Okiem Obiektywu: kujawy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kujawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kujawy. Pokaż wszystkie posty

4 paź 2026

Parchanie śladami generała Sikorskiego. Dwór, kościół i historia ukryta w kujawskiej wsi

Gdy słyszymy nazwisko Władysława Sikorskiego, zwykle myślimy o polskim rządzie na emigracji, II wojnie światowej i katastrofie lotniczej pod Gibraltarem. Tymczasem część historii generała rozgrywała się znacznie bliżej nas, pośród pól Kujaw. W Parchaniu, niewielkiej wsi niedaleko Inowrocławia, miał dom, do którego wracał z żoną i córką przez kilkanaście lat.

Pomnik generała Sikorskiego przy drodze w Parchaniu, z drzewami i budynkiem w tle.

Przyjeżdżam tu właśnie dla tej mniej znanej opowieści. Chcę zobaczyć miejsce, w którym Sikorski prowadził gospodarstwo, pisał o sprawach wojska i polityki, a także uczestniczył w ważnych wydarzeniach rodzinnych. Parchanie nie przytłacza liczbą atrakcji. Jego historia odsłania się powoli: przy dawnym dworze, w kościele św. Wojciecha i w miejscach, gdzie mieszkańcy zachowali pamięć o generale.

Parchanie w kilku zdaniach
Dom Sikorskich na Kujawach w latach 1923–1939. Kościół, w którym 30 września 1936 roku pobrali się Zofia Sikorska i Stanisław Leśniowski. Miejsca pamięci oraz Muzeum gen. Władysława Sikorskiego w fazie organizacji. Niewielka wieś, w której historia państwa spotyka się z historią jednej rodziny.

Gdzie leży Parchanie?

Parchanie znajduje się w gminie Dąbrowa Biskupia, w powiecie inowrocławskim. To dobry cel na spokojną wycieczkę po Kujawach, szczególnie jeśli chcemy połączyć wizytę we wsi ze spacerem po Inowrocławiu. Warto jednak dać sobie czas na samo Parchanie. Łatwo przejechać przez nie w kilka minut i ominąć historię, dla której przyjechaliśmy.

Jak Władysław Sikorski trafił do Parchania?

W 1923 roku Władysław Sikorski kupił w Parchaniu ziemię wraz z budynkiem określanym jako dwór, choć historycy nazywają go również dawną rządcówką. Nabył tę nieruchomość na mocy przepisów o osadnictwie wojskowym. Przez następne 16 lat, aż do wybuchu II wojny światowej, spędzał tutaj z rodziną przede wszystkim miesiące wiosenne i letnie.

To szczegół, który zmienia sposób patrzenia na generała. W podręcznikowej biografii łatwo zobaczyć ciąg stanowisk, sporów i decyzji politycznych. W Parchaniu dostrzegamy także człowieka związanego z konkretnym domem i gospodarstwem. Sikorski zajmował się tutejszym majątkiem, a jednocześnie pracował nad tekstami dotyczącymi wojska, obronności i sytuacji międzynarodowej. Kujawska wieś była więc dla niego miejscem codziennego życia oraz pracy intelektualnej.

Generał przy biurku i w gospodarstwie

Parchanie pozwala zobaczyć Sikorskiego także jako autora i analityka. Według materiałów Powiatu Inowrocławskiego właśnie tutaj powstawały liczne jego teksty wojskoznawcze i publicystyczne. Regularnie współpracował z „Kurierem Warszawskim”, publikując analizy bezpieczeństwa międzynarodowego i obronności. Spokój wsi nie oznaczał więc odcięcia od spraw Europy. W domu na Kujawach nadal pracował nad zagadnieniami, które miały ogromne znaczenie dla przyszłości Polski.

Warto pamiętać, że określenie „resztówka” odnosi się do części majątku pozostałej po parcelacji. Za słowem „dworek” kryło się również gospodarstwo wymagające zarządzania. Z tego powodu opowieść o Parchaniu najlepiej czytać jednocześnie jako historię rodzinnego domu i miejsca pracy generała.

Władysław Sikorski na spacerze z psem w Parchaniu, 1936 rok.
Zatrzymajmy się przy fotografii
Archiwalne zdjęcie generała spacerującego z psem po polnej drodze w Parchaniu pokazuje codzienność, która rzadko trafia do podręczników. W zestawieniu ze współczesnymi zdjęciami wsi przypomina, że za nazwiskiem znanym z historii stał człowiek związany z konkretnym krajobrazem.

Dwór generała Sikorskiego: najważniejszy adres we wsi

Dawny dom Sikorskich jest głównym powodem, dla którego miłośnicy historii odwiedzają Parchanie. Nie warto jednak wyobrażać go sobie jako okazałego pałacu. To skromniejszy budynek związany z dawnym majątkiem ziemskim. Właśnie ta skala robi wrażenie: wydarzenia znane z historii Polski łączą się tutaj ze zwyczajnym, wiejskim domem.

Frontowa elewacja dawnego dworu generała Sikorskiego w Parchaniu, z wejściem pośrodku i czerwonym dachem.

Losy dworu po wojnie nie były proste. Przez lata mieszkańcy, regionaliści i historycy zabiegali o zachowanie budynku i stworzenie w nim miejsca poświęconego generałowi. W 1995 roku dwór wraz z parkiem wpisano do rejestru zabytków. Obecnie miejsce rozwija Muzeum gen. Władysława Sikorskiego w Parchaniu, które w swojej nazwie informuje, że pozostaje „w fazie organizacji”. Warto odróżnić istnienie placówki i jej działalność popularyzatorską od stałej dostępności wszystkich wnętrz dla zwiedzających. Przy budynku prowadzono również prace remontowe, dlatego przed wyjazdem warto sprawdzić aktualne możliwości zwiedzania wnętrz.

Nawet gdy nie uda się wejść do środka, przyjazd ma sens. Stojąc przy dawnym domu generała, łatwiej zrozumieć, dlaczego Parchanie zajmuje w jego biografii szczególne miejsce. Nie był to krótki przystanek na trasie ani adres związany wyłącznie z jedną uroczystością. Sikorski wracał tutaj przez większą część okresu międzywojennego.

generał Sikorski z rodziną przed dworem w Parchaniu.

Kościół św. Wojciecha i ślub Zofii Sikorskiej

Kolejnym miejscem, przy którym warto się zatrzymać, jest kościół parafialny pw. św. Wojciecha. Obecna świątynia powstała w 1840 roku, a na początku XX wieku dobudowano do niej wieżę. To ciekawy zabytek sam w sobie, ale w opowieści o rodzinie Sikorskich ma także znaczenie osobiste.

Wieża kościoła św. Wojciecha w Parchaniu górująca nad dachem sąsiedniego budynku.

30 września 1936 roku w parchańskim kościele Zofia Sikorska, córka generała, poślubiła porucznika Stanisława Leśniowskiego. Ta data przypomina, że Parchanie było dla rodziny czymś więcej niż letnim adresem. Właśnie tutaj odbyła się jedna z najważniejszych rodzinnych uroczystości.

Warto przyjrzeć się również samej architekturze kościoła: szkieletowej konstrukcji z ceglanym wypełnieniem, murowanej wieży i zachowanemu wyposażeniu wnętrza. Jeśli świątynia jest otwarta, zajrzyjmy do środka; jeśli pozostaje zamknięta, już obejście budynku pozwala zobaczyć jeden z najważniejszych zabytków Parchania.

30 września 1936 roku: wesele we dworze i święto mieszkańców

Ten rodzinny rozdział historii Parchania wrócił we wspomnieniu opublikowanym przez muzeum 30 września 2026 roku, dokładnie w 90. rocznicę ślubu. Placówka przypomniała, że po ceremonii w kościele wesele odbyło się we dworze Sikorskich. Generał pomyślał również o mieszkańcach wsi: urządził dla nich poczęstunek w wynajętym domu majora Wagnera.

