najbardziej poruszających dzieł w historii amerykańskiego malarstwa: Nighthawks Edwarda Hoppera. I właśnie to uderzenie – wizualne i emocjonalne – nadaje całemu przedstawieniu kluczowy ton. Obraz, który od lat należy do moich absolutnych ulubionych, pokazuje ludzi zamkniętych w szklanym barze, obok siebie, ale jakby osobno. Bez możliwości ucieczki, bez szansy na prawdziwą bliskość. Tacy są też bohaterowie Zadary. Cześnik, Rejent, Papkin – wszyscy oni, mimo krzykliwego języka i bitewnych pozycji, są przede wszystkim bohaterami osamotnionymi. Ich zemsta to nie tylko walka o majątek – to krzyk rozpaczy, podszyty potrzebą uznania, bliskości, może nawet – miłości. W tej scenografii Fredro przestaje być staroświeckim komediopisarzem, a staje się współczesnym analitykiem duszy.

W centrum sceny pulsuje Maciej Stuhr, który za swoją kreację Papkina odebrał nagrodę dla najlepszego aktora festiwalu. Jego rola to nie tylko świetna robota aktorska – to osobny organizm sceniczny, balansujący pomiędzy karykaturą a bezbronnym człowiekiem. Stuhr gra ciało – spocone, nerwowe, rwane – ale też duszę postaci, która nie umie być bohaterem i dlatego staje się błaznem. W tym świecie nie ma już miejsca na heroiczne figury. Są tylko figury pozorne – takie, które wypalają się szybko, jak światło lampy neonowej w barze Hoppera.

Aktorzy spektaklu „Zemsta” na tle scenografii przypominającej „Nocne marki” Hoppera, Teatr Komedia, Festiwal Kontakt 2025

Zadara, znany z brawurowych interpretacji klasyki, ponownie zaskakuje. Nie szuka w Fredrze patosu, nie buduje dydaktyki. Zamiast tego bierze tekst dosłownie i obraca go o 180 stopni – nie w sensie treści, ale kontekstu. Tu wszystko rozgrywa się w brudzie emocji, w połamanym rytmie ciała, w twarzach, które zdradzają więcej niż słowa. A jednocześnie pozostaje w pełni wierny strukturze dramatu. Nie dopisuje nic. Po prostu – jak Hopper – umieszcza ludzi w świetle, w którym widać więcej.

„Zemsta” w toruńskim wykonaniu to spektakl, który zostaje w głowie i ciele. Dzięki wyrazistej oprawie wizualnej, dzięki mistrzowskiej roli Macieja Stuhra, ale też dzięki temu, że pozwala raz jeszcze przeczytać klasykę – nie oczami ucznia, ale człowieka. I zobaczyć, że za każdą walką o mur kryje się coś dużo bardziej osobistego: potrzeba bycia zauważonym. A czasem wystarczy barowy blat i parę postaci, by ten krzyk wybrzmiał mocniej niż cały akt zemsty.

19 lis 2024

Per Forever – historia, która pozostaje w sercu na zawsze

Wczoraj miałem zaszczyt obejrzeć „Per Forever”, poruszający dokument o życiu i karierze Pera Jonssona. Projekcja odbyła się w Teatrze Horzycy w ramach Camerimage – festiwalu, który jest miejscem spotkań najważniejszych twórców filmowych i wielbicieli kina. Film ten nie tylko ukazuje chwałę sportowych sukcesów, ale też zgłębia życie po dramatycznym wypadku, który zmienił losy bohatera.

Per Forever – historia, która pozostaje w sercu na zawsze

Twórcy, którzy oddali serce temu projektowi

Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest Tomasz Gezela, dla którego ta produkcja to nie tylko profesjonalne wyzwanie, ale także osobiste spełnienie. Jak przyznał podczas spotkania po projekcji, Per Jonsson to postać, która od dzieciństwa go inspirowała. Dzięki pomocy Łukasza Śliwy, odpowiedzialnego za zdjęcia i montaż, powstał obraz, który jest jednocześnie dokumentem i hołdem dla bohatera.