Ten szczegół jest ważny, ponieważ pokazuje, jak rodzinna uroczystość łączyła się z życiem miejscowej społeczności. Wesele nie ograniczało się do wydarzenia za zamkniętymi drzwiami dworu. Także mieszkańcy Parchania uczestniczyli w świętowaniu, a zachowane fotografie pozwalają zobaczyć atmosferę tego dnia.

Na jednym ze zdjęć Władysław Sikorski wychodzi z domu z córką Zofią. W przekazanym opisie fotografii wymieniono także księdza prałata Władysława Pilina, Stanisława Leśniowskiego i Helenę Sikorską. Drugie ujęcie pokazuje powitanie nowożeńców przez młodzież z Parchania po wyjściu z kościoła. Ozdobiona brama, stroje uczestników i zgromadzeni mieszkańcy tworzą obraz uroczystości zakorzenionej w miejscowej wspólnocie.

wyjście rodziny Sikorskich z domu w dniu ślubu Zofii, 30 września 1936 roku
powitanie Zofii i Stanisława Leśniowskich przez młodzież z Parchania po wyjściu z kościoła.
Ślub, który pamięta Parchanie
30 września 1936 r. - ślub Zofii Sikorskiej i Stanisława Leśniowskiego w kościele św. Wojciecha.
Po ceremonii - wesele we dworze oraz poczęstunek dla mieszkańców w domu mjr. Wagnera, o którym przypomniało muzeum.
30 września 2026 r. - 90. rocznica wydarzenia i powrót do rodzinnych fotografii.

Zofia Leśniowska: wojna, rozłąka i Gibraltar

Patrząc na zdjęcia ślubne, znamy już dalszy ciąg tej historii. Uczestnicy uroczystości nie mogli wiedzieć, że niespełna trzy lata później wybuch wojny rozdzieli małżonków. Jak przypomniało muzeum, Stanisław Leśniowski dostał się do niewoli podczas kampanii wrześniowej, a Zofia zimą przedostała się do Francji.

Na fotografii wykonanej przy samolocie widzimy Zofię w zupełnie innym otoczeniu niż na kujawskich zdjęciach weselnych. Ten kontrast dobrze pokazuje zmianę, którą przyniosła wojna: od rodzinnego święta w Parchaniu do życia na emigracji, w cieniu działań wojennych i obowiązków ojca.

Zofia Leśniowska przy samolocie

4 lipca 1943 roku Zofia zginęła w katastrofie lotniczej pod Gibraltarem, towarzysząc ojcu w podróży inspekcyjnej. Władysław Sikorski był wówczas premierem rządu RP na uchodźstwie i Naczelnym Wodzem. Dla historii Polski był to dramat o wielkich konsekwencjach politycznych; dla rodziny - utrata ojca i córki podczas tej samej podróży.

Stanisław Leśniowski przeżył wojnę i pozostał na emigracji. Według wspomnienia muzeum zmarł na Cyprze w 1987 roku. W kilku datach mieści się historia małżeństwa przerwanego przez wojnę: ślub na Kujawach, rozłąka, śmierć Zofii i dalsze życie Stanisława poza Polską.

Dlatego podczas wizyty w Parchaniu warto poświęcić chwilę również Zofii. Jej los nadaje temu miejscu dodatkowy wymiar. Dwór i kościół przywołują czas, w którym rodzina mogła jeszcze świętować razem, zanim wojna zmieniła jej życie.

Parchanie warto oglądać także przez rodzinne fotografie: dom, dzień ślubu, powitanie przez mieszkańców i spacer polną drogą. Dzięki nim wielka historia nabiera ludzkiej skali.

Jak Parchanie pamięta generała?

Ślady Sikorskiego nie kończą się na dworze i kościele. We wsi działała Izba Pamięci poświęcona generałowi, a jego postać upamiętniono także w przestrzeni publicznej. Przyjeżdżając tutaj, warto potraktować te miejsca jako część jednej historii: domu, rodziny i pamięci przekazywanej przez kolejne pokolenia mieszkańców.

Wejście do ceglanego budynku Izby Pamięci Generała Władysława Sikorskiego w Parchaniu; na ścianie wiszą tablice informacyjne.

Szczególnie porusza mnie w Parchaniu to, że pamięć o generale nie opiera się wyłącznie na jego wojennej funkcji Naczelnego Wodza. Mieszkańcy zachowali również opowieść o jego przedwojennym związku z wsią. Dzięki temu możemy spojrzeć na znaną postać historyczną przez pryzmat miejsca, w którym rzeczywiście żyła.

Szkoła, Izba Pamięci i fotografie dawnych uroczystości

O związku generała z wsią przypomina także szkoła. Widoczna na moich zdjęciach tablica informuje, że w 1981 roku, w setną rocznicę urodzin Sikorskiego, nadano placówce jego imię. Z kolei głaz poświęcony patronowi szkoły upamiętnia 130. rocznicę urodzin. To dwa materialne ślady pamięci przekazywanej kolejnym pokoleniom.

Archiwalne fotografie uroczystości odsłonięcia tablicy pokazują, jak szerokie było zainteresowanie upamiętnieniem generała. Zgodnie z przekazanym opisem uczestniczyli w nim mieszkańcy Parchania i okolicznych miejscowości, kombatanci, przedstawiciele władz oraz duchowieństwo. Fotografie przypominają, że zachowanie pamięci o Sikorskim było wspólną sprawą wielu środowisk.

Uczestnicy uroczystości i odsłonięcie tablicy

Piknik Generalski - historia, do której można wrócić

Muzeum przypomina o Sikorskich również podczas wydarzeń. We wpisie z 30 września 2026 roku zapowiedziało, że na sobotnim Pikniku Generalskim 3 października 2026 roku przypomni także sylwetkę Zofii. To dobry przykład tego, jak działalność placówki poszerza opowieść o Parchaniu o losy najbliższych generała.

Przed wyjazdem
Aktualne informacje o wydarzeniach i możliwości zwiedzania sprawdzisz na profilu Muzeum gen. Władysława Sikorskiego w Parchaniu - w fazie organizacji. Zapowiedź Pikniku Generalskiego dotyczy 3 października 2026 roku; przy późniejszej lekturze sprawdź kolejne terminy bezpośrednio u organizatora.

Z Parchania do Inowrocławia śladami Sikorskiego

Historię tej wycieczki warto domknąć w Inowrocławiu. Generał wielokrotnie odwiedzał miasto: przyjeżdżał zarówno w związku ze sprawami wojskowymi, jak i do tutejszego uzdrowiska. Najłatwiej odnaleźć ten związek w Parku Solankowym, gdzie stoi jego pomnik w formie ławeczki.

Ławeczka znajduje się przy ulicy Zygmunta Wilkońskiego, przy zachodniej alejce łączącej Muszlę Koncertową z Zakładem Przyrodoleczniczym. Jej autorem jest bydgoski rzeźbiarz Marek Rona, a pomnik odsłonięto 15 sierpnia 2005 roku. To dobry finał wyprawy: po cichym Parchaniu trafiamy do uzdrowiskowego parku, który generał również znał z własnych pobytów.

Najważniejsze daty
1923 - zakup majątku w Parchaniu.
1923-1939 - przedwojenne pobyty rodziny Sikorskich na Kujawach.
30 września 1936 - ślub Zofii i Stanisława.
1939 - wojna i rozłąka małżonków.
4 lipca 1943 - śmierć generała i Zofii pod Gibraltarem.
1981 - nadanie szkole imienia Sikorskiego.
1995 - wpis dworu i parku do rejestru zabytków.
15 sierpnia 2005 - odsłonięcie ławeczki w Inowrocławiu.
30 września 2026 - 90. rocznica ślubu.

Jak zaplanować wycieczkę do Parchania?