W realizacji filmu uczestniczyło również wiele innych niezwykle ważnych osób, w tym Kuba Konieczka i Karol Lejman, producenci, którzy nadali projektowi odpowiednią skalę i wizję. Istotną rolę odegrał także Jacek Gajewski, producent, dla którego relacja z Perem była głęboko osobista, co dodało filmowi niezwykłej autentyczności. Ważnym członkiem zespołu był również Radosław Zieliński, producent wykonawczy, który nie tylko koordynował działania, ale także aktywnie uczestniczył w selekcji materiałów archiwalnych, wzbogacając film o unikalne treści.

Historia Pera Jonssona – sportowiec i człowiek

Film nie skupia się wyłącznie na karierze sportowej Pera. Dzięki licznym wywiadom (aż 23!) widz ma okazję poznać go także jako człowieka. Rozmowy z rodziną, przyjaciółmi, współzawodnikami i kibicami ukazują wielowymiarowy obraz bohatera – od chwil triumfu po walkę z przeciwnościami losu.

Kulisy powstania filmu "Per Forever"

Podczas seansu wybrzmiało, jak ważna dla Pera była możliwość opowiedzenia swojej historii. Nie tylko jako żużlowca, który zdobył tytuł mistrza świata, ale także jako człowieka, który po wypadku udowodnił, że życie na wózku może być pełne emocji i realizacji. 

Kulisy powstania filmu

Jak podkreślali twórcy, praca nad filmem była wyzwaniem. Realizacja rozpoczęła się w marcu 2024 roku, a premiera odbyła się już we wrześniu. Intensywne tempo wymagało nie tylko organizacji, ale też głębokiej motywacji. Jak przyznał Tomasz Gezela: „Każda sekunda tego filmu to doświadczenie pracy z wyjątkowym człowiekiem. Per otworzył przed nami swój świat, co było dla nas ogromnym zaszczytem”.

Ogromną rolę odegrała również selekcja materiałów archiwalnych. Zarówno te z Polski, jak i z telewizji szwedzkiej, pozwoliły przybliżyć widzom pełny obraz życia bohatera.

Perspektywy na przyszłość

Film „Per Forever” to dzieło, które zasługuje na szeroką publiczność. Twórcy intensywnie pracują nad dystrybucją, planując udostępnienie go na platformach VOD oraz kolejne pokazy na międzynarodowych festiwalach.

Twórcy filmu dokumentalnego „Per Forever”

„Per Forever” to nie tylko dokument, ale także uniwersalna opowieść o wytrwałości, przyjaźni i pasji. Dla mnie, jako widza, była to wyjątkowa podróż, która pozostawiła wiele refleksji. Gorąco polecam ten film każdemu – nie tylko fanom sportu, ale każdemu, kto szuka inspiracji i głębokich emocji w kinie.

Per Jonsson – Powrót do wspomnień i niegasnący duch żużla

Podczas ostatniego pokazu filmu dokumentalnego „Per Forever” 12 grudnia 2024 r. w Kinie Centrum w CSW Toruń miała miejsce wyjątkowa podróż w czasie, która przywołała wspomnienia nie tylko związane z Perem Jonssonem, ale także z dawnym żużlowym Toruniem. Wiele momentów spotkania ukazało, jak historia jednego człowieka może na trwałe wpisać się w tożsamość miasta i jego mieszkańców. Po projekcji odbyło się spotkanie z Perem Jonssonem, który tym razem połączył się z kibicami online. Dzięki technologii mogliśmy ponownie doświadczyć jego obecności i wysłuchać refleksji na temat jego niezwykłej historii.

Zdjęcie z pokazu „Per Forever” (12 grudnia 2024)

Już na początku wydarzenia wspomniano o stadionie przy ulicy Broniewskiego, gdzie Jonsson ścigał się w czasach swojej świetności. To właśnie tam kibice Apatora Toruń przeżywali największe emocje, kibicując swojemu bohaterowi. Chociaż tego stadionu już nie ma, jego duch wciąż żyje we wspomnieniach mieszkańców. Jak podkreślono podczas pokazu - Jak widzieliście w filmie, też musiał przewartościować swoje życie, ale nadal jest tym samym człowiekiem, który ścigał się tutaj nieopodal, czyli na stadionie przy ulicy Broniewskiego”.

Przy okazji premiery filmu w Toruniu, Per Jonsson miał możliwość ponownego spotkania z kibicami i podzielenia się swoimi refleksjami. Jego obecność, choć tym razem w formie zdalnej, była dla wielu wzruszającym doświadczeniem. Atmosfera była pełna ciepła, a Per z radością odpowiadał na pytania, podkreślając, że Toruń stał się jego drugim domem. Jego słowa były pełne wdzięczności - Czuję się jak drugi w Toruniu. To był tylko żużel i aż żużel, ale jestem naprawdę bardzo wdzięczny za to, co się stało.

Spotkanie online z Perem Jonssonem

Per wspominał także momenty, kiedy po latach wrócił do Torunia i spotkał młodsze pokolenia kibiców - Podczas tej pierwszej premiery podeszły do mnie takie dwie dziewczynki. Drapałem się po głowie, myśląc, że to niemożliwe, by pamiętały kim jestem. Ale powiedziały, że w ich domu jestem zawsze obecny, bo rodzice chodzili na żużel i oglądali moje wyścigi.

To pokazuje, że jego legenda trwa nie tylko w sercach tych, którzy widzieli jego wyczyny na żywo, ale także tych, którzy poznali jego historię dzięki rodzinnej tradycji.

Nie zabrakło również humorystycznych wspomnień. Jedna z anegdot dotyczyła żartów w szatni z kolegą z drużyny, Sławkiem Derdzińskim - Sławek mył włosy, a Per ciągle dolewał mu szamponu. Nie mógł zmyć piany przez długie minuty. To były chwile, które pokazują, że byliśmy nie tylko drużyną, ale przede wszystkim przyjaciółmi.

W rozmowie pojawiły się także refleksje na temat zmian w żużlu. Jonsson zauważył, że dzisiejszy sport jest bardziej techniczny, a relacje między zawodnikami nieco inne niż w jego czasach - Dzisiaj zawodnicy mają więcej sekretów. My byliśmy bardziej otwarci, pomagaliśmy sobie nawzajem. Jeździliśmy z płotem, siatką i słupkami. Teraz są bandy dmuchane, ale sport stał się przez to bardziej brutalny.

Per Jonsson, mimo trudności zdrowotnych, nadal jest zaangażowany w świat żużla. Wspominał, że ogląda mecze Grand Prix i śledzi wyniki Apatora Toruń. Jego miłość do tego sportu pozostała niezmienna, a Toruń wciąż jest dla niego źródłem inspiracji i energii - Każdy powrót do Torunia to dla mnie wielka radość. To miejsce jest pełne wspomnień, które zawsze będę pielęgnować.

Podczas spotkania nie zabrakło także wdzięczności dla twórców filmu. Per podkreślił, że „Per Forever” to nie tylko opowieść o jego karierze, ale także o sile wspólnoty i więzi, które przetrwały próbę czasu - Tytuł ‘Per Forever’ nie mógł być inny. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego filmu.

Film Per Forever i spotkania takie jak to pokazują, że żużel to coś więcej niż sport. To historia ludzi, którzy dzięki swojej pasji i wytrwałości stają się legendami. To także wspólnota kibiców, którzy pielęgnują te wspomnienia i przekazują je kolejnym pokoleniom. Toruń na zawsze pozostanie miejscem, gdzie duch Pera Jonssona jest żywy, a jego historia inspiruje zarówno starszych, jak i młodszych fanów żużla.