  • Zacznij od Parchania. Zobacz dawny dwór generała, kościół św. Wojciecha i miejsca jego upamiętnienia we wsi.
  • Sprawdź dostępność muzeum przed wyjazdem. Zakres zwiedzania wnętrz może się zmieniać, zwłaszcza podczas prac przy zabytku.
  • Zostaw czas na Inowrocław. Spacer po Parku Solankowym i wizyta przy ławeczce Sikorskiego dobrze uzupełniają historię poznaną w Parchaniu.
  • Uszanuj charakter miejsca. Dwór, teren wokół niego i kościół są częścią żywej miejscowości, a nie tylko plenerem do zdjęć.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Parchanie pokazuje historię w skali, której nie dają wielkie pomniki. Wiemy, że Sikorski był premierem, generałem i Naczelnym Wodzem. Tutaj możemy wyobrazić sobie również jego przedwojenne powroty na Kujawy: do domu, rodziny, gospodarstwa i pracy nad kolejnymi tekstami.

Głaz z tablicą poświęconą generałowi Władysławowi Sikorskiemu, ustawiony przez społeczność szkoły w Parchaniu.

Jeśli lubicie odkrywać miejsca położone poza najpopularniejszymi trasami, zapamiętajcie nazwę tej wsi. Parchanie pozwala spojrzeć na dzieje Polski z bliska, bez pośpiechu. A po wizycie przy dawnym dworze i kościele można ruszyć do inowrocławskich Solanek, by dopisać do tej opowieści jeszcze jeden kujawski rozdział.

Czy byliście już w Parchaniu? A może znacie inne niewielkie miejscowości na Kujawach, w których kryją się równie ciekawe historie? Napiszcie w komentarzu.


Jeśli podoba Ci się moja praca i chcesz wesprzeć tworzenie kolejnych reportaży oraz materiałów wideo, postaw mi symboliczną kawę na buycoffee.to/okiemobiektywu. Dziękuję, że tu jesteś!

Szukasz profesjonalnego wsparcia wideo lub fotograficznego? Sprawdź moją ofertę:

7 lut 2026

Koza Kujawska w Toruniu - Zapustne szaleństwo i tradycja na ulicach miasta

Słyszycie to? To nie tylko muzyka. To dźwięk bębnów, skrzypiec i okrzyków, które nie chcą być tłem - chcą być początkiem. Tak właśnie budzi się ziemia! Choć jesteśmy w sercu gotyckiego Torunia, tuż obok pomnika Kopernika i w cieniu średniowiecznych kamienic, to dziś miasto przejęła Koza. Duch dawnej kujawskiej wsi przeszedł przez brukowane ulice, a ja miałem zaszczyt i radość iść razem z nim. Zapraszam na reportaż z jednego z najbardziej magicznych obrzędów karnawałowych w Polsce. Dziś chodzimy z Kozą!

Uczestniczki zapustów w Toruniu, ludowe stroje i długie czerwono-niebieskie wstążki podczas chodzenia z kozą

Zapusty - magia ukryta pod maską

„Chodzenie z kozą” nie jest zwykłym karnawałem ani lokalnym festynem. To echo pradawnych rytuałów, zakorzenionych jeszcze przed nadejściem chrześcijaństwa, głęboko związanych z magią płodności, śmierci i odrodzenia. Zapusty - czas od tłustego czwartku do wtorku przed Środą Popielcową - to chwile, gdy świat staje na głowie, a to co stare, musi ustąpić miejsca nowemu. Dawniej wiejskie drogi Kujaw należały do korowodów maszkar. Dziś ten duch odradza się w samym sercu nowoczesnego miasta.

W 2020 roku „chodzenie z kozą” na Kujawach zostało wpisane na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego - i to nie przypadek. To żywa tradycja, która potrafi poruszyć serce i roztańczyć nogi, a jej wpis na listę to dowód na to, jak wielką wagę przywiązujemy do zachowania naszej tożsamości.

Na czele idzie ona - Koza. Jej rytualna „śmierć” i gwałtowne „zmartwychwstanie” to symboliczny koniec zimy i początek nowego cyklu życia. Ale Koza nie jest sama. Towarzyszy jej cała plejada postaci, z których każda niesie ze sobą ładunek dawnych wierzeń:

  • Niedźwiedź - uosobienie siły uśpionej w ziemi, która musi się obudzić. Tarzając się po polach (a dziś po toruńskim bruku), symbolicznie przekazuje naturze swoją moc i witalność.
  • Bocian - zwiastun wiosny i nowego życia. Zgodnie z tradycją, dziobnięcie przez bociana to dla niezamężnych dziewczyn wróżba rychłego zamążpójścia i macierzyństwa.
  • Postacie dwoiste - jak „dziad na babie” czy „żywym na umarłym”. Obrazują one triumf życia nad śmiercią i odwieczny cykl zmian pór roku.

Przystanek pierwszy: Torunianka Cafe i duch bohemy

Wyruszyliśmy spod pomnika Flisaka - symbolicznego opiekuna toruńskich legend. Zgodnie z tradycją, korowód musi odwiedzać domostwa, by zapewnić ich mieszkańcom pomyślność. W miejskiej scenerii tę rolę przejmują miejsca z duszą. Jednym z nich jest Torunianka Cafe.

Skrzypek grający podczas zapustów na toruńskiej starówce, w tle pomnik i miejskie kamieniceUczestniczka zapustów w ludowym stroju, w tle koza - tradycja chodzenia z kozą w Toruniu

To miejsce to prawdziwy wehikuł czasu. Przenosi nas w epokę dwudziestolecia międzywojennego, gdy po kawiarnianych stolikach przesuwały się kartki z poezją, a dyskusje toruńskiej bohemy toczyły się do świtu. Torunianka od lat wspiera inicjatywy regionalne i w tym roku ponownie była gospodarzem zapustnego podkoziołka. Widziałem, jak barwne maszkarony mieszały się z zapachem świeżo mielonej kawy i gwarem rozmów. Autentyczna kultura nie potrzebuje muzealnych gablot - potrzebuje ludzi i miejsc, które chcą się otworzyć na żywioł tradycji i radosny chaos.

Rzemiosło i korzenie: INTEK-ART i Park Etnograficzny

Z kawiarni ruszyliśmy dalej, w stronę świata światła i szkła. Pracownia Witraży INTEK-ART, działająca od 1992 roku, to miejsce, gdzie toruńskie rzemiosło spotyka się z pasją. Nawiązując do tradycji dawnych mistrzów, pracownia ta przybliża sztukę witrażu współczesnym odbiorcom. W gotyckim Toruniu, gdzie światło przenikające przez kolorowe szkło ma szczególne znaczenie, wizyta korowodu była czymś magicznym. Rzemiosło i folklor to dwa światy, które idealnie się tu dopełniły.

Korowód zapustny i koza przed pracownią witraży w Toruniu, barwne postacie i ludowe stroje

Naszą ostatnią stacją był Park Etnograficzny przy Muzeum Etnograficznym im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej. To naturalny dom dla Kozy. Drewniane chaty kryte strzechą, zapach siana i stukot butów o ziemię sprawiły, że poczułem się jak w środku żywej opowieści sprzed stu lat. To właśnie tutaj „chodzony z kozą” wybrzmiał najmocniej - nie jako inscenizacja, ale jako autentyczny rytuał, który pamięta więcej niż współczesny człowiek.

Ostatki na ludowo - Finał z przytupem

Dzień zakończyliśmy tanecznie podczas „Ostatków na ludowo”. W sali widowiskowej muzeum zagrały kapele: agregandado, Skrzypkowie Dzielni oraz Kujawy Bachorne Nowe z Osięcin. Kujawiaki, mazurki, oberki i wiwaty - muzyka niosła się echem jak dawniej po wiejskich karczmach. Tańczyli wszyscy, od najmłodszych po starszych, zacierając granice wieku i czasu.

Dla mnie ten dzień był ostatecznym dowodem, że tradycja nie rdzewieje, jeśli damy jej przestrzeń. Kujawska koza to nie relikt przeszłości - to czysta energia. Żywa, radosna i nieokiełznana. Taka, która nie tylko łączy pokolenia, ale na chwilę pozwala nam wszystkim stać się częścią czegoś większego.


Chcesz zobaczyć więcej kadrów z tej wyprawy?
Zajrzyj na mój Instagram i koniecznie zobacz pełny reportaż na moim kanale YouTube. Tam poczujesz ten rytm i usłyszysz każdą nutę!

Podoba Ci się to co robię? Wesprzyj moje kolejne wyprawy z aparatem: buycoffee.to/okiemobiektywu
Planujesz wydarzenie lub szukasz fotosisty na plan? Sprawdź moją ofertę współpracy.

27 gru 2025

Kalwaria Pakoska - Kujawska Jerozolima. Spacer śladami pasyjnych tajemnic

Czy Jerozolima może leżeć na Kujawach? Czasami podróż nie polega na pokonywaniu tysięcy kilometrów, ale na zmianie perspektywy. Kiedy wjeżdżałem do Pakości, wiedziałem, że znajdę tu historię - o której pisałem szerzej w artykule Pakość - miasto pogranicza historii i wiary - ale nie spodziewałem się, że znajdę tu Jerozolimę. I to dosłownie.

Pielgrzymka w deszczu na terenie Kalwarii Pakoskiej - osobisty moment zadumy

Kalwaria Pakoska to nie jest zwykły zbiór kapliczek rozrzuconych po łące. To geodezyjny unikat. To miejsce, gdzie XVII-wieczni mierniczy przenieśli topografię Świętego Miasta na polski grunt z dokładnością, która do dziś budzi podziw. Zapraszam Was na powolny, fotograficzny spacer po "Kujawskiej Jerozolimie" - miejscu, gdzie architektura splata się z ciszą w sposób absolutny.

Święta Geometria - Noteć jako Cedron

Wyobraźcie sobie rok 1628. Ksiądz Wojciech Kęsicki, spacerując po tutejszych wzgórzach, dostrzega uderzające podobieństwo terenu do Jerozolimy. Rzeka Noteć płynie niczym biblijny potok Cedron, a wzniesienie Ludkowo idealnie nadaje się na Golgotę. Zamiast budować "symbolicznie", postanowiono budować "wiernie". Odległości między stacjami Męki Pańskiej zostały odwzorowane w skali 1:1 w stosunku do tych w Ziemi Świętej.

Kiedy spaceruję tutaj z aparatem, czuję ten ogromny zamysł urbanistyczny. To druga - po Zebrzydowskiej - najstarsza kalwaria w Polsce. Ale Pakoska ma w sobie coś intymnego. Może to kwestia światła, które przedziera się przez stare drzewa, a może faktu, że kaplice wyrastają tu naturalnie, jakby były częścią krajobrazu od zawsze.

Barok w kadrze - detale, które mówią

Dla fotografa Kalwaria Pakoska to prawdziwa uczta. Mamy tu zespół 25 kaplic (choć źródła czasem podają 24, licząc inaczej stacje). Większość z nich to czysty, piękny barok. Spójrzcie na zdjęcia, które zrobiłem podczas tego spaceru. To, co uderza w pierwszej chwili, to faktura. Stare mury, spatynowane dachy, gzymsy, na których czas odcisnął swoje piętno - to wszystko "gra" w obiektywie.

Kaplica „Zdjęcie z Krzyża” na terenie Kalwarii Pakoskiej w PakościKaplica widziana z alejki Kalwarii Pakoskiej

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie Kaplica Ukrzyżowania. W jej wnętrzu znajduje się ołtarz, który nie przypomina typowych, ociekających złotem konstrukcji. Jest surowy, uformowany na kształt skały Golgoty. W półmroku, który panuje w środku, rzeźba Chrystusa wygląda niezwykle sugestywnie. To jeden z tych momentów, kiedy odkłada się aparat, żeby po prostu "pobyć" w miejscu.

Ślady Działyńskich i Franciszkanów

Nie byłoby tego miejsca bez rodu Działyńskich. To oni - właściciele Pakości - zainwestowali majątek i serce w to, by wizja księdza Kęsickiego stała się rzeczywistością. Sprowadzenie Franciszkanów Reformatów było kropką nad "i". Zakonnicy stali się strażnikami tego miejsca.

Drewniana empora z organami w kościele Kalwarii Pakoskiej w Pakości

Warto wiedzieć, że Kalwaria to dwa główne szlaki: Droga Pojmania i Droga Krzyżowa. Pielgrzymi przemierzają je od wieków, a ja, idąc ich śladem, zastanawiałem się nad fenomenem trwałości. Wojny, zabory, niszczycielska siła czasu - a te mury stoją. Są niemymi świadkami historii, o której więcej przeczytacie we wpisie o historii Pakości, do czego gorąco zachęcam, bo kontekst tego miasta jest fascynujący.

Skarb ukryty w relikwiarzu

Jest jeszcze jeden powód, dla którego Pakość jest tak ważna na mapie duchowej Polski. To relikwie Krzyża Świętego. Sprowadzone w 1671 roku, są największą cząstką Drzewa Krzyża w Polsce (choć o ten tytuł rywalizuje też sanktuarium na Świętym Krzyżu). Niezależnie od rankingów wielkości - świadomość, że w tym cichym, kujawskim miasteczku znajduje się tak potężny symbol chrześcijaństwa, dodaje spacerowi dodatkowego wymiaru.

Pełna scena Ukrzyżowania w kościele Kalwarii Pakoskiej - Chrystus i dwaj łotrzy

Dlaczego warto tu przyjechać?

Jeśli szukacie miejsca na "slow travel" w Kujawsko-Pomorskim, Pakość jest idealna.

  • Dla spokoju: Tutaj naprawdę można odpocząć od zgiełku.
  • Dla architektury: Barokowe kaplice to świetny materiał do studiowania detali.
  • Dla historii: To żywa lekcja o XVII-wiecznej pobożności i mecenacie.

A jeśli po zwiedzaniu zgłodniejecie lub będziecie chcieli zostać w okolicy na dłużej, region ma sporo do zaoferowania. Pakość leży na szlaku, który łatwo połączyć z wizytą w Inowrocławiu czy Strzelnie.

Dla tych z Was, którzy reprezentują samorządy lub organizacje turystyczne i chcieliby pokazać swoje "perełki" moim okiem - jestem otwarty na wspólne projekty, które promują polskie regiony.
👉 Zobacz moją ofertę współpracy dla Miast i Regionów

Podsumowanie

Kalwaria Pakoska to dowód na to, że nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by dotknąć miejsc niezwykłych. To "Jerozolima na wyciągnięcie ręki". Mam nadzieję, że moje zdjęcia choć trochę oddały klimat tego miejsca, ale uwierzcie mi - na żywo, przy szumie wiatru i śpiewie ptaków, robi to jeszcze większe wrażenie.

Byliście kiedyś w Pakości? A może znacie inne "ukryte Jerozolimy" w Polsce? Dajcie znać w komentarzach!

Tworzenie takich treści i podróże z aparatem wymagają energii (i kofeiny!). Jeśli podoba Ci się ten wpis i chcesz wesprzeć moją pracę, możesz postawić mi wirtualną kawę:
☕ Postaw kawę Okiem Obiektywu

Planujesz wyjazd i potrzebujesz indywidualnego planu lub porady fotograficznej?
🗺️ Umów się na konsultację podróżniczą

29 wrz 2025

Pakość - pogranicze ziem, historii i wiary

Stoisz u progu miasta, które zdaje się balansować między regionami - między przeszłością a teraźniejszością, między ziemią Wielkopolski a Kujawami. Pakość - choć niewielkie pod względem wielkości - nosi w sobie bogactwo historii, które sięga średniowiecza, konfliktów, duchowych aspiracji, rodzinnych losów i śladów, które wciąż czekają, by je odkryć. Każda kamienica, każdy zakątek rynku i każdy fragment murów pamięta czasy, gdy przez te ziemie przechodziły wojska, gdy odbywały się targi i jarmarki, gdy przybywali pielgrzymi i handlarze. Pakość jest nie tylko miejscem, lecz także opowieścią - miejscem spotkania kultur, religii i ludzkich losów. A ja lubię tu po prostu zwolnić i popatrzeć przez wizjer, jak to wszystko układa się w jedną, cichą historię.