30 wrz 2024

120-lecie Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu: historia, architektura i wpływ na kulture polską

30 września 2024 roku minęła 120. rocznica otwarcia Teatru Miejskiego w Toruniu, obecnie znanego jako Teatr im. Wilama Horzycy. Historia tego teatru odgrywa istotną rolę zarówno w kontekście rozwoju miasta, jak i kształtowania polskiego życia teatralnego w Toruniu.

Historia teatru w kontekście politycznym i artystycznym

Po wybudowaniu Teatru Miejskiego w 1904 roku, przez pierwsze 16 lat jego działalności nie wystawiano tam polskich sztuk. W okresie zaborów, gdy Toruń znajdował się pod panowaniem pruskim, teatr ten był narzędziem propagandy niemieckiej, służącym promowaniu niemieckiej kultury, co oznaczało całkowite wykluczenie polskiego repertuaru. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1920 roku Polacy przejęli teatr i zaczęli budować własną scenę teatralną. Proces ten wiązał się z licznymi trudnościami organizacyjnymi oraz politycznymi.

120-lecie Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu

Secesyjne zdobienia i ich historia Teatru Horzycy w Toruniu

Ważnym elementem historii Teatru Miejskiego są również jego walory architektoniczne, a zwłaszcza zdobienia secesyjne, które w pierwszych latach budziły duże emocje. Fasada teatru była zdobiona rzeźbami przedstawiającymi muzyk, które zostały wykonane przez znanego berlińskiego rzeźbiarza Ernsta Hertera. Herter był cenionym artystą, który tworzył rzeźby na zlecenie m.in. cesarza Wilhelma II. Pomimo jego renomy rzeźby muzyk nie spotkały się z entuzjazmem władz miasta Torunia, które uznały, że nie odpowiadają one w pełni wcześniejszym szkicom. Mimo że niemiecka Komisja Artystyczna uznała te figury za doskonałe, władze miejskie miały zastrzeżenia, zwłaszcza do materiałów, z jakich wykonano rzeźby. W prasie niemieckiej pojawiły się nawet humorystyczne komentarze, które nawiązywały do kontrowersji wokół tych postaci. Ostatecznie dokonano pewnych napraw, a rzeźby otrzymały dziesięcioletnią gwarancję.

Jednak w okresie II wojny światowej doszło do kolejnej ingerencji w fasadę teatru. Z gmachu zdjęto cesarskie orły, co symbolizowało koniec niemieckiej dominacji. Ten akt miał również wymiar polityczny, symbolizując wymazanie śladów zaborczych rządów.

Odkrycia badawcze

W ostatnim czasie dokonano odkryć, które rzucają nowe światło na historię teatru w Toruniu. Dotarcie do nieznanych wcześniej dokumentów, odnalezionych zarówno w Berlinie, jak i w polskich archiwach, m.in. w Książnicy Kopernikańskiej, Archiwum Państwowym w Toruniu oraz w archiwach bydgoskich, umożliwiło odtworzenie procesu kształtowania się polskiego życia teatralnego po odzyskaniu niepodległości przez Polskę.

Secesyjne zdobienia i ich historia Teatru Horzycy w Toruniu

Jednym z kluczowych odkryć były dokumenty związane z Komitetem Teatralnym, na czele którego stał Artur Górski, literat i działacz kulturalny. Protokół z tych dyskusji pozwolił zrekonstruować rozmowy dotyczące wyboru repertuaru na otwarcie teatru w listopadzie 1920 roku. Pierwszą polską sztuką wystawioną na toruńskiej scenie była „Zemsta” Aleksandra Fredry, mimo że sugerowano, by zadebiutować „Dziadami” Mickiewicza lub „Księdzem Markiem” Słowackiego. Ostatecznie uznano, że ten repertuar będzie zbyt wymagający dla nowo powstałego zespołu teatralnego.