Detal architektoniczny z gryfonami na jednej z kamienic w Pakości

Granice etniczne i administracyjne - Pakość jako ostatnia perła Wielkopolski

W opowieściach mieszkańców od wieków powtarza się zdanie, że Pakość była „ostatnim miastem Wielkopolski”. Wystarczyło przejść przez rzekę Noteć, aby znaleźć się już na Kujawach. Granica ta nie zawsze miała charakter polityczny, ale przede wszystkim kulturowy i językowy. Janikowo, leżące tuż obok, należało już do Kujaw, co tworzyło niezwykle ciekawy splot tradycji i tożsamości. Pałuki natomiast zaczynały się na południowy zachód, i one również odcisnęły swoje piętno na lokalnej kulturze. Dzięki temu Pakość była miastem pogranicznym, w którym spotykały się różne światy, zwyczaje, pieśni i legendy. Kiedy o tym słucham i jednocześnie fotografuję miejskie detale, mam wrażenie, że ta „granica” do dziś lekko szumi w tynku i cegle.

Od osady do miasta - początki Pakości

Pierwsze wzmianki o Pakości pojawiają się w źródłach z 1243 roku. To czas, gdy ziemie te znajdowały się w cieniu rywalizacji między książętami piastowskimi, a także pod presją zakonów rycerskich, takich jak Krzyżacy. W tym okresie osady często przechodziły z rąk do rąk, a każdy lokalny konflikt mógł oznaczać zmianę granic. Mimo tego Pakość stopniowo rosła i z osady przekształcała się w zalążek miejskiej struktury.

W XIV wieku miasto było narażone na nieustanne niepokoje. Rajzy krzyżackie pustoszyły Kujawy i Wielkopolskę. Według lokalnej tradycji to właśnie zamek w Pakości jako jedyny oparł się Krzyżakom w 1334 roku, dzięki bohaterskiej obronie Wojciecha z Kościelca. Historia mówi, że oddał swojego syna jako zakładnika w zamian za odstąpienie wojsk krzyżackich. Choć kroniki wspominają także o zdobyciu miasta w 1332 roku, ta legenda żyje do dziś i buduje dumę mieszkańców. Prawa miejskie nadane przez Kazimierza Wielkiego w 1359 roku otworzyły nowy rozdział. Od tego momentu Pakość mogła korzystać z przywilejów, organizować targi i rozwijać się jako pełnoprawne miasto.

Ratusz w Pakości – neogotycka fasada z czerwonej cegły

Nazwa „Pakość” kryje w sobie ciekawe tropy językowe. Być może pochodzi od imienia Pakosław, może od staropolskiego słowa „pakować”, czyli budować gęsto, ciasno, na małej przestrzeni - co pasowałoby do miasta leżącego między ramionami Noteci. Każda z tych etymologii dodaje uroku i sugeruje, że nazwa nie jest przypadkowa, lecz odzwierciedla historię miejsca. I może dlatego tak dobrze „siedzi” w kadrze - wszystko jest tu blisko, warstwy przeszłości niemal dotykają obiektywu.

Fragment muru klasztornego w Pakości

Zamek, mury i ród Działyńskich

Mury zamkowe do dziś można zobaczyć wplecione w ściany kościoła i klasztoru franciszkańskiego. Stojąc przed nimi, można niemal poczuć ciężar historii. Prostokątny obrys dawnego zamku wciąż daje się odtworzyć, choć czas zatarł wiele jego szczegółów. Początkowo był to punkt obronny, warownia nad Notecią, ważna dla całego regionu. Z biegiem wieków, gdy właścicielami Pakości zostali Działyńscy z Kulnika, zamek zaczął pełnić inną rolę.

To właśnie Działyńscy postanowili nadać ruinom nowy sens. Sprowadzili franciszkanów, którzy przejęli część murów i utworzyli klasztor. Dawna warownia stała się fundamentem życia religijnego. To przykład, jak historia obrony i militariów mogła zostać przekształcona w opowieść o wierze i duchowości. Działyńscy wprowadzili tu nie tylko zakonników, ale także ideę budowy Kalwarii, która stała się jednym z najważniejszych elementów dziedzictwa Pakości. A na co dzień - jeśli ktoś lubi miejską rzeźbę - tuż przy ratuszu można spotkać „towarzysza” do wspólnego portretu.

Piotr Wróblewski przy rzeźbie pielgrzyma w Pakości

Kalwaria Pakoska - duchowe serce miasta

Kalwaria Pakoska powstała w 1628 roku, a jej inicjatorem był ksiądz Wojciech Kęsicki. To on dostrzegł potencjał miejsca i pragnął stworzyć tutaj przestrzeń duchową, która naśladowałaby topografię Jerozolimy. Dzięki wsparciu Działyńskich marzenie to zaczęło się urzeczywistniać. W grudniu 1631 roku franciszkanie reformaci przejęli opiekę nad Kalwarią, a biskup Jan Wężyk potwierdził fundację dokumentem.

Początkowo kaplice były skromne i drewniane, z czasem zaczęły nabierać monumentalności, powstawały murowane kaplice barokowe. Dziś Kalwaria składa się z 24 kaplic (niekiedy podaje się liczbę 25) oraz kościoła Ukrzyżowania. Każda z nich odzwierciedla wydarzenia pasyjne: od Pojmania po Zmartwychwstanie. Symbolika jest niezwykła: wzgórze Ludkowskie symbolizuje Golgotę, Noteć to biblijny Cedron, a rozplanowanie dróg tworzy obraz Jerozolimy. Pielgrzymi podążają Drogą Pojmania, a potem Drogą Krzyżową, przeżywając Mękę Pańską krok po kroku. W kaplicy Ukrzyżowania znajduje się ołtarz, przypominający skałę, z rzeźbioną figurą Chrystusa w agonii. Kiedy się tam idzie z aparatem, zdjęcia robią się „same” - światło, drewno, kamień i cisza układają się w kadry, które pamięć nosi długo.

Relikwie Krzyża Świętego

Największym skarbem Pakości jest relikwia Krzyża Świętego. Sprowadzona została w 1671 roku z Nowego Miasta Lubawskiego przez Działyńskich. Zygmunt i Katarzyna Działyńscy ufundowali złoty relikwiarz, w którym do dziś przechowywana jest cząstka drzewa, na którym zginął Chrystus. 13 września 1671 roku relikwia została wniesiona do kościoła parafialnego, a dzień później do klasztornego kościoła franciszkanów. Od tego czasu to właśnie ona stanowi centrum duchowości miasta.

W lokalnej tradycji przez wieki powtarzano, że to największa relikwia Krzyża Świętego w Polsce. Choć obecnie wiadomo, że większa znajduje się na Świętym Krzyżu w Górach Świętokrzyskich, dla mieszkańców Pakości to zawsze była i pozostaje najważniejsza cząstka wiary. To właśnie wokół niej koncentrują się najważniejsze uroczystości, odpusty i pielgrzymki. Dla fotografa - to także momenty, w których ludzkie emocje i sacrum stają się najbardziej widoczne.

Ojciec franciszkanin trzymający bogato zdobiony relikwiarz w formie krzyżaOjciec franciszkanin prezentuje relikwiarz z postaciami świętych

Relikwiarz w kształcie tuby z przejrzystą komorą

Kościół św. Bonawentury i klasztor franciszkanów

Kościół św. Bonawentury, powstały około 1636 roku, wyrósł na fundamentach dawnego zamku. Jego wnętrze kryje niezwykłe dzieła: ołtarze boczne, obraz św. Józefa z Dzieciątkiem, a także kaplicę Matki Bożej Pakoskiej. W jednej z bocznych kaplic znajduje się epitafium Działyńskich - świadectwo ich roli i testamentów, w których podkreślali, że najważniejsze jest życie wieczne.

Przez wieki klasztor przechodził trudne czasy. W XIX wieku kasaty zakonu spowodowały, że franciszkanie musieli opuścić Pakość, a zarząd nad Kalwarią przejęli proboszczowie. Jednak mimo tych burz, duch franciszkański przetrwał i powrócił. W ostatnich latach kościół przeszedł gruntowne prace konserwatorskie, w tym renowację głównego ołtarza, której koszt sięgnął około 490 tys. zł. Dzięki temu miejsce odzyskało dawny blask i znów zachwyca pielgrzymów i turystów. A ja lubię usiąść tam na chwilę w ławce i posłuchać, jak cisza brzmi w drewnie.

Powstanie Wielkopolskie i lokalna pamięć

Pakość zapisała się także w historii narodowej. 5 stycznia 1919 roku z miasta wyruszyła kompania 106 ochotników, którzy wsparli walki w Inowrocławiu. Po powrocie na rynku odbyła się uroczysta przysięga, którą przyjął ksiądz Kiełczewski - postać porównywana do wielkopolskiego działacza ks. Wawrzyniaka. Dla mieszkańców była to chwila dumy i potwierdzenie, że również małe miasta odgrywały wielką rolę w walce o niepodległość.

Pomnik upamiętniający powstańców stanął w Pakości jeszcze przed II wojną światową, ale został zniszczony przez hitlerowców. Mimo tego pamięć o bohaterach przetrwała i wciąż jest pielęgnowana. Dziś mieszkańcy wspominają tamte wydarzenia, organizują uroczystości i dbają, aby ofiara powstańców nie została zapomniana. Gdy przechodzę przez rynek z aparatem, zawsze myślę, ilu ludzi przeszło tę samą drogę z zupełnie innym ciężarem na barkach.

Pałac w Jankowie - zapomniana perła

Kilka kilometrów od Pakości, w Jankowie, znajduje się niezwykły pałac z XIX wieku. Zbudowany w stylu neogotyckim, liczy aż 99 pokoi i przypomina średniowieczny zamek. Niestety, obecnie popada w ruinę. Park, który go otacza, wciąż urzeka pięknem - stawy rozmieszczone na kilku poziomach i dawne aleje spacerowe dają wyobrażenie o tym, jak wyglądała ta rezydencja w czasach świetności. Pałac był własnością niemieckiej rodziny, która w 1944 roku uciekła do Bawarii. Dziś obiekt znajduje się w prywatnych rękach i brakuje środków na jego ratowanie.

Mimo to pałac w Jankowie fascynuje. Mieszkańcy wierzą, że znajdzie się inwestor, który dostrzeże jego potencjał. To miejsce mogłoby stać się perłą turystyczną regionu, centrum kultury czy hotelem. Na razie jednak trwa w stanie zawieszenia, będąc jednocześnie świadectwem bogactwa i zapomnienia. (Nie wstawiam tu zdjęcia - w tym materiale go nie mamy, a trzymam się wyłącznie Twoich fotografii).

Współczesna Pakość

Dziś Pakość to miasto liczące około 6 tysięcy mieszkańców. Życie płynie tu spokojnie, w cieniu historii. Położenie nad Notecią i jeziorem Pakoskim nadaje miastu malowniczy charakter. Przez Pakość przebiegają drogi wojewódzkie nr 255 i 251, które łączą miasto z większymi ośrodkami. To sprawia, że choć jest niewielka, pozostaje ważnym punktem komunikacyjnym w regionie.

Turystyka w Pakości opiera się przede wszystkim na Kalwarii i relikwiach Krzyża Świętego. Ale to nie jedyny atut miasta. Spacer po rynku, wizyta w kościele, odkrywanie murów dawnego zamku czy wypad do Jankowa sprawiają, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Pakość to miejsce, w którym codzienność i sacrum przenikają się nieustannie. Mieszkańcy są dumni ze swojego dziedzictwa i chętnie opowiadają o nim gościom. A jeśli lubisz miejskie detale - nawet zwykła pompa na skwerze potrafi zagrać pierwsze skrzypce kadru.

Dziewczynka kręcąca korbą czerwonej pompy wodnejCzerwona pompa wodna na rynku w Pakości

Pakość to miasto, które nie daje się zamknąć w prostych definicjach. Jest jednocześnie wielkopolskie i kujawskie, średniowieczne i nowoczesne, sakralne i codzienne. Każdy jego fragment opowiada historię: od murów zamku, przez barokowe kaplice i relikwie, po neogotycki pałac i pamięć powstańców. To miejsce, które trzeba odwiedzić, aby poczuć ducha pogranicza i zobaczyć, jak historia wciąż żyje w murach i w ludziach. A jeśli trafisz tu w deszczowy dzień - weź aparat. Pakość w deszczu jest jak stara fotografia: kontrastowa, prawdziwa, pełna smaku.

4 paź 2024

Otłoczyn. Olędrzy, biskupi i kolej: fascynująca historia wsi

Otłoczyn to niewielka wieś położona na Kujawach, jednak jej znaczenie w historii regionu i Polski jest dużo większe niż mogłoby się wydawać. Jest to miejsce, które, choć nie zawsze znane z nazwy wśród szerokiej publiczności, stanowi ważny punkt na mapie historycznej i archeologicznej.

Otłoczyn. Olędrzy, biskupi i kolej: fascynująca historia wsi

Otłoczyn na szlaku bursztynowym

Historia Otłoczyna sięga czasów starożytnych, kiedy to znajdował się on na szlaku bursztynowym, który prowadził z wybrzeży Bałtyku do rejonów śródziemnomorskich. Szlak ten był jednym z najważniejszych szlaków handlowych starożytnego świata, a przez Otłoczyn przebiegała część trasy, na której kupcy przekraczali Wisłę, co czyniło to miejsce strategicznym punktem handlowym. Osadnicy z tych terenów utrzymywali intensywne kontakty z południem, co miało wpływ na rozwój kultury i gospodarki regionu.


Średniowieczne i nowożytne dzieje Otłoczyna

W średniowieczu ziemie Otłoczyna należały do biskupów kujawskich, mających swoją siedzibę we Włocławku. Niedaleko, w Raciążku, znajdował się zamek biskupi, który pełnił funkcję centrum gospodarczo-administracyjnego. Otłoczyn był częścią większego kompleksu majątkowego, zwanego kluczem raciąskim. W wyniku reform gospodarczych oraz rozwoju rolnictwa, wieś prosperowała, mimo częstych wylewów Wisły, które były typowe dla nieuregulowanej wówczas rzeki.

Średniowieczne i nowożytne dzieje Otłoczyna

Od XVI wieku w regionie pojawiło się osadnictwo olęderskie, zapoczątkowane przez osadników z Niderlandów. Choć początkowo byli to głównie Holendrzy, z czasem nazwa "olędrzy" zaczęła obejmować również etnicznych Niemców oraz Polaków. To specyficzne osadnictwo, choć zainicjowane z powodów gospodarczych, przyczyniło się do rozwoju różnorodności kulturowej i religijnej w regionie. Olędrzy, choć często wyznawali religię ewangelicką, byli osiedlani na ziemiach należących do biskupa katolickiego, co pokazuje, że kwestie wyznaniowe nie były tak istotne jak pragmatyzm gospodarczy.