Dodatkowo, w kwietniu 1920 roku w budynku teatru po raz pierwszy zabrzmiało polskie słowo. Ludwik Dybizbański, dyrektor polskiego zespołu teatralnego, wynajął salę od niemieckiego dyrektora, który wciąż zarządzał teatrem, mimo że Toruń był już pod polską administracją. Ten epizod ilustruje, jak skomplikowane były relacje polsko-niemieckie w kontekście teatru.

Teatr toruński w cieniu germanizacji: między propagandą a potrzebami społeczności

Warto przyjrzeć się bardziej szczegółowo procesowi germanizacji i propagandowej funkcji, jaką przypisywano teatrowi toruńskiemu. Pomimo wyraźnych intencji władz niemieckich, zarówno Polacy, jak i Niemcy stopniowo zaczęli dystansować się od tej instytucji. Przyczyną tego było zapewne wyraźne podporządkowanie repertuaru ideologicznym celom, co ograniczało swobodę artystyczną i zniechęcało publiczność do uczestnictwa w spektaklach.

Jednym z kluczowych momentów, który ukazuje ambiwalentny stosunek lokalnej społeczności do Teatru Miejskiego, było odcięcie się od sztuk o charakterze stricte politycznym, które początkowo miały dominować. Z czasem niemieccy dyrektorzy teatralni, widząc spadek frekwencji, zmieniali repertuar na lżejszy, oferując więcej operetek i komedii, co wyraźnie pokazuje, że propaganda nie była w stanie zdominować gustów odbiorców. Teatr stawał się miejscem mniej intensywnej konfrontacji ideologicznej, a bardziej przestrzenią dla rozrywki, chociaż nadal kontrolowaną przez władze.

Z drugiej strony, kwestia zdemontowania orłów i innych elementów dekoracyjnych podczas niemieckiej okupacji w latach 40. jest doskonałym przykładem, jak głęboko władze III Rzeszy ingerowały w przestrzeń publiczną, starając się dostosować budynki i inne struktury do swoich estetycznych i ideologicznych standardów. Uproszczenie elewacji Teatru Miejskiego nie było przypadkowe — stylizowane orły czy inne ozdobne elementy architektoniczne, postrzegane jako burżuazyjne, nie pasowały do nowego, uproszczonego i ideologicznie "czystego" stylu nazistowskiego. Wyeliminowanie tych elementów było częścią szerszej polityki estetycznej, mającej na celu stworzenie wrażenia jednolitości i prostoty, zgodnie z wizją teatru ludowego ("Volkstheater"), przeznaczonego dla mas, a nie dla elit.

Niemieccy architekci i politycy nie zawsze byli zgodni co do tego, jak powinny wyglądać te zmiany. W rezultacie dochodziło do pewnych niespójności w realizacji wytycznych, a niektóre decyzje podejmowane na poziomie lokalnym były sprzeczne z ogólną linią propagandową. To pokazuje, jak trudne było utrzymanie spójnej polityki kulturalnej i architektonicznej, nawet w tak zcentralizowanym systemie, jakim była III Rzesza.

Ostatecznie teatr toruński, mimo wielu prób uczynienia go narzędziem politycznym, pozostał przestrzenią artystyczną, która musiała balansować między oczekiwaniami władzy a rzeczywistymi potrzebami widowni.

Teatr Horzycy - Kulturalny symbol Torunia

Teatr Miejski, dziś Teatr im. Wilama Horzycy, przez dekady był świadkiem najważniejszych wydarzeń politycznych i kulturalnych w regionie. Jego historia jest pełna nie tylko sukcesów artystycznych, ale także momentów napięć związanych z walką o polską tożsamość w zaborze pruskim.

Obchody 120-lecia Teatru Miejskiego przypominają, że sztuka i teatr odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu kultury narodowej, nawet w najtrudniejszych czasach. To doskonała okazja, by bliżej poznać historię tego wyjątkowego miejsca, które przez lata stanowiło przestrzeń dialogu, konfrontacji i wspólnego dziedzictwa kulturowego.