Okres zaborów i rewolucja przemysłowa Otłoczyna

W wyniku II rozbioru Polski w 1793 roku Otłoczyn znalazł się pod zaborem pruskim. Prusacy przekształcili dotychczasowe majątki kościelne w dobra państwowe, co objęło także Otłoczyn. Na początku XIX wieku, po klęsce Prus w bitwie pod Jeną i Auerstedt, wieś znalazła się na krótko w granicach Księstwa Warszawskiego, pod zarządem Napoleona. Marszałek Jean-de-Dieu Soult, który zarządzał tymi ziemiami, zlecił dokładne mapowanie regionu, co pozwala dzisiaj na odtworzenie struktury wsi z tamtego okresu.

Okres zaborów i rewolucja przemysłowa Otłoczyna

W XIX wieku nastąpiło także ważne wydarzenie związane z rewolucją przemysłową – przez Otłoczyn poprowadzono linię kolejową, łączącą Warszawę z Bydgoszczą. Wieś stała się stacją graniczną pomiędzy Królestwem Prus a Imperium Rosyjskim. Zbudowano tu stację kolejową, która obsługiwała ruch graniczny – po stronie pruskiej znajdował się Otłoczyn, natomiast po stronie rosyjskiej Aleksandrów Kujawski.

Różnorodność etniczna i religijna 

Otłoczyn przez wiele wieków był miejscem spotkania różnych kultur i wyznań. W XIX wieku we wsi mieszkała niewielka społeczność zarówno katolicka, jak i ewangelicka. Wieś była zamieszkiwana przez Polaków i Niemców, a w pewnym momencie pojawili się także staroluteranie, którzy założyli swoją własną kaplicę. Taka różnorodność osadnicza, mimo dominującej roli Kościoła katolickiego, była charakterystyczna dla tego regionu przez wieki.

Współczesność Otłoczyna

Otłoczyn to dziś spokojna, mała miejscowość, która zachowuje ślady swojej bogatej historii. Wiele z budynków, które powstały na potrzeby kolei, wciąż stoi, a historia wsi jest wciąż żywa w opowieściach i badaniach archeologicznych. Pomimo swojego niewielkiego rozmiaru, Otłoczyn jest jednym z tych miejsc, które oferują fascynujący wgląd w dzieje Polski i Europy.

Współczesność Otłoczyna

Otłoczyn jest idealnym przykładem na to, że nawet najmniejsze miejscowości mogą mieć ogromne znaczenie historyczne, będąc świadkami ważnych procesów kulturowych, gospodarczych i politycznych na przestrzeni wieków.

Cmentarz ewangelicki – Otłoczyn Stacja / Evangelischer Friedhof – Ottlotschin (Bahnhof)

Cmentarz ewangelicki w Otłoczynie Stacji powstał w związku z funkcjonowaniem dawnej granicy prusko-rosyjskiej. Wybudowana w 1862 roku stacja kolejowa Otłoczyn była ostatnim przystankiem po stronie pruskiej przed przekroczeniem granicy zaborów, wyznaczonej przez rzekę Tążynę. W bezpośrednim sąsiedztwie stacji, oprócz dworca, wybudowano szereg budynków granicznych – komorę celną, mieszkania dla pograniczników oraz pocztę. To właśnie w tej okolicy powstał cmentarz, na którym pochowano pracowników kompleksu granicznego oraz ich rodziny. Funkcjonował on od końca XIX wieku do około 1920 roku.

Cmentarz ewangelicki – Otłoczyn Stacja

Po drugiej wojnie światowej cmentarz uległ zaniedbaniu, a w końcu został niemal zapomniany. Na uwagę zasługuje jednak aleja lipowa, prowadząca na teren nekropolii, oraz majestatyczne drzewo iglaste, którego rozmiary czynią z niego pomnik przyrody. Osobliwością tego miejsca była płyta nagrobna Wolfganga Schmude – unikatowy zabytek epigraficzny, którego inskrypcje wykonano zarówno alfabetem łacińskim, jak i runicznym, a także ozdobiono gmerkami. Choć prasa międzywojenna sugerowała, że płyta pochodzi sprzed I wojny światowej, jej dokładny wiek pozostaje nieznany. 

W latach 90. XX wieku płyta została skradziona, lecz nieoczekiwanie odnaleziono ją w 2015 roku, kilka kilometrów od cmentarza, dzięki uczestnikom spacerów fotograficznych Grupy Turystyczno-Krajoznawczej z Aleksandrowa Kujawskiego.

W 2015 roku przeprowadzono również prace porządkowe na terenie cmentarza. Usunięto zarośla, które ukrywały nagrobki i starodrzew, odsłaniając tym samym układ w kształcie krzyża. W trakcie prac odkryto kilkanaście nagrobków, w tym fragmenty dwóch płyt z inskrypcjami, a jedną z mogił opatrzono sygnaturą toruńskiego zakładu kamieniarskiego. Dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności i wsparciu wolontariuszy z grupy „Lapidaria – zapomniane cmentarze Pomorza i Kujaw", unikalny zabytek sztuki sepulkralnej powrócił na swoje pierwotne miejsce, zidentyfikowane na podstawie karty cmentarnej Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Akcja porządkowania cmentarza była częścią projektu „Otłoczyńscy prekursorzy”, realizowanego przez Pracownię Orange z Otłoczyna oraz Ochotniczą Straż Pożarną z Wołuszewa. Projekt uzyskał dofinansowanie ze środków Fundacji Banku Zachodniego WBK w ramach konkursu grantowego „Tu mieszkam, tu zmieniam”. Dziękujemy wszystkim mieszkańcom Otłoczyna, okolic i wolontariuszom, którzy pomogli przywrócić pamięć o tym miejscu.
  

Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

Aktualizacja: 26.10.2024 r.

15 kwi 2022

Uroczysko Koneck. Zielona wyspa Kujaw.

Uroczysko Koneck to oderwana od otaczającego rolniczego krajobrazu, leśna oaza. W okolicach kilkudziesięciu kilometrów nie znajdziesz tu innego kompleksu leśnego. Wkoło tylko rolniczy Kujawski krajobraz. Zapraszam Was na zieloną wyspę Kujaw. Zapraszam do Rezerwatu Uroczysko Koneck. 
 
Uroczysko Koneck. Zielona wyspa Kujaw.
 
Rezerwat który został tu powołany w 2006 roku, położony jest na terenie tzw. czarnych Kujaw. To spory kompleks leśny o dosyć zróżnicowanym układzie. Są tu leśne jeziora i podmokłe łąki. Przy odrobinie szczęścia, zobaczyć możesz tu żurawie i inne ptaki wodne.
 
 
Na tle jeziora i bagnistych łąk znajdują się tu zbiorowiska lasu mieszanego o dość zmiennym siedlisku. W drzewostanie panuje sosna, dąb szypułkowy i brzoza brodawkowata. W wilgotniejszych siedliskach wykształca się las grądowy (oddział 513), w miejscach podbagnionych panuje olsza czarna i jesion. W uroczysku Koneck obserwujemy naturalne odnowienie sosny i drzew liściastych. Znajdują się tu poza tym ślady kultury pucharów lejkowych.
  
Rezerwat Uroczysko Koneck
 
Rezerwat Uroczysko Koneck
został utworzony na podstawie Rozporządzenia nr 90/06 Wojewody Kujawsko - Pomorskiego z dnia 27 lipca 2006 r., w celu zabezpieczenia i zachowania rzadkich w tej części Polski zbiorowisk leśnych - kontynentalnego grądu w odmianie kujawskiej oraz wilgotnej dąbrowy świetlistej z udziałem chronionych i rzadkich gatunków roślin.
  
Rezerwat Przyrody Koneck

Powierzchnia rezerwatu wynosi 81,23 ha, z czego 55,54 ha znajduje się pod ochroną ścisłą, a 25,69 ha pod ochroną czynną. Rezerwat posiada otulinę o powierzchni 8,79 ha.
 
Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA

7 lut 2019

Kujawskie Piramidy [FILM] – Megalityczne grobowce starsze od egipskich

Wokół nagie zimowe drzewa, cisza i spokój przerywane od czasu do czasu stukaniem dzięcioła i ujadaniem psa zamieszkującego pobliską wieś. Na pierwszy rzut oka ciężko uwierzyć, że w tej okolicy nawet 12 tys. lat temu pojawiły się pierwsze ślady osadnictwa. Niemal wszystko zostało pochłonięte przez działanie sił natury, człowieka oraz nieubłagany upływ czasu. Coś jednak przetrwało... 
 
Kujawskie Megality
Około 5 tys. lat temu na ziemiach w okolicy Izbicy Kujawskiej pojawiła się grupa kultury megalitycznej zwanej kulturą pucharów lejkowatych.
 
Około 5 tys. lat temu na ziemiach w okolicy Izbicy Kujawskiej pojawiła się grupa kultury megalitycznej zwanej kulturą pucharów lejkowatych. To właśnie po niej do dnia dzisiejszego przetrwały tzw. kujawskie piramidy, czyli grobowce megalityczne, które prawdopodobnie służyły do pochówku pierwszych władców Kujaw.
 
Ukryte w lesie w Sarnowie, Gaju i Wietrzychowicach, porośnięte mchem, pokryte warstwą zgniłych liści i igliwia sprawiają wrażenie trójkątnych, długich, lekko wygiętych w łuk wałów przeciwpowodziowych. Prawdopodobnie są to miejsca pochówku starszyzny, osób wyróżniających się nie tyle bogactwem, co szacunkiem reszty społeczności, na co wskazuje dość skromne wyposażenie grobowców w przedmiotu użytku codziennego. Zazwyczaj byli w nich grzebani mężczyźni. Chowano ich w jamie u czoła nasypu w pozycji wyprostowanej. Czasem w grobowcu było grzebanych więcej osób, o czym świadczą odnalezione w nich ludzkie szczątki. Kujawskie grupy kopców trapezowatych tworzono w bliskiej odległości, prawdopodobnie na terenach świętych dla ówczesnych ludzi.
 

Na 1000 lat przed piramidami egipskimi

 
Kujawskie Piramidy
Pojawiły się one na 1000 lat przed słynnymi piramidami egipskimi
 
Pojawiły się one na 1000 lat przed słynnymi piramidami egipskimi. Biorąc pod uwagę fakt, że najdłuższe „żalniki” (tak nazywa grobowce okoliczna ludność) osiągały ponad 100 m długości, 5 m wysokości, a głazy narzutowe okalające grobowce ważyły nawet 6, 7 ton na ogromny podziw zasługuje ogrom ludzkiej pracy, jaki musiał być włożony w ich utworzenie. Świadczy to o tym, że najprawdopodobniej korzystano z pomocy zwierząt pociągowych, a budowę rozpoczynano jeszcze za życia późniejszego „lokatora” grobowca. Miało to związek z szeroko uprawianym w tamtych ludach kultem przodków, którzy mięli zapewnić pomyślność. Przy kurhanach odbywały się uczty.
 
W Sarnowie jest zlokalizowanych 9 grobowców. Są mniejsze niż te w Wietrzychowicach, ale i tak robią ogromne wrażenie. Co charakterystyczne – w jednym z nich odnaleziono szczątki kobiety, pochowanej z przedmiotami użytku codziennego. Poza tym wyjątkiem w grobowcach znaleziono tylko szczątki mężczyzn. Ponadto w jednym z kurhanów (jak można wyczytać na tablicy informacyjnej) odnaleziono szczątki ok. 5 do 9 osób, a na kościach ujawniono ślady odrywania lub odgryzania mięsa od kości, co może świadczyć o rytuale kanibalistycznym (są teorie, które twierdzą, że wśród ówczesnych ludów kanibalizm miał zapewniać płodność) lub o uczcie obrzędowej ku czci zmarłego.
 
W Wietrzychowicach odkryto 5 grobowców, a w jednym z nich odnaleziono szczątki dwóch mężczyzn, w których czaszkach ujawniono dziurki świadczące o przeprowadzonych nawet kilkukrotnie zabiegach trepanacji czaszki, które osoby przeżyły, by za jakiś czas umrzeć z przyczyn naturalnych.
 

Kujawskie Piramidy

 
Piramidy Kujawskie
Do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele polskich piramid
 
Do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele polskich piramid. Część z nich została rozebrana, by następnie uzyskany w ten sposób kamienny materiał wykorzystać do innych celów. O „żalnikach” zwanych inaczej „kamionkami” archeolodzy dowiedzieli się w latach 30 XX w. Prace na terenie Wietrzychowic oraz Sarnowa zostały zapoczątkowane przez Konrada Jażdżewskiego i Stanisława Madajskiego, a następnie kontynuowane przez ich współpracowników i następców.
 
Do wspomnianych miejsc pochówku nie docierają środki komunikacji publicznej. Najłatwiej dojechać do nich samochodem. Rezerwaty archeologiczne usytuowane są w niewielkiej odległości od miejsc parkingowych. Rezerwat w Wietrzychowicach jest otoczony staranną opieką, a na jego terenie dwukrotnie odbyły się (oby już corocznie) festyny archeologiczne.
 
Niestety, mimo że polskie nekropolie są starsze niż piramidy egipskie oraz słynne budowle megalityczne ze Stonehenge, w porównaniu do tych miejsc cieszą się wręcz znikomą popularnością. Według tablic informacyjnych w Sarnowie nie bez znaczenia miał fakt, że ujawnienie polskich piramid zbiegło się w czasie z odkryciem osady w Biskupinie. Większość eksponatów pochodzących z Sarnowa i Wietrzychowic znajduje się obecnie w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi.
 
 
Pomimo niewielkiej popularności opisanych tu kurhanów, ich wielkość i rozmach zasługuje na ogromny szacunek dla naszych przodków. Niezapomnianym przeżyciem może być również spacer po (wg niektórych teorii) terenie dawnych świętych gajów. W tych miejscach bardzo łatwo wyobrazić sobie dawne rytuały, ludzi gromadzących się wokół świętego dębu, który mógł tam rosnąć, dopóki nie wycięli go zwolennicy ekspansywnej i pozbawionej szacunku dla wierzeń pogan wiary chrześcijańskiej. Dzięki przechadzce po terenie prehistorycznego cmentarzyska nasi przodkowie, stąpający po tych samych ścieżkach, mogą się nam wydać o wiele bliżsi, nie tak obcy, a przede wszystkim nie tak prymitywni, jakby mogłoby się wydawać. Warto pojechać, przejść się między drzewami, wsłuchać się w szum wiatru, który dla ludzi kultury megalitycznej wiał tak samo i zachwycić się przyrodą kujawskiego lasu, który nagle może nabrać magicznego wymiaru.
 

Powstał film o megalitach

 
Nad tematem m.in. Kujawskich Piramid pochylił się reżyser Krzysztof Paluszyński, który współpracując  m.in. z archeologami zrealizował film dokumentalny poświęcony megalitom.

Jak sam reżyser wspomina, pomysł na film o megalitach narodził podczas realizacji filmu na temat 700-lecia Wilczyna pod Koninem. Wtedy reżyser dowiedział się, że w jego okolicy są konstrukcje megalityczne.

Prace nad filmem trwały dwa lata. Godzinny film składa się z różnorodnych elementów. Są wypowiedzi naukowców są też sceny z udziałem rekonstruktorów. W filmie znaleźć można także trójwymiarowe animacje, dzięki którym można dowiedzieć się, w jaki sposób wyglądały konstrukcje megalityczne kilka tysięcy lat temu.

Ciekawostką jest wykonana na potrzeby filmu wizualizacja wyglądu kobiety sprzed ponad 5 tys. lat, której szczątki odkryto na terenie

Film dokumentalny "Megality – historia sprzed 5500 lat” miały swoją telewizyjna premierę 25 grudnia na kanale TVP Historia. Poniżej zobaczyć można film w całości.


 
 
Inne miejsca warte odwiedzenia: MAPA
GPS: 51°10′37″N 20°45′20″